Żyjąc na krawędzi

Przyjeżdżają zobaczyć jeden z Siedmiu Cudów Świata Natury. Stoją przy barierce odgradzającej wysoki, urwisty brzeg kanionu od wibrującego kiczowatymi kolorami miasta i ich zadziwienie dalekie jest zachwytom i uniesieniom. Rzeczywistość znów minęła się z Wyobrażeniem.

Miała być kanadyjska puszcza przecież. Dzika północ. Niedźwiedź. Albo chociaż łoś. A tu nawet bobra nie widać. Tłum turystów przypomina  nawiedzoną pielgrzymkę mrówek, pełzających bez dostrzegalnego porządku w każdą możliwą stronę. Żeby zrobić sobie normalne zdjęcie (selfie się nie liczy) z wodospadem w tle, należy cierpliwie poczekać na swoją kolej. O wodospadzie Niagara słyszało każde dziecko. Do dziś zresztą niespodziewanie wielu ludziom Kanada kojarzy się wyłącznie ze spadającą na granicy dwóch potężnych państw wodą.

Previous Image
Next Image

info heading

info content


Na liście Siedmiu Cudów Świata Natury wcale jej nie ma. Są Wodospady Victorii dziejące Zambię i Zimbabwe, jest Aurora Borealis, Mount Everest, Wielki Kanion Kolorado, Wielka Rafa Koralowa, port Rio de Janeiro oraz Paricutin – narodzony w 1943 roku meksykański wulkan. Niagara Falls znajduje się na innej liście – liście Siedmiu Cudów Natury Ameryki Północnej. Tyle, że takich zestawień w internecie każdego roku powstaje kilkanaście, tak jakby każdy kraj brał udział w wyścigu o największą liczbę miejsc i atrakcji turystycznych w kategorii „Naj”. Mieszkam tu od roku zaledwie, ale już ten, nawet śladowy, grymas zniechęcenia i rozczarowania wywołuje we mnie sprzeciw.  Ot, taki lokalny patriotyzm. I nie zgadzam się, że wystarczy wodospad zobaczyć raz i że to wystarczy na całe życie. Ważne by zobaczyć go w odpowiednim momencie.
Lato to zawsze najgorętszy okres. W tygodniu ciężko znaleźć kawałeczek wolnej przestrzeni na promenadzie, czasami też trudno pozbyć się wrażenia, że zamiast do krawędzi wodospadu spaceruje się do Taj Mahal. Weekendy są jeszcze gorsze. Wielobarwny, szeleszczący w różnych narzeczach i gwarach tłum leje się w dół Clifton Hills, zalega wszystkie możliwe połacie zieleni, kapie na trotuar topiącymi się lodami w rozmiarze XXL, oblega restauracje serwujące hamburgery i żeberka, przebiera niecierpliwie nogami w kolejce na statek, przechodzi na czerwonych światłach albo co gorsze – przebiega ulicę na wzór świętych krów. W środy, piątki i niedziele o dziesiątej, gdy zgęstnieje także i mrok, rozpoczynają się pokazy sztucznych ogni. I tak przez całe lato, trzy razy w tygodniu. Biznes się kręci, turystów coraz więcej, dudki się mnożą, hej, najstarsi górale mogliby pozazdrościć.
Jesienią robi się ciszej. Kiedy kończy się sezon i ubywa turystów, ubywa także wody w wodospadach. Niagara zmienia branżę – rezygnuje z etatu turystycznej atrakcji i zaczyna produkować ogromne ilości energii. Może nie należy do Siedmiu Cudów, nie zmienia to jednak faktu, że ze względu na ilość przetaczanej wody jest największym, najbardziej potężnym wodospadem świata. Po wiosennych roztopach przez Niagarę suną 3 miliony litrów wody na sekundę. Każdej nocy, kiedy kończą się fajerwerki, gasną iluminacje, a turyści idą spać, część wody z rzeki Niagara, kilka kilometrów powyżej wodospadów, przekierowywana jest specjalnym kanałem do zapory elektrowni wodnej nad Niagara Gorge. Do niedawna 2 gigawaty prądu produkowane