Żegnaj Gienia, świat się zmienia…

  Kiedy byłam mała bardzo często śniły mi się pożary. Ogień trawił hale, lasy, rozsiewał się jak zaraza po okolicznych górach, podpełzał pod próg domu. Bałam się tych snów. Któregoś dnia mama poradziła mi – kiedy znów przyśni ci się pożar poszukaj we śnie bezpiecznego miejsca, zwiń się w kłębek i zaśnij, a kiedy się obudzisz – obudzisz się bezpieczna w swoim łóżeczku.

I zawsze tak było. Chowałam się za kominem, w psiej budzie, w nieprzebranych ciemnościach sieni, pod drabiną, na strychu albo w piwnicy, zasypiałam i zawsze budziłam się w swoim łóżku i nie było żadnego ognia połykającego świat. Ojciec zawsze mówił – nie baw się świeczką, bo będziesz źle spać – a my wszyscy uparcie drążyliśmy w białym, smukłym ciele małe korytka, którymi na palce spływała gorąca parafina i lepiliśmy z niej kostki, toczyliśmy woskowe kule, nikomu na nic niepoDSC_1061trzebne byty. Lubiliśmy to przeźroczyste, parzące delikatnie, szybko stygnące w mleczną biel ciepło. Może dlatego całe dzieciństwo śniły mi się te pożogi. Każdy ma swoje koszmary senne – te o niemocy, ołowianych nogach, bezdźwięcznym krzyku, pełne demonów przeszłości, niewyjaśnionych, zapleśniałych w czasie, niesnasek i rozczarowań. Któregoś dnia zaczęłam śnić o autostradzie. Biegła zawsze tą samą trasą, opasywała szczyt Góry, toczyła się zboczem w dół, znikała za domem, tam, gdzie latami  wędrowały wakacyjne pielgrzymki „borówcoków” – DSC_0021ludzi parających się masowym zbieractwem czarnych borówek. Pewnej nocy przy autostradzie wyrosło miasto. Drapacze białych beskidzkich chmur, jak grzyby po deszczu, wyskakiwały w miejscu, gdzie mieszkał kiedyś reżyser-wizjoner, świętej pamięci przyjaciel mojego świętej pamięci ojca, w domu pamięci zupełnie nieświętej, bo dom zjadł ogień najprawdziwszy, ze snem nie mający nic wspólnego. Ten sam ogień zjadł talent reżyserski świętej pamięci przyjaciela, chociaż w zasadzie talent zjadła gorzała, a ogień dokończył dzieła. A potem mojemu bratu przyśnił się czerwony, krzykliwy neon złowieszczo mrugający nad domem. Neon zapraszał w języku dalekim od lokalnego dialektu łomniczańskich chłopów, w języku obcym gwarze Lachów Sądeckich. Głosił uroczyste „Welcome to Parchowatka”.
Na krzyżówce, w połowie drogi między Królami a Mrozkówką, Kazek z Jaśkiem postawili ciągnik i czekają na transport z Piwnicznej. Jasiek wczorajszy, gdzieś tam z kamratami zabocył, przepod, teraz kończy trzecie piwo, ciepławe, bo słońce grzeje niemiłosiernie i zbiera się na burzę. Tym ciągnikiem, wioząc płyty regipsowe i drewniane żebrowania, godzinę później dojedziemy pod samą chałupę. Kiedyś można tu było dotrzeć wyłącznie zaprzężonym w konia wozem drabiniastym, old school’owym Triumph’em (gdyby kogokolwiek we wsi było na taki motocykl stać) albo rosyjskim buranem, po pierwszych śniegach, w połowie listopada. Dzięki dutkom z Unii i poszerzonej, gospodarczej drodze pod wkopaną w stok, wzmocnioną kamieniami piwnicą naszej bacówki dziś zaparkować można każdy samochód terenowy z napędem na cztery koła. Uparcie niczego tu nie parkujemy. Uparcie zaprzeczamy cywilizacyjnym wygodom. Remont trwa trzeci rok, ale nikomu do głowy nie przychodzi żadna linia wysokiego napięcia, panele słoneczne, chałupniczą metodą wykonany wodociąg, pompy, prysznic, niedajpanieboże internet. Jest radio na baterie, dwa blaszane wiadra, trzy niemiłosiernie pogięte chochle, zapas świec w tatowej skrzyni i palenisko przed domem, bo choć nowy komin już zainstalowany, to wciąż nie ma DSC_1043jeszcze pieca. Moi rodzice nazywali to miejsce Buenos Aires. Zamiast sennego neonu nad domem, na drzwiach wejściowych do naszej izby wisiała tarcza zegara pozbawiona wskazówek. Pod tarczą kostropate litery wypisane zieloną plakatówką mówiły „ w tym domu to jest aktualny czas i ten obowiązuje”. Listonosza nikt tu nigdy nie widział, choć oficjalnie, przez wiele lat, był to ostatni numerowany dom we wsi. Listy odbieraliśmy w Piwnicznej na poczcie, szare koperty z dopiskiem poste restante. Góry żyły swoim życiem. Latem dzieciaki ze wsi gnały na hale krowy, z baranami przychodził codziennie stary Józef, co to w gazecie cytoł białe a corne łostawioł i wierzył, że za Radziejową mieszkają Murzyni. Świat był prosty i jasny.
