Zbrojna misja Kanady

Zbrojna misja Kanady

Decyzja o przedłużeniu i jednoczesnym rozszerzeniu kanadyjskiej interwencji wojskowej na Bliskim Wschodzie była formalnością. Premier Harper ocenił, iż w swej większości Kanadyjczycy przyjmą rządowy argument, iż lepiej zwalczać zarazę ISIS daleko od własnych granic, niż czekać, aż się hydra rozrośnie. Zamaskowani mordercy ISIS nurzają się wręcz z dumą w okrucieństwie! Masowe morderstwa-egzekucje wszystkich bez wyjątku, którzy nie pasują do islamskiego “raju” kalifatu Lewantu są wystarczającym powodem akcji zbrojnej.

Operation IMPACT

Wątpliwości budzi jednak autoryzacja bombardowania celów w Syrii bez zgody rządu Syrii. Odwoływanie się tu do roli ONZ jest zwodnicze. Zachodzi bowiem uzasadniona obawa, iż kiedy już odetnie się głowę bestii ISIS, dalszym ciągiem misji będzie wsparcie “demokracji” w Syrii, czyli obalenie nienawistnego zachodnim decydentom reżymu Assada. To w końcu planowana przez administrację Obamy, z udziałem reszty Zachodu destabilizacja Syrii (na modłę libijską) w celu obalenia jego rządu stworzyła warunki, w których ISIS mógł w ogóle powstać, uzbroić się i zorganizować w obecną siłę. Assad bowiem obronił (z pomocą Rosji i Iranu) swoją władzę, a “rebelianci” zaczęli realizować własne, krwawe idee! Kanadyjskie samoloty i personel mogą zatem być użyte nie tylko do pacyfikacji, ale także (oby nie) dalszej destabilizacji regionu. Gdyby opozycja w Izbie Gmin rzeczywiście myślała logicznie, zajęłaby się zatem precyzowaniem misji, nie zaś totalnym potępianiem jej w czambuł. Czarujący swą naiwnością Justin Trudeau wraz z Muclair’em – z politycznych kalkulacji –  ustawili się tymczasem jako rzecznicy “dyplomacji zamiast armat” wobec krwiożerczego, najbardziej barbarzyńskiego odłamu muzułmańskiego fanatyzmu.

“Decisive Storm”

To kryptonim szykowanej na naszych oczach zbrojnej interwencji Arabii Saudyjskiej oraz jej partnerów z Zatoki Perskiej (GCC) w Jemenie. Celem masowej inwazji będzie… zatrzymanie Iranu. To Teheranowi bowiem podlegają i od niego zależą szyickie oddziały rebeliantów Houthi, które obaliły ustanowiony z wielkim wysiłkiem i uważany za “modelowy” przez administrację Obamy, rząd prezydenta Mansoura Hadi’ego.
“Tak źle w rejonie Bliskiego Wschodu nie było od roku 1945!” – piszą eksperci amerykańskiego periodyku “Foreign Policy”. Poza Omanem, wszystkie kraje regionu są zaangażowane w otwarty konflikt zbrojny. Zajmowanie się analizami, kto dokładnie z kim walczy, mija się poniekąd z celem. Kiedy odrzucimy mylące akronimy oraz fikcje “rządowe” – wyłania się klarowny obraz wielkiego starcia dwóch bloków religijnych i dwóch pretendentów do roli regionalnego mocarstwa (z Izraelem stojącym na razie na uboczu). Z jednej strony mamy zatem potężny blok sunnicki, wspierany materialnie i kierowany przez Arabię Saudyjską. Z drugiej zaś szyicką mniejszość regionu, która po latach, jeśli nie wiekach prześladowań i marginalizacji, przeżywa obecnie swoją “wiosnę”. Szyici zaś to Iran, który najwyraźniej zamierza zaznaczyć swą obecność, podejmując militarne wyzwanie i w Iraku, i obecnie w Jemenie.
Kiedy słyszymy skąpe medialne doniesienia o ofensywie sił irackich w rejonie irackiego Tikritu, słyszymy tak naprawdę doniesienia z frontu… irańsko-saudyjskiego. Likwidacja ISIS nie byłaby możliwa bez sił szyickich, ochotniczych milicji, zaopatrzonych w sprzęt i dowodzonych przez irańskich sztabowców. To Irańczycy i lokalni szyici są prawdziwą stroną walczącą, bez której “rząd” w Bagdadzie uciekałby obecnie pod skrzydła Rijadu, jak to uczynił kilka dni temu prezydent Jemenu, Hadi.
Tak widoczny udział irańskich sił doprowadził do wybuchu gniewu generała Austina, który rzucił, iż nie będzie walczył u boku tych samych bojówek, które przelały tak wiele amerykańskiej krwi w dotychczasowych walkach w Iraku.
Czy USA kontrolują sytuację? Administracja prezydenta Obamy właśnie ogłosiła, iż udziela wsparcia obalonemu prezydentowi Jemenu, wspierając logistycznie akcje zbrojne Saudyjczyków i ich sojuszników. Generalnie jednak, co podkreśla np. Aaron Miller w “Foreign Policy”, problemem nie jest to, co obecna administracja robi, ale obraz, jaki wyłania się z jej rozmaitych posunięć. Krytycy Obamy zarzucają mu przede wszystkim utratę klarownej wizji, klarownej w tym samym stopniu dla nieprzyjaciół i sojuszników. Z jednej bowiem strony Amerykanie wspierają swych sunnickich partnerów, co widać właśnie na przykładzie rozwijającej się operacji w Jemenie, z drugiej zaś pośrednie, ale znaczące wsparcie irańskiej polityki zwalczania ISIS w Iraku oraz oczekiwane z niecierpliwością w Waszyngtonie porozumienie z Teheranem zaburza ten obraz. Konflikt obecnej administracji z agresywnym premierem Izraela, prącym do siłowego rozwiązania “kwestii” dodaje całej sytuacji dodatkowego smaku. Tymczasem tyka zegar, odliczający godziny do wyznaczonego terminu podpisania międzynarodowego układu z Iranem w sprawie uregulowania jego ambicji nuklearnych –  północ 31 marca!

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.