„There are a lot of things and in order to be at the top and maintain your focus you have to have something that motivates you. For me, it was what I perceived as a lack of respect from the boxing world as well as the media, which made me want to work so hard and be great.“

56 vs 33 – Pyrrusowe zwycięstwo?
Początkowy cytat z wypowiedzi sławnego pięścirza wydaje mi się dobrze pasować do świata polityki. To także „blood sport“, a w odróżnieniu od ringu, nie obowiązują w nim żadne zasady. Liczy się jedynie pełnia władzy. Pogardzanie przeciwnikiem ma czasem jednak odwrotne skutki, mobilizuje lekceważonych.
W niedzielny wieczór 21 października powyborcze nastroje w Polsce zdominował polityczny knock-out Trzaskowskiego nad Jakim. Generalnie w miastach PiS „brał łomot“. Rozpromienione twarze liderów Koalicji Obywatelskiej w warszawskim sztabie mówiły prawie wszystko. – „Mamy ich!“ Marzenia o zatrzymaniu tych okropnych, odrażających i złych pisowców zdawały się przyoblekać w rzeczywistość. W poniedziałkowy ranek politycy PO – jak choćby znana ze swojej politycznej dojrzałości i przenikliwości, posłanka Mucha – wieścili „koniec PiS“. Sondaże wskazywały też na zmartwychwstanie PSL. A potem zaczęły powoli spływać wyniki z terenu.

Trzeźwość od początku w ocenach politycznej rzeczywistości powyborczej zasygnalizowała swoim tweetem Dominika Wielowieyska. Z upływem czasu przybywało posępnych głosów wykazujących zrozumienie, iż to nie „Koalicję“ Schetyny z Lubnauer i Nowacką poparli wyborcy spoza wielkich miast. Przewodniczący Schetyna nadal ogłasza sukces i zapowiada marsz po zwycięstwo parlamentarne. Obserwatorzy ze strony opozycji mają jednak odmienne spostrzeżenia.
Nie powtórzył się przede wszystkim scenariusz sprzed czterech lat, kiedy to zwycięski „technicznie“ w wyborach samorządowych roku 2014 PiS nie był w stanie przebić się do władzy nigdzie, poza jednym sejmikiem w województwie podkarpackim. Brak zdolności koalicyjnej partii J.Kaczyńskiego, brany za fakt obiektywny i stały miał zapracować nawet w sytuacji ponad 30-procentowego poparcia dla partii rządzącej. Koalicja Obywatelska wraz z sojuszniczym PSL, ew. SLD-Lewicą miała utrzymać władzę nie tylko w wielkich ośrodkach miejskich, ale także tam, gdzie rzeczywista władza samorządowa spoczywa – czyli w sejmikach wojewódzkich.
Tymczasem PiS będzie od niedzieli rządził samodzielnie w sześciu sejmikach, w dwóch innych może utworzyć koalicje. Dotyczy to zwłaszcza Dolnego Śląska, matecznika Schetyny, co musi być dla lidera PO osobistym policzkiem. Szóstka Bezpartyjnych Samorządowców w połączeniu z 14-ką PiS będzie decydować o rozwoju tego województwa. Dodatkowo, zwycięski już w pierwszej rundzie prezydent Wrocławia, Jacek Surtyk nie jest człowiekiem Schetyny, lecz twarzą jego oponentów. Dodajmy do tego klęskę Jarosława Wałęsy, tak lansowanego w Gdańsku, to zaskakujące, totalne zwycięstwo Trzaskowskiego może okazać się jedynym powodem do radości. PiS swój elektorat poszerzył, PSL mimo dwucyfrowego wyniku osłabł, .Nowoczesna to polityczna fikcja. Warszawskie lanie zaś gorącym głowom Ziobry i reszty agresywnego aktywu PiS dobrze zrobi, a jeżeli jeszcze partyjni analitycy wyciągną wnioski z licznych błędów tej kampanii, wybory parlamentarne roku 2019 mogą totalnej opozycji upragnionej władzy nie oddać.

ORP „Orzeł“ do zanurzenia
Pisałem wielokrotnie o planowej (?!) demobilizacji Marynarki Wojennej, o kompletnym braku wizji kolejnych ekip rządowych, jaką rolę w polityce obronnej RP ma pełnić MW, oraz wynikającym z tego braku działań. Nasza Marynarka powoli przestaje istnieć, wycofywane jednostki pozostawiają pustkę. Awantura o „Adelajdy“ ukazała opinii publicznej problem, ale niczego to nie zmieniło. Z fregat mamy jedną (ORP „Pułaski“) zdolną aktualnie do rejsów szkoleniowych. Pozostałe dwa 50-letnie Kobbeny są okrętami bojowymi jedynie z nazwy, a nowy niszczyciel min nie zastąpi nowoczesnych okrętów zdolnych do obrony rakietowej. „Polskie Kły“ dumnie zapowiadane przez ówczesnego premiera Tuska, czyli uzbrojone w rakiety manewrujące OP nie są już nawet sygnalizowane jako decyzje do podjęcia – jak to miał w zwyczaju minister Macierewicz – „zaraz“, „za kilka tygodni“, czy „do końca roku“. Dlatego z radością przeczytałem informację na portalu defence24.pl, że z portu na rejs szkoleniowy wyszedł jedyny nasz okręt bojowy – ORP „Orzeł“. Zakupiony w roku 1986 roku, fabrycznie nowy okręt podwodny klasy „Warszawianka“ (w nomenklaturze zachodniej „Kilo“), ma za sobą czteroletni pobyt w stoczni remontowej (czyli dłuższy niż okres budowy!). Epopeja zaś remontu „Orła“ przypomina w swej groteskowości budowę „Gawrona“/“Ślązaka“. W sumie nie wiadomo, co zostało rzeczywiście wyremontowane, ale chyba do szkolenia podwodniaków okręt się nadaje.
I to jest ten mój powód do radości, że choć szkolenie specjalistów będzie na naszym jedynaku kontynuowane, gdyż „Kobbeny“ zaraz staną na trawnikach – jeden przed Akademią MW – jako muzealne eksponaty.
Zapowiadało się zatem, że jedynym ratunkiem dla zachowania jakiegokolwiek zasobu wyszkolonego personelu OP będzie skierowanie naszych marynarzy do służby w sojuszniczej Bundesmarine, która mając ogromne problemy z rekrutacją, chętnie naszych matrosów do służby na swoich nowoczesnych U-bootach przyjęłaby (a podobno już bierze!).
WMW