Starszy brat Wieśka, tego co to się pobudował parę lat temu nad nami, (a potem posadził las na hali, na której bawiliśmy się tyle lat, kradnąc tym samym przestrzeń i widoki), kawaler z gębą umorusaną borówkami, siedzi na zmurszałym pieńku, pali papierosa, siorbie ziołową herbatę i opowiada. O tych co odeszli. A odeszli już prawie wszyscy. Jedni do miasta, inni w zaświaty. O krowach, których nikt już nie pasie, o sprzedanych koniach i zaszlachtowanych świniach. O nowym rondzie, na którym z trudem mieszczą się tiry wiozące zdrojową wodę Piwniczankę i te jadące z towarami na Słowację. Trochę w jego głosie nostalgii, trochę rezygnacji. Takie czasy. Na co komu te krowy, co to ich trzeba pilnować, wypasać, trzy razy dziennie doić, na zimę im siana skosić, ususzyć na ostrewkach, zwieźć do stodoły, skoro w Piwnicznej otworzyli Tesco, skoro są dwie Biedronki, można se kupić to mleko w elegankim kartonie. Może nie smakuje tak samo, może i w ogóle nie smakuje, ale się nie psuje, można długo trzymać i się nie zwarzy, nie skiśnie…
Idziemy z dwulitrową bańką na Zagąszcz. Ostatnia starowinka obiecuje nam trochę mleka przez DSC_1051najbliższe dni zostawić  – ma jeszcze kilka krów, jedna się doi. Dzień później mamy kwaśne, takie które łyżką można kroić, pokryte warstwą ciężkiej, tłustej, żółtej śmietany. Dwa dni później mamy twaróg. Robię na polowej kuchni naleśniki. Wsuwamy z twarogiem i borówkami. Tu wyjaśnić pragnę, że borówka czarna (Vaccinium myrtillus), to  rodzaj rośliny wieloletniej z rodziny wrzosowatych, mająca wiele nazw zwyczajowych, m.in. jagoda, czarna jagoda, czernica, przy czym pamiętać warto, że „jagody” to wszystkie owoce leśne – poziomki, jeżyny, maliny, borówka czarna, borówka brusznica itp.]. Im bardziej cywilizacja pcha się w góry, im więcej wycina i zwozi się drzewa, im więcej ludzi ucieka do miasta tym bardziej Natura pochłania połacie hal, tym gęściej zarastają bliźniczką wszystkie ścieżki.
I tak sobie myślę, że każdy z Was ma, miał albo chiałby mieć takie miejsce, do którego zawsze wraca się, jak do siebie. Ten jeden, niepowtarzalny obraz, który staje Wam przed oczami, gdy myślicie „dom”. Nawet jeśli nie jest to miejsce, które zostało zapamiętane, zasuszone między kartkami kronik i ksiąg. Świat się zmienia. Każdy świat. Mój nauczył mnie te zmiany akceptować.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.