Wygrali i nie zwariowali

Niewątpliwie wygrana w lotto odmieniła ich życie na lepsze, ale nie od razu poczuli się z jej powodu szczęśliwymi ludźmi. Loteryjni bogacze dzielą się swoimi doświadczeniami.
Gdy kilka dni temu David i Carol Martin podejmowali nagrodę wysokości 33 mln funtów, mało kto był w stanie pojąć, jak wyczerpująca emocjonalnie podróż czekała tę parę ze szkockiego Hawick. – Płakałam, następnie się śmiałam, a potem jeszcze wpadłam w panikę – opowiada 59-letnia Elaine Thompson z Newcastle, wspominając własną wygraną, będącą dla niej przepustką do klubu loteryjnych milionerów, których w Wielkiej Brytanii jest obecnie około 4000. Została wolontariuszką wspierającą świeżo wzbogaconych graczy w tych pierwszych, trudnych dniach, jakie następują po sukcesie. Wszyscy oni zadają podobno te same pytania: – „Dlaczego od tamtej pory nie mogę spać?”; „Czemu mam mdłości?”; „Jak to jest, że bez powodu wybucham płaczem, a chwilę później się śmieję?” – przywołuje te dylematy Thompson.
Większość osób skreślających numerki w lotto marzy o dniu, w którym to im się poszczęści: myślą o nowych domach, luksusowych wczasach i lśniących samochodach, jakie wtedy kupią oraz o możliwości zrezygnowania z pracy. Ale dopiero po fakcie okazuje się, że nieodwracalną życiową zmianę, jaka przychodzi wraz z pieniędzmi, wcale nie tak łatwo zaakceptować.
– Byliśmy zwyczajną parą, rodzicami dziecka i właścicielami psa – wspomina Elaine Thompson, która w 1995 roku wygrała wraz z mężem Derekiem 2,7 mln funtów. On był księgowym, ona pracowała na część etatu w departamencie płac szpitala w Basingstoke. – Minęło pół roku, zanim w pełni dotarło do mnie to, co się stało. Pamiętam jak poszłam do Marksa&Spencera i bardzo spodobały mi się tam bawełniane swetry. W miesiąc po odebraniu nagrody stałam w sklepie i nie potrafiłam się zdecydować, w którym kolorze będzie mi najlepiej. I wtedy pomyślałam sobie: „Na Boga, Elaine! Przecież masz teraz na koncie dwa mln funtów! Kup sobie te swetry we wszystkich kolorach!”. Nie od razu człowiek jest w stanie przyjąć do wiadomości fakt, że zamiast jednego swetra za 29 funtów może pozwolić sobie na 10 za 290 funtów. A i tak po tamtych zakupach cierpiałam tygodniami z powodu poczucia winy.
Zarówno Elaine jak i Derek od razu złożyli wymówienie w pracy, co nie oznacza, że przestali pracować. Najpierw kupili ośrodek wczasowy w Lyme Regis, następnie, po sprzedaży tego obiektu, zainwestowali w swoją ulubioną restaurację z widokiem na morze, którą akurat wystawiono na sprzedaż. – Zostaliśmy więc jej właścicielami i mieliśmy odtąd pod sobą 52 pracowników. Serwowaliśmy rybę z frytkami na wynos i otworzyliśmy lodziarnię. Pracowaliśmy po 18 godzin na dobę, ale było nam z tym fantastycznie – opowiada Thompson. – Co by nie było, jestem pracoholiczką.
Przy okazji kupili jeszcze konia wyścigowego. – Miał więcej podków niż Imelda Marcos butów – śmieje się Elaine. – Wkrótce zaczęliśmy przezywać go „Zwolnienie”, bo za każdym razem, gdy miał stanąć do wyścigu, zaczynał kasłać.
Para nadal mieszka w „zwyczajnym domu z czterema sypialniami na normalnej posesji w Newcastle. Chciałam mieć dom, który jestem w stanie wysprzątać w ciągu jednego dnia” , zauważa milionerka. – Najlepsze, co dała mi wygrana, to możliwość wykształcenia dzieci, bez konieczności zaciągania kredytów, które trzeba byłoby spłacać jeszcze przez wiele lat po studiach – mówi kobieta o swojej 31-letniej córce i 26-letnim synu. Dzieci Thompsonów wykonują teraz dobrze płatną pracę i mają własne nieruchomości. – Sama dorastałam w mieszkaniu komunalnym, wychowywana przez samotną matkę – wspomina milionerka. – Wiem, że zabrzmi to jak banał, lecz moim marzeniem było stworzenie dzieciom lepszych warunków niż sama kiedyś miałam. I to mi się udało. Teraz marzę o tym, by żyć pełnią życia na emeryturze.
Wygląda na to, że także emerytura będzie jednak dla pani Thompson bardzo pracowitym okresem. Organizacja charytatywna, w jakiej działa wraz z innymi loteryjnymi szczęściarzami, zobowiązuje ją do wizyt w dziecięcych szpitalach i hospicjach. Raz nawet z powodu tej pracy odwiedziła siedzibę premiera przy Downing Street 10. – Tamta wygrana z całą pewnością nie zmieniła mnie jako osoby, ale moje życie przeobraziła całkowicie – przyznaje kobieta.

