Wojna na sieroty

Są kalekie, chore, wychowują się bez miłości i troski najbliższych. W Ameryce znaleźli się kochający rodzice, gotowi przejść przez adopcyjną gehennę, by stworzyć tym sierotom dom. Moskwa sądzi, że lepiej i bezpieczniej będzie tym dzieciom w rosyjskim sierocińcu.
sierotaZostało po niej parę fotografii i nagranie wideo: dwulatka z zespołem Downa uśmiecha się szeroko, a potem jeszcze szerzej, wyciąga rączki do kamery i kroczy chwiejnym krokiem, aż wreszcie się przewraca. Nie ma nikogo kto zechciałby ją podtrzymać. Heidi Burrows, matka siódemki dzieci, pokochała tę dziewczynkę, choć żyły oddalone od siebie o tysiące kilometrów. Burrows mieszka wraz z mężem w Teksasie, lecz mimo to zdecydowała się zaadoptować rosyjską sierotę o słodkim uśmiechu.
Amerykańska para znalazła Darię za pośrednictwem organizacji Reece’s Rainbow, zbierającej dane o sierotach z zespołem Downa z całego świata. Instytucja adopcyjna umieszcza w sieci zdjęcia podopiecznych, by znaleźć im rodziców, zachęca ludzi do przysposabiania tych dzieci i współfinansuje koszty związane z adopcją. Kiedy ubiegłej jesieni na stronie Reece’s Rainbow znalazła się informacja, że Dayna (zamerykanizowanie imię Darii) ma już nowy dom, Burrows ze szczęścia zalała się łzami, czując się tak, jakby miała już nową córkę. – Będę kochać ją do końca życia – powiedziała sobie.
Jednak 1 stycznia, gdy państwo Burrows kompletowali dokumenty niezbędne do adopcji, Rosja wprowadziła zakaz przekazywania sierot amerykańskim rodzicom, pod pretekstem, że za oceanem rosyjskie dzieci nie były traktowane jak należy. Nowe prawo Moskwa ochrzciła imieniem Dimy Jakowlewa, 21-miesięcznego chłopca adoptowanego przez rodziców z Wirginii, który w nowej rodzinie został nazwany Chasem Harrisonem. Chase zmarł w 2008 roku, ponieważ ojciec przez nieuwagę zostawił go w gorącym samochodzie. Nasze dzieci nie są w Ameryce bezpieczne, stwierdziły rosyjskie władze.
Heidi Burrows była zupełnie nieprzygotowana na wiadomość, że jej ukochana Daria, która w maju tego roku skończyłaby trzy lata, zmarła w kwietniu, w sierocińcu w Niżnym Nowogrodzie. Opiekujący się nią woluntariusze podali, że dziecko cierpiało na niezdiagnozowaną wadę serca. – Od tamtej pory nie mogę patrzeć na tamto nagranie – powiedziała kilka dni temu Burrows.
Śmierć Darii stała się symbolem napiętych stosunków między Rosją i Stanami Zjednoczonymi, których przejawem jest adopcyjna wojna. Można podejrzewać, że z powodu długotrwałego procesu przysposobienia dziewczynka i tak nie dożyłaby podróży do Teksasu. Jednak takich sierot jak Daria jest znacznie więcej, zauważa Borys Altszuler, z rosyjskiej organizacji praw dziecka Prawo Riebionka. Te dzieci mogłyby żyć dłużej i w lepszych warunkach, gdyby w porę trafiły do amerykańskich domów. – Jedna z dziewczynek już zmarła. Inne zostały w ojczyźnie, bez żadnych perspektyw na przyszłość. To prawdziwe barbarzyństwo – uważa Altszuler.
W chwili, gdy Moskwa wprowadziła zakaz adopcji sierot przez Amerykanów, do przysposobienia rosyjskich dzieci szykowało się za oceanem 300 rodzin. Rodzice walczyli, by w ich przypadku zrobić wyjątek, lecz Rosjanie nie poszli na żadne ustępstwa. Śmierć Darii sprawiła, że desperacja amerykańskich rodzin jeszcze przybrała na sile.
Wiktoria Iwlewa, moskiewska dziennikarka i aktywistka działająca na rzecz zniesienia zakazu amerykańskich adopcji, czego dochodzi również przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, chętnie mówi o czteroletnim chłopcu z zespołem Downa i wadą serca, który również miał pojechać do nowej rodziny w USA. Tam mógłby liczyć na znacznie lepsze leczenie niż w ojczyźnie, zauważa. – Powiedzieliśmy w sądzie, że tutaj to dziecko może w każdej chwili umrzeć. Nie spotkało się to ze zrozumieniem – mówi dziennikarka.
W Niżnym Nowogrodzie Tatiana Biezdienieżnych, odpowiedzialna za ochronę dzieci, zaprzecza rozpowszechnianym w prasie stwierdzeniom, że gdyