Zatrzymać Trumpa!

Republikański establishment robi wszystko, aby powstrzymać Donalda Trumpa i uniemożliwić mu uzyskanie magicznej liczby 1237 zdeklarowanych delegatów na republikańską konwencję wyłaniającą kandydata na urząd Prezydenta USA. Jak do tej pory, Trump bierze stan za stanem i powiększa swoją przewagę nad dwoma pozostałymi konkurentami. Aby go powstrzymać, rozmaici liderzy tej formacji nieomal stają na głowie.

8769753-donald-trump-900-554Do stawania na głowie można bowiem porównać kolejne wyrazy poparcia dla senatora Cruza, jakie napływają a to od byłego kandydata Romney’a, a to od Jeb’a Busha. Należy bowiem pamiętać, iż jeszcze niedawno senator Cruz uważany był za skrajnie prawicowego kandydata, któremu zarzucano, iż w walce o Biały Dom z kandydatem demokratów, jego religijne podejście np. do kontrowersyjnego dla głównego nurtu amerykańskiej opinii publicznej, tematu aborcji przekreśla szansę na wybór. Dziś owo “szerokie” poparcie Cruza oznacza, iż wpływowe kręgi republikańskiego establishmentu liczą na dokończenie walki o nominację na samej konwencji i zrobią wszystko, aby powstrzymać Trumpa od zapewnienia sobie wcześniejszej, automatycznej niejako nominacji. Amerykański system wyłaniania krajowego kandydata danej partii jest bardzo skomplikowany. Liczą się nie tylko głosy tak zwanych “pledged”, czyli zdeklarowanych delegatów, zobowiązanych do głosowania na danego kandydata w pierwszym głosowaniu. Głos mogą bowiem oddawać także tak zwani “super delegaci”, czyli członkowie Kongresu obu izb, oraz inni działacze partyjni. Ich głosy mogą przechylić szalę na rzecz innego kandydata, jeżeli żaden z pretendentów nie wyrobi sobie wcześniej zdecydowanej przewagi. Stąd owo nerwowe przeliczenie głosów po każdej stanowej praelekcji, stąd liczenie na ewentualne szanse w drugim i dalszych głosowaniach, kiedy to delegaci są już zwolnieni z lojalności wobec zwycięzcy w stanowych prawyborach. Warto też tu pamiętać, iż partyjni delegaci często nie mają tak naprawdę żadnej lojalności wobec danego kandydata, którego przyszło im popierać. Delegatami na konwencję zostają bowiem partyjni działacze – “starzy wyjadacze” – jeżeli tak to można określić – którzy chcą brać udział w konwencji i wiedzą, jak zapewnić sobie mandat.

Bez wątpienia Trump musi mieć świadomość, iż nie cały aparat partyjny jest zachwycony jego osobą w wyścigu po nominację.  Stąd też co pewien czas ponawia on swoje publiczne wezwania, aby konwencje uszanowała tak zwany “głos” wyborców, owych milionów szeregowych, głosujących na niego republikanów. Wskazanie na rzeczywisty mandat społecznego zaufania partyjnych wyborców ma utrudnić jakiekolwiek machinacje na samej konwencji. Najświeższym przykładem łapania się każdej okazji, aby obrzydzić Trumpa znaczącym segmentom wyborców,  jest zamieszanie wobec poglądów „kandydata na kandydata” na aborcję. Trump określa siebie dziś jako kontynuatora postawy Ronalda Reagana, jest osobiście przeciw aborcji, ale dopuszcza ją w szczególnych wypadkach. Dziennikarze chwycili się zatem pytania, czy… jest on zwolennikiem karania kobiet dokonujących aborcji. Tymczasem, kampania miliardera nie traci momentum.

Czy wizja Trumpa w Białym Domu powinna obchodzić nas, środowisko polonijne? Bez podnoszenia niepotrzebnego rwetesu można stwierdzić na dziś dwie rzeczy. Same wypowiedzi Trumpa na temat stosunku jego ewentualnej administracji do NATO i udziału Stanów Zjednoczonych w systemie wspólnej obrony Sojuszu, a także w innych regionach świata są głęboko niepokojące. Ameryka miała w swej historii epizod izolacjonizmu. Źle się to skończyło i nie uchroniło Amerykanów od koszmaru kolejnej wojny. Dzisiejsza, skomplikowana materia międzynarodowych zależności politycznych, gospodarczych czy finansowych sprawia, iż rzeczywisty izolacjonizm Stanów nie jest praktycznie możliwy. Sama jednak sugestia, iż Ameryka mogłaby zrewidować poziom swego zaangażowania w międzynarodowe bezpieczeństwo, biorąc pod uwagę obecną politykę Rosji, sytuację w Syrii oraz choćby w Korei sprawia, iż wielu polityków dostaję gęsiej skórki. Zwłaszcza w Warszawie i okolicach, gdzie doskonale wiadomo, iż bez amerykańskiej determinacji, europejscy “partnerzy” NATO będą mieli nasze, regionalne bezpieczeństwo tak długo na uwadze, jak długo nie przeważy go zatroskanie o własne interesy w handlu z Rosją.
Sto Dni do Szczytu NATO w Warszawie
Żenada. Tak pokrótce można określić poziom sporu między rządem PiS a opozycją PO w kwestii obecnej pozycji Polski wobec USA i NATO. Licytacja, czy i kiedy Prezydent Obama zje kolację z prezydentem RP, Andrzejem Dudą na czwartkowo-piątkowym Szczycie Nuklearnym w Waszyngtonie, świadczy jak najgorzej o stanie umysłów w Warszawie. Dodatkowo, oskarżenia PiS przez Schetynę o anty-amerykańskość są najzwyczajniej w świecie nieodpowiedzialne. Były minister zatracił się w swej totalnej opozycji, zapominając, iż w Waszyngtonie jest wszystkim w najwyższy sposób obojętne, co się dzieje z TK, natomiast nie brakuje grup interesów które chętnie znalazłyby wymówkę, dzięki której można by w ogóle pozbyć się “polskiego problemu” i powrócić do przyjaznego resetu z Rosją. Na szczęście USA to kraj poważny, kierujący się w swojej polityce interesami a nie fobiami budowanymi przez zewnętrzne wobec polityki zagranicznej Waszyngtonu czynniki. Stąd decyzje o odbyciu Szczytu NATO w Warszawie czy też rotacyjnym rozmieszczeniu brygady pancernej US Army w Europie Środkowej nie zależą od sponsorowanych artykułów w “Washington Post” czy New York Times”.

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.