Wesele dla córki i własny sos
Przed rokiem wygrana 1,8 mln funtów przyniosła życiowe trzęsienie ziemi Seanowi Lloyd z Cheshire. (…) – Z trudem wiązaliśmy wtedy koniec z końcem – wspomina 49-latek, który autobusami jeździł od dwóch lat, a wcześniej pracował jako glazurnik. – Będąc kierowcą ze stosunkowo krótkim stażem zarabiałem mało, a tygodniowo musiałem wyjeździć 50-60 godzin i brać nadgodziny.
Żona Seana, pielęgniarka, pracowała w systemie zmianowym. – Byliśmy jak dwa mijające się nocą okręty – przyznaje mąż. Zajmowali połowę bliźniaka w Ashton-under-Lyne, pod Manchesterem, dom, który kupili na kredyt. Tylko sporadycznie pozwalali sobie na wakacje w Hiszpanii, a za rodzinny samochód, marki Vauxhall Astra, też spłacali raty.
Z początku Seanowi wydało się, że ma tylko pięć trafnych numerów. – Pomyślałem sobie wtedy: „Super, a więc to będzie jakieś 800-1000 funtów” – opowiada. Aż dotarło do niego, że wytypował dobrze wszystkie liczby. – I wtedy pojąłem: „A niech to! Mam spłaconą hipotekę!”. I zacząłem się śmiać. Ogarnęło mnie takie wspaniałe poczucie ulgi. A jednak nie od razu to wszystko do ciebie dociera. Najpierw przez jakiś czas chodzisz jak ogłupiały. My potrzebowaliśmy czterech miesięcy, by się z nową sytuacją oswoić. [Wygrana] to coś tak bardzo nierealnego. Jak by to wam lepiej wyjaśnić? To jak potrącenie przez samochód, wtedy też może człowieka dopaść uczucie odrealnienia. Myślisz sobie: “Czy ja wciąż żyję?”. “Czy wszystko ze mną OK?”. Coś w tym rodzaju. I masz ochotę porządnie się uszczypnąć. A przy okazji uronisz parę łez.
Zrezygnował z pracy i wraz z rodziną pojechał na wakacje do Meksyku. (…) – Najważniejsze, że mogłem zapewnić dzieciom dobry start w życie – ocenia z perspektywy czasu. Mówiąc o „dobrym starcie” ma także na myśli wesele córki na Dominikanie. – Gdy oznajmiła nam, że zamierza wyjść za mąż, martwiłem się, że nas na to nie stać – opowiada ojciec. – Ponieważ jestem człowiekiem starej daty, chciałem za wszystko zapłacić z własnej kieszeni. Córka upierała się, że wraz z narzeczonym sami zaoszczędzą potrzebną kwotę, a my dołożymy tyle, ile będziemy w stanie. Ale teraz mogę zafundować córce ślub jak z bajki.
Lloyd, kucharz-amator, stara się teraz wypromować słodko-korzenny sos, którego formułę opracowuje od trzech lat. Jego żona dalej pracuje w zawodzie pielęgniarki. – Kocha to zajęcie. Nie porzuci go za nic w świecie, chce być taką drugą Florence Nightingale – opowiada mąż. A co gdyby tamtego dnia nie skreślił numerków? – Dalej zapracowywałbym się na śmierć i może teraz byłbym już z tego powodu chory – zauważa.
Luksus rodzicielstwa w domu
Ponieważ kiedyś wygrał 2,5 mln funtów na loterii, 35-letni Ben Woods, niegdyś pracownik kolei, może pozwolić sobie na spędzanie czasu z trójką swoich małych dzieci. – Poszczęściło mi się parę dni przed 24. urodzinami – wspomina. Niewiele zapamiętał z urodzinowego przyjęcia i cały tamten okres pamięta „jak przez mgłę”. – Najpierw byłem tym wszystkim zaszokowany, dopiero parę dni później zrozumiałem, co się właściwie stało, gdy podszedłem do bankomatu i zobaczyłem na monitorze stan mojego konta.
Od razu przestał pracować i zajął się „świętowaniem” z kumplami w pubie, wyprawami do Las Vegas, San Francisco, Nowego Jorku i na Hawaje. Kupił też parę range roverów i mnóstwo „szybkich audi”. – Dużo wydawałem na samochody – przyznaje. – Ale sądzę, że każdy młody mężczyzna na moim miejscu tak by się zachował.
A potem poznał swoją przyszłą żonę. – Byłem wtedy bliski 26. urodzin – opowiada. – Zamieszkaliśmy razem. Zamiast balować z kumplami, teraz balowałem z nią.
Dzisiaj Ben jest pełnoetatowym tatą. Wraz z trójką dzieci poniżej szóstego roku życia mieszka we własnym domu, parę mil drogi od rodziców. – Najważniejsza korzyść z wygranej polega na tym, że dzieci mogą mieć nas w domu – stwierdza mężczyzna. – Większość rodziców musi chodzić do pracy i nie ma okazji obserwować, jak ich potomstwo dorasta. Mam się za prawdziwego szczęściarza, bo w tych ważnych pierwszych latach życia dzieci byłem tuż obok nich. To istny dar od losu. Gdy byłem mały, mój tata pracował jako kierowca autobusu i rzadko go widywałem. Dziękuję Bogu za to, że sam mogę cieszyć się czasem spędzonym wraz z moimi dziećmi.
Pieniądze mądrze zainwestował i dysponuje nimi z dużą ostrożnością. Gdy dzieci pójdą do szkoły, zamierza wrócić do pracy – w jakimś nowym zawodzie, do którego dopiero zdobędzie kwalifikacje. (…) – Gdy masz 23 lata, wówczas 2,5 mln funtów wydaje się gigantyczną kwotą, która odmieni twoje życie – zauważa. – W pewnym sensie tak właśnie jest. Ale od tamtej pory minęło 10 lat i to nie tak, że mogę sobie na wszystko pozwolić i że zawsze będę bogaty. Z pieniędzmi trzeba bardzo uważać.

Caroline Davies

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.