dzięki sile natury pozwalały dostarczyć energię elektryczną do 1,5 mln gospodarstw domowych, a 16 generatorów wytwarzało prąd, który pokrywał  20% zapotrzebowania Toronto. Dziś, otwarta w 1954 elektrownia Sir Adam Beck (ówcześnie największa wodna elektrownia świata), ma jeszcze większe moce przerobowe. W marcu zeszłego roku zakończono kolejną fazę rozbudowy projektu hydroinżynieryjnego i oddano do użytku dziesięciokilometrowy tunel o przekroju niemal czterech pięter. Nowa dostawa wody do elektrowni  płynącej w ilości 500 m3/sec to zielona, czysta energia będąca alternatywą dla energii węglowej, a także prąd dla dodatkowych 160,000 domów.
Zimą gołym okiem widać, że wody jest znacznie mniej. Stąd też łatwiej jej zamarzać, gdy przyjdą srogie mrozy. Zimą na promenadzie nie ma żywej duszy. Spacerując w słoneczny, czwartkowy poranek nie spotkałam nad Niagarą nikogo, poza jednym, okutanym po czubki rzęs Chińczykiem z teleskopową lufą aparatu fotograficznego. Zimowa Niagara podoba mi się najbardziej. W takie mroźne poranki właśnie mierzy się z legendą swojego północnego, niedostępnego charakteru. Biel nieskazitelna, gałęzie drzew pokryte grubą warstwą lodu, zwały kry na rzece przypominające patagoński lodowiec Perito Moreno, chłód betonowej, miejskiej zabudowy i tęcza przez całe niebo. Pusto. Cicho. Nikogo. Na granicy celnik niedowierzająco kręci głową – spacer po Koziej Wyspie? Zwariowaliście? Jest  -3 (F)! Tego nie ma w Zambii, Wenezueli ani Foz do Iguazu. Zima jest tylko nasza.
Siła Natury jest niezwykła, a zjawisko jakim jest wodospad, czy były to Wodogrzmoty Mickiewicza, Iguazu Falls, Montmorency czy Niagara, zawsze wprowadzało mnie w zadumę, w stan hipnotycznego letargu. Od zarania dziejów do dnia Apokalipsy woda nieustannie krąży. Ludzie rodzą się i umierają, przechodzą kolejne wojny i kataklizmy, a wody nie da się zatrzymać. Leci z tą samą, nieokiełznaną energią, przyciąga z magnetyczną siłą – zawsze gdy patrzę zbyt długo w oszalalą kipiel pojawia się dziwna, pierwotna potrzeba skoku.
Kiedyś wodospadu nie będzie. Niagara wędruje nieustannie w górę rzeki, zjadając samą siebie po drodze. Trzydzieści centymetrów co dziesięć lat. Dwanaście tysięcy lat temu wodospad był tam, gdzie dziś rzeka Niagara wpada do jeziora Ontario – w Niagara-On-The-Lake, jedenaście kilometrów od miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Za dwadzieście tysięcy lat zniknie, łącząc się z jeziorem Erie. Zostanie tylko rzeka. O ile cokolwiek zostanie z Ziemi za dwadzieścia tysięcy lat.
Latem rzadko chadzam nad wodospad. Odkrywam za to rowerowe ścieżki. W jedną stronę jest N-O-T-L, w drugą Fort Erie. Po drodze winiarnie, niewielkie browary ważące lokalne piwo (truskawkowo-rabarbarowe chociażby), przydrożne stragany z czereśniami i brzoskwiniami, hasające po świeżo skoszonych trawnikach zające i spokój nadrzecznych wieczorów. Kobieta prowadząca degustację ice-wine w jednej z winiarni, poradziła mi ostatnio, żeby buraki i marchew zostawić w ziemi do pierwszych przymrozków, a pory zebrać dopiero wiosną. Mróz wytrąca cukier nie tylko z winogron – warzywa także zmieniają smak i nabierają słodyczy. Z ludźmi musi być chyba podobnie – po ostatniej, jakże mroźnej zimie, wydają się znacznie milsi.

JaPONIAkolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.