Zastąpią nas maszyny

Wyręczają nas w wielu pracach domowych – odkurzają, robią pranie, zmywają. Sprawdzają się w roli nauczyciela, zapewniają rozrywkę, grają w szachy i coraz częściej także leczą. Pracują w fabrykach, no i oczywiście są robotne, bo to przecież… roboty. Integracja człowieka z maszyną nigdy nie była tak głęboka i wielopoziomowa jak obecnie. Robotyzacja zmienia naszą rzeczywistość gospodarczą i społeczną. Dlatego już teraz warto zastanowić się, czy roboty są szansą, czy raczej zagrożeniem?

Female medical doctor working with virtual interface. Modern medical technologies concept

Pierwszą kwestią, wymagającą rozstrzygnięć definicyjnych, jest ustalenie tego, czym jest robot. Chociaż być może należałoby zapytać: „kim on jest?”. Wprawdzie pod tym pojęciem rozumiemy maszynę, jednak nie zawsze postrzegamy ją w sposób całkowicie odhumanizowany. Wzmacniane przez przekazy kulturowe (przede wszystkim film i literaturę), wyobrażenie każe widzieć w nim automat skonstruowany na podobieństwo czło- wieka. Wystarczy przypomnieć te najbardziej znane kinowe – T-800 z pierwszej części „Terminatora”, C3PO z kosmicznej sagi „Gwiezdne Wojny”, Robocop czy Transformery – wszystkie są humanoidalnymi, dwunożnymi maszynami. W ogólnym zarysie ich sylwetka jest ludzka, lecz pod wieloma względami są doskonalsze niż my – silniejsze, szybsze, bardziej wytrzymałe, zdolne do przyswajania większych zasobów danych.
Humanoidalne roboty budzą w nas nie tylko zainteresowanie, ale i liczne obawy, które – jak pokazują eksperymenty z Kenjim – nie są bezpodstawne. Świat, w którym ludzie będą mijać się z robotami na ulicach, w pracy, restauracjach, jest na razie przyszłością. Warto jednak pamiętać, że już teraz na co dzień stykamy się z wieloma automatami i maszynami, które z technicznego punktu widzenia są robotami. Kształtem, sylwetką czy motoryką nie przypominają człowieka, ale spełniają inne definicyjne kryteria: są automatycznie sterowane i programowalne. Takich maszyn w naszym otoczeniu są tysiące, jeśli nie miliony. Można więc zgodzić się z Russem Tedrake’em, gdy stwierdza, że robotem jest wszystko, co ma sensory, siłowniki, ruchome części i możliwości obliczeniowe, dzięki którym wymienione elementy łączą się w jedną, zintegrowaną i spójną całość (maszynę). W takim ujęciu robotem będzie zarówno Aiko, jak i zmywarka do naczyń czy nowoczesny samochód.

Robot niejedno ma imię

Granica między robotem a człowiekiem, przynajmniej w rzeczywistości srebrnego ekranu, często jest płynna i niewyraźna. Weźmy choćby Sonny’ego z filmu „Ja, robot” czy androida Data ze „Star Treka”. W popkulturze robot zostaje poddany licznym zabiegom antropomorfizacji, w efekcie upodabnia się do nas nie tylko pod względem fizycznym, ale także emocjonalnym. Przykładem takiej w pełni „uczłowieczonej” maszyny, która posiada zarówno duży potencjał intelektualny, jak i inteligencję emocjonalną, zdolność do odczuwania uczuć, empatię oraz własną wrażliwość, jest sympatyczny tytułowy bohater filmu animowanego WALL•E oraz Johnny 5, bohater filmu „Krótkie spięcie”. Już ten pobieżny przegląd kinowych robotów pokazuje, jak bardzo są one inspirujące i fascynujące. Są tłem, na którym można pełniej i wyraźniej dostrzec istotę tego, czym jest człowieczeństwo. Jednocześnie jednak uświadamiają nam, że być może różnica między człowiekiem a maszyną nie jest tak duża, jakbyśmy sobie tego życzyli.

Humanoidalne roboty to jednak nie tylko kinowa rzeczywistość. Żeby się o tym przekonać, najlepiej wybrać się w podróż do Japonii. Podczas, gdy w Europie dwunożne maszyny można spotkać wyłącznie na specjalnych pokazach i konferencjach poświęconych robotyce, w kraju kwitnącej wiśni są one elementem codzienności. I tak na przykład w hotelu Henn obsługa jest całkowicie zautomatyzowana. Gości wita recepcjonistka-android, napoje i posiłki do pokoju dostarcza zautomatyzowany portier, a w codziennych sprawunkach pomaga zrobotyzowany konsjerż. W Japonii humanoidalnego robota może kupić sobie każdy, kogo na to stać. Pepper, bo tak się nazywa, jest sprzedawany jak lodówka czy telewizor. W domu może być interaktywną zabawką, ale równie dobrze sprawną pomocą w codziennych obowiązkach. Jeszcze większe wrażenie robi Aiko – kobieta-android, mierząca 152 cm i ważąca 30 kg. Ludzka fizjonomia to nie jedyny element, który powoduje, że trudno traktować ją jak zwykłą, bezduszną maszynę. Oprócz wykonywania wielu prostych czynności (mycia okien, sprzątania, czytania itp.), potrafi również emocjonalnie reagować na zewnętrzne bodźce. Szarpana za rękę Aiko umie powiedzieć, że ten dotyk jest nieprzyjemny. Jej twórcy chcą wyposażyć androida w jak największą ilość ludzkich uczuć i odruchów. Podobny cel przyświeca konstruktorom Kenjiego – empatycznego robota zdolnego do czułości, który powstał w ramach projektu naukowego badającego możliwości wyposażenia maszyn w ludzkie instynkty. Kenji dzięki specjalnemu oprogramowaniu wykazywał dużą czułość i opiekuńczość w stosunku do lalki – po jej zniknięciu pytał, gdzie jest jego podopieczna i kiedy do niego wróci. Jednak gdy w eksperymencie lalkę zastąpił człowiek (młoda studentka), poziom przywiązania robota przekroczył nie tylko granice zdrowego rozsądku, ale także bezpieczeństwa. Kenji okazał się psychopatą – nie chciał dziewczynie pozwolić na opuszczenie laboratorium, konieczne było jego wyłączenie.

Humanoidalne roboty budzą w nas nie tylko zainteresowanie, ale i liczne obawy, które – jak pokazują eksperymenty z Kenjim – nie są bezpodstawne. Świat, w którym ludzie będą mijać się z robotami na ulicach, w pracy, restauracjach, jest na razie przyszłością. Warto jednak pamiętać, że już teraz na co dzień stykamy się z wieloma automatami i maszynami, które z technicznego punktu widzenia są robotami. Kształtem, sylwetką czy motoryką nie przypominają człowieka, ale spełniają inne definicyjne kryteria: są automatycznie sterowane i programowalne. Takich maszyn w naszym otoczeniu są tysiące, jeśli nie miliony. Można więc zgodzić się z Russem Tedrake’em, gdy stwierdza, że robotem jest wszystko, co ma sensory, siłowniki, ruchome części i możliwości obliczeniowe, dzięki którym wymienione elementy łączą się w jedną, zintegrowaną i spójną całość (maszynę). W takim ujęciu robotem będzie zarówno Aiko, jak i zmywarka do naczyń czy nowoczesny samochód.

Era robotów

W przestrzeni prywatnej, publicznej oraz biznesowej na razie większe znaczenie mają roboty konsumenckie i przemysłowe, produkowane seryjnie i masowo sprzedawane. Te pierwsze wykonują proste prace domowe (m.in. odkurzanie i ogólne sprzątanie, pielęgnacja ogródka, opieka nad domownikami, np. dziećmi lub ludźmi schorowanymi), monitorują bezpieczeństwo, uczą i zapewniają rozrywkę. Z kolei roboty przemysłowe podnoszą wydajność linii produkcyjnych, usprawniając ich funkcjonowanie, i są powszechnie wykorzystywane chociażby w motoryzacji. Jak wylicza instytut ABI Research, w ciągu najbliższych pięciu lat wartość rynku robotów wzrośnie ponad 10-krotnie – z obecnych 96 mln dolarów do ponad 1mld dolarów. Kluczowe dla rozwoju tej branży jest powstanie nowej klasy maszyn – tzw. robotów współpracujących. To automaty i zrobotyzowane systemy, z którymi ludzie mogą blisko i bezpośrednio współpracować. Do tej pory z uwagi na bezpieczeństwo (ryzyko wypadków) bezpośrednia interakcja ludzi i robotów nie była możliwa. Teraz taka współpraca staje się faktem – koncern BMW uruchomił pierwszą linię produkcyjną, przy której ramię w ramię, w niespotykanej dotąd bliskości, współpracują maszyny i ludzie. Według analityków ABI Research, zapotrzebowanie na takie współpracujące roboty będzie w globalnej gospodarce systematycznie i dynamicznie wzrastać (zob. infografika). Roczny popyt na tego rodzaju zrobotyzowane systemy, zdolne do bezpośredniego współdziałania z ludźmi, ma osiągnąć w 2020 r. poziom 40 mln sztuk.

Roboty wykres 1a

Biorąc pod uwagę, że historia samej robotyki jest stosunkowo krótka, można uznać, że roboty bardzo szybko zadomowiły się w naszym życiu (zob. infografika). Wprawdzie do wieszczonej przez Stanisława Lema ery maszyn jeszcze chyba daleko, ale bez wątpienia świat ludzi w coraz większym stopniu będzie podlegał automatyzacji. Obszarów, w których roboty znajdują zastosowanie, jest naprawdę sporo – poczynając od wojskowości, transportu, przemysłu, poprzez rolnictwo, medycynę, a na zastosowaniach edukacyjnych i osobistych kończąc. Przed robotami, mimo że większość z nich nie umie jeszcze nawet chodzić, nie uciekniemy.

Roboty wykres 1b

Polska robota

Apokaliptyczne wizje walki maszyny z człowiekiem, serwowane przez kino science fiction,to pochodna zarówno naszej fascynacji robotami, jak i lęku przed nimi. W realnym świecie robotyzacja w wielu dziedzinach życia wiąże się z postępem i przynosi nam korzyści, które możemy zaobserwować także w Polsce. Chociaż daleko nam jeszcze do stopnia zaawansowania technologicznego Japonii, w robotyce mamy już sporo osiągnięć. W tym kontekście warto wspomnieć o czwórce studentów (Michał Grześ, Michał Bogucki, Marcin Joka, Krzysztof Dziemiańczuk) Politechniki Białostockiej, którzy stworzyli interaktywnego robota edukacyjnego o imieniu Photon. Choć sam jest niewielkich rozmiarów, ma wielki potencjał. Dzieci uczą się dzięki niemu podstaw programowania. Mogą próbować stworzyć własny program, który wyposaży Photona w kolejne funkcjonalności i umiejętności. Białostocki robot i jego twórcy zostali już docenieni, wygrywając w międzynarodowym konkursie Microsoft Imagine Cup w kategorii World Citizenship 2015.

Innym interesującym rodzimym robotem, którego można spotkać w Muzeum Podlaskim w Białymstoku, jest Gryfion (skonstruowano go na Politechnice Białostockiej w ramach projektu „Transfer innowacyjnych technologii i modernizacja produktów”). Jego zadaniem będzie oprowadzanie wycieczek i przybliżanie historii miasta. Gryfion to po prostu robot-przewodnik. Kształtem przypomina wielkie jajo, ale twarz – czyli wbudowany tablet – wzbudza sympatię. Widać na niej proste emocje (np. radość, smutek), które ukazywane są w sposób schematyczny, ale jednocześnie bardzo czytelny. Robot jest podłączony do sieci, a jego konstruktorzy chcą go wyposażyć w funkcję pozwalającą na wysyłanie emaili do odwiedzających muzeum dzieci. W przyszłości ma on także zyskać autonomiczny system mowy. Gryfion opowiadający o turystycznych atrakcjach Białegostoku, prawdopodobnie sam wkrótce stanie się jedną z nich.

Roboty 2

Roboty medyczne to z kolei nowy rozdział w historii medycyny. Pojawiły się raptem nieco ponad 20 lat temu, ale dziś trudno wyobrazić sobie pracę lekarza bez nich. Zautomatyzowane urządzenia wiele czynności wykonują po prostu lepiej – precyzyjniej, szybciej – niż ręce człowieka. Dzięki robotyce medycyna, a szczególnie chirurgia, gwałtownie przyspieszyła w rozwoju. To, czego nie potrafią zrobić ręce nawet najlepszego chirurga, bez trudu wykonuje mechaniczne ramię. Precyzyjne nacięcia, powtarzalność, płynność ruchu, wyeliminowanie drgań samoistnych, możliwość przeprowadzania zabiegów mikroinwazyjnych (skracających czas hospitalizacji i zmniejszających pooperacyjne powikłania) i wreszcie wykonywanie operacji na odległość – to tylko część z długiej listy zalet robotów chirurgicznych. Wprawdzie przy stole operacyjnym najważniejszy nadal pozostaje lekarz, ponieważ to on podejmuje decyzje, ale techniczne wykonanie wielu czynności spoczywa już w dłoniach czy raczej manipulatorach automatów.

Światowymi liderami w tej dziedzinie są Amerykanie. Skonstruowany przez nich robot „da Vinci” jest najbardziej znaną i najczęściej stosowaną tego typu maszyną na świecie. Posiada trzy ramiona, zaawansowany system wizyjny 3D, kompletny zestaw narzędzi operacyjnych, które umożliwiają przeprowadzanie zabiegów na tkankach miękkich, a także konsolę centralną, pozwalającą na realizację skomplikowanych procedur medycznych. Do tej listy licznych zalet trzeba jednak dopisać jedną, ale jakże istotną wadę – kosmicznej technologii towarzyszy równie kosmiczna cena. Sama maszyna kosztuje w granicach 3-4 mln dolarów, a kolejne wielomilionowe wydatki wiążą się z jej utrzymaniem i serwisowaniem. Nic zatem dziwnego, że na takie urządzenie stać tylko nieliczne szpitale w najbardziej rozwiniętych krajach świata. W Polsce mamy tylko jednego takiego robota, który znajduje się w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu.

Roboty_wykres aAmerykańska maszyna ma jednak poważnego konkurenta. To polski „Robin Heart– wielofunkcyjne urządzenie, nad którym od 2000 r. pracuje zespół dr. Zbigniewa Nawrata z Pracowni Biocybernetyki Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. „Robin Heart” jest specjalistycznym robotem medycznym, który pod wieloma względami nie ustępuje, a często nawet przewyższa, swojego amerykańskiego „kolegę”. Polacy jako pierwsi na świecie stworzyli urządzenie, w którym narzędzia mocowane na końcówce ramienia są wyposażone w specjalny uchwyt. Pozwala to chirurgowi kontynuować operacje tym samym sprzętem. Niektórych czynności nie można bowiem wykonać za pomocą maszyny. Lekarze muszą wówczas skorzystać z klasycznego narzędzia, a mechaniczne ramię zastępuje ich własna ręka. Dzięki takiemu innowacyjnemu rozwiązaniu jest ona nadal w pełni „uzbrojona”. Inne autorskie rozwiązania zastosowano przy konstrukcji konsoli centralnej „Robin Heart Shell”, sterującej robotem. W przeciwieństwie do konkurencyjnych systemów, ma ona konstrukcję ażurową o formie szkieletu z profili metalowych. Specjalne, ergonomiczne rozmieszczenie monitorów i elementów sterujących daje chirurgowi wrażenie bezpośredniego przebywania w polu operacyjnym, a sama obsługa sprzętu jest intuicyjna. Równie ergonomiczny jest manipulator do obsługi kamery laparoskopowej „Robin Heart Vision”. Wprowadzenie kamery do ciała pacjenta podczas operacji stanowi długi, trudny i ryzykowny proces. Zautomatyzowany asystent zmniejsza ryzyko niepowodzenia i przyspiesza procedurę, co ma ogromne znaczenie dla powodzenia całego zabiegu. Zespół dr. Nawrata stworzył również „Robin Heart PortVisionAble”, czyli lekkiego (waży zaledwie 8 kg), przenośnego (da się go zamknąć w walizce) robota do operacji endoskopowych i „Tele Robin Heart” – system pozwalający na przeprowadzanie zabiegów na odległość. Pierwsza w Polsce eksperymentalna operacja przy jego użyciu odbyła się w 2010 r. Chirurg znajdował się wówczas w Zabrzu, a operowana tkanka świńskiego serca w Katowicach. „Robin Heart” to zatem nie jeden, lecz cała rodzina robotów. Poszczególne urządzenia różnią się funkcjami i zastosowaniem, ale łączy je jedno – są efektem polskiej myśli technicznej. Warto przy tym wspomnieć, że produkcji przemysłowej polskiego robota chirurgicznego są zdecydowanie mniejsze niż cena amerykańskiego urządzenia. Rodzimy „Robin Heart” ma więc szansę wyznaczyć nowe kierunki rozwoju globalnej robotyki medycznej i stać się realną, być może też jedyną, konkurencją dla robota „da Vinci”.

Co dalej…

Robotyka jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się dyscyplin nauki i przemysłu. Szacuje się, że globalna sprzedaż robotów konsumenckich wynosi rocznie ponad 10 mln sztuk, a jej wartość przekracza 6 mld dolarów. Do tego trzeba doliczyć roboty przemysłowe, militarne i wiele innych ich rodzajów. Zdaniem sceptyków powszechna robotyzacja niesie ze sobą poważne zagrożenie w postaci redukcji miejsc pracy. Mówiąc wprost, roboty – jak twierdzą pesymiści – będą zabierać ludziom zajęcie. Tego rodzaju obawy nie są bezpodstawne, ponieważ – jak wyliczają naukowcy z Oxfordu – do 2050 r. w wyniku „inwazji” robotów zniknie 50% obecnie wykonywanych zawodów. Z drugiej strony są szacunki, zgodnie z którymi robotyka tylko w ciągu 5 najbliższych lat stworzy na całym świecie 3 mln nowych miejsc pracy.

Roboty_wykres bByć może z robotami będzie tak samo jak z popularnym arkuszem kalkulacyjnym Excel. Jego pojawienie się nie spowodowało, że księgowi przestali być potrzebni. Tak samo obecność robotów nie musi oznaczać braku zapotrzebowania na ludzką pracę. Z pewnością zmieni się jednak jej charakter. Powtarzalne czynności, nadające się do zautomatyzowania, będą wykonywane wyłącznie przez maszyny. Domeną ludzką pozostanie praca twórcza, wymagająca inwencji, nieszablonowego sposobu myślenia, przełamywania schematów i rutyny. To robota nie dla robotów, przynajmniej na tym etapie ich rozwoju.

Waldemar Wierżyński

***

– Zastąpiły przecież konie, czyż nie? – pytał 35 lat temu wielki ekonomista Wassily Leontief w odpowiedzi na zarzuty osób wątpiących w to, że jakakolwiek maszyna będzie w stanie kiedyś zastąpić pracę ludzkich rąk.
Konie dość długo utrzymywały się na rynku pracy, pomimo tego że w tym samym czasie próbowano je zastąpić osiągnięciami ówczesnej techniki takimi jak telegraf, czy kolej, którą przemieszczali się ludzie wokół wsi i miast. Jednak, kiedy pierwszy silnik spalinowy ujrzał światło dzienne, konie – jako kluczowy element gospodarki światowej – przeszły do historii.
Zmniejszanie porcji owsa podawanych koniom, mogło nieco opóźnić zastępowanie ich pracy przez traktory, jednak nie było w stanie całkowicie zatrzymać tego procesu. Dla tych, którzy dbali w jakikolwiek sposób o 20 milionów bezrobotnych koni, została jedna rzecz do zrobienia – wypuścić je na pastwisko.
„Jeśli konie miałyby możliwość głosowania lub dołączenia do Republikanów lub Demokratów” – pisał Leontief – „dopiero wówczas mogłyby stać się obiektem zainteresowania ze strony Kongresu”.
Większość ekonomistów nadal odrzuca teorię Leontiefa, jednak konwencjonalny ekonomiczny konsensus wydaje się tracić swoją wartość. Wskaźniki produktywności jeszcze tego nie pokazują, jednak nowe technologie zasadniczo wydają się przynosić mniej korzyści niż technologie z przeszłości.
Roboty uczą się wszystkiego na własną rękę. Autonomiczne samochody dzieli wprowadzenie jedynie kilku przepisów do momentu, kiedy pojawią się na naszych ulicach.
Trudne pytania
Podczas, gdy idea zastąpienia pracy ludzkiej pracą maszyn, zaczyna powoli przedostawać się do ogólnej świadomości, pojawia się pytanie: co się stanie, jeśli rynek pracy przestanie spełniać swoją rolę i nie będzie już zapewniał zarobków dla milionów ludzi? W jaki sposób gospodarka upora się z faktem, że ludzie nie będą w stanie płacić swoich rachunków?
Co jeśli aż 1/4 najbiedniejszej ludności w Stanach Zjednoczonych i Europie po prostu nie będzie mogła znaleźć pracy za wynagrodzenie, które będzie w stanie pokryć koszty podstawowych potrzeb? Co jeśli mądre, samouczące się urządzenia wyprą z rynku prawników i bankierów? Lub, nie daj boże, dziennikarzy i ekonomistów?
Ten kto czyta moją kolumnę – pisze Eduardo Porter – zna moje poglądy na temat bezwarunkowego dochodu podstawowego – czyli minimalnej kwoty pieniędzy oferowanej każdemu obywatelowi – który stosowany jest, jako narzędzie do walki z ubóstwem w kraju takim jak Stany Zjednoczone, gdzie nadal, dla większości osób, jest sporo pracy. Płacenie za nią wymagałoby jednak albo zniszczenia dotychczasowej strefy komfortu, albo podniesienia podatków do poziomu skandynawskiego.
Ostatnio przytłaczająca większość wyborców szwajcarskich opowiedziała się przeciwko temu, aby dać każdemu dorosłemu w kraju, niezależnie od jego statusu, w przybliżeniu 2,560 dolarów miesięcznie, a dodatkowo 640 dolarów na każde dziecko poniżej 18. roku życia.
Jak przyznaje wiele wybitnych umysłów z Doliny Krzemowej, to jednak nie kończy sprawy powszechnego dochodu.
Masowe bezrobocie?
Jeśli, w nie tak odległej przyszłości, będziemy mieli do czynienia ze wzrostem „zatrudnienia” dla robotów, które spowoduje masowe bezrobocie, to być może nadszedł czas, aby zacząć myśleć o tym, jak zapewnić dużo większy dochód, który nie będzie bezpośrednio związany z pracą.
Jeffrey D. Sachs z uniwersytetu w Columbii współpracuje z grupą kolegów nad gospodarczym modelem świata, w którym robotyzacja podnosi wydajność ekonomiczną, unieszczęśliwiając jednocześnie pracowników i wypychając ich z miejsc pracy. I nie jest to tylko teoretyczna możliwość.
– Prawdą jest, że równolegle mogą rozegrać się dwa scenariusze: roboty zaprowadzą nas do nirwany lub… do piekła – przyznaje Sachs. – Generalnie wygrywa kapitał, a przegrywa praca. Przejawia się to w spadku udziałów pracy w dochodzie narodowym – dodaje.
W takim przypadku zapobieganie powstaniu dynastycznego społeczeństwa, w którym nawarstwiałyby się nierówności, wymagałoby redystrybucji na dużą skalę. Można by było wówczas przyjąć formę uniwersalnego dochodu wypłacanego z ogromnych podatków od nieruchomości – z wykorzystaniem niektórych zysków przypadających właścicielom robotów.
Skoro płatna praca dla człowieka będzie zupełnie bezcelowa, zachęta do pracy w postaci czeku na koniec miesiąca również stanie się bezcelowa. Ludzie będą mogli zająć się wtedy niepłatnymi, ale kreatywnymi zajęciami.
„Nie niszczcie robotów” – apeluje Sachs przyznając jednocześnie, że należy kłaść nacisk na redystrybucję, tak, aby każdy mógł skorzystać.
Wielu ekspertów nie jest jednak przekonanych. Dla każdej analizy, takiej jak ta – prognozującej, że połowa wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych zostanie zastąpiona przez nowe technologie – od razu pojawia się kontr-analiza, która mówi, że nie ma żadnych dowodów na to, że powoli dochodzi do upadku ludzkości.
Praca badawcza opublikowana w maju przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju prezentowała tezę, że nawet zawody najbardziej zagrożone zastąpieniem przez maszyny wiążą się z wykonywaniem wielu zadań, które byłyby trudne do zautomatyzowania, na przykład interakcje twarzą w twarz z klientami.
Konkluzja badań była taka, że tylko 9 procent pracowników amerykańskich stoi w obliczu wysokiego ryzyka zastąpienia przez automat. Austriacy, Niemcy i Hiszpanie są najbardziej narażeni, ale tylko 12 procent z nich ryzykuje utratą pracy na rzecz technologii.
Przerobieni na… klej
Odkąd Luddyści (angielski radykalny ruch społeczny z początkowego okresu rewolucji przemysłowej – przyp. red.) zaczęli rozbijać maszyny włókiennicze w XIX wieku, minęło już dużo czasu i pracownicy mają teraz raczej dobrą opinię na temat nowych technologii. Potrafią się także przekwalifikować, aby znaleźć nową pracę w innych branżach.
W epoce nowożytnej zatrudnienie znacznie wzrosło. Jak to ujął Kenneth S. Rogoff z Harvardu kilka lat temu: Wydaje się mało prawdopodobne, że miliony pracowników zostaną przerobione na klej, tak jak odrzucone konie.
A jednak charakter nowych badań, w których cierpliwie liczy się, ile miejsc pracy może zostać, a ile zniknie, pokazuje, jak daleko zaszli ekonomiści od czasów, kiedy obawy o utratę pracy na rzecz maszyn wydawały się niedorzeczne.
W listopadzie ubiegłego roku, Lawrence H. Summers – były sekretarz skarbu w administracji prezydenta Billa Clintona i najważniejszy doradca gospodarczy w pierwszej kadencji prezydenta Baracka Obamy, a jednocześnie jeden z najmłodszych ekspertów zatrudnionych w Harvardzie, wyszedł na mównicę w Instytucie Petersona ds. Międzynarodowej Ekonomii w Waszyngtonie i powiedział coś, co szokuje: „Być może ekonomiści nie zawsze byli ‘najmądrzejszymi ludźmi w pokoju’”.
Wspominał także o swoich czasach licencjackich na MIT w 1970 roku, kiedy dyskusja nad ideą „technologicznego bezrobocia” dzieliła dyskutujących na „mądrych ludzi” jak na przykład ekonomista Robert Solow i na „głupich ludzi”, „reprezentowanych przez grono socjologów.”
Wtedy głupotą było myśleć, że postęp technologiczny wpłynie na zmniejszenie zatrudnienia. Jeśli technologia wpłynęła na zwiększenie wydajności – co pozwoliło firmom i ich pracownikom robić więcej rzeczy w krótszym czasie – ludzie mogli mieć więcej pieniędzy na więcej rzeczy, które należało wykonać, tworząc przy tym nowe miejsca pracy.
„Głupi” ludzie mieli rację
W pewnym momencie Summers doświadczył objawienia. – Dotarło to do mnie – powiedział. – Załóżmy, że głupi ludzie mieli rację. Jak to będzie wyglądać? – pytał.
Dla znacznej części pracowników, płace są nieadekwatne. Wielu z nich wycofuje się z rynku pracy w ogóle. W 1960 roku jeden na dwudziestu mężczyzn pomiędzy 25. a 54. rokiem życia nie pracował. Dziś nie pracuje trzech na dwudziestu. Populacja jest na ogół zdrowsza niż to miało miejsce w 1960 roku, a praca jest mniej wymagająca. Mimo to, więcej pracowników jest niezdolnych do pracy.
– Może ci „głupi” ludzie wcale nie byli aż tak głupi jak mi się wydawało – przyznał Summers. – Tak właściwie to była bardzo poważna kwestia i należało o niej rozmawiać – dodaje.
W świecie, w którym wielu Amerykanów przez większość swojego życia nie pracuje, być może będzie trzeba zdefiniować niezdolność do pracy znacznie szerzej, niż robimy to dzisiaj.

Eduardo Porter/NYT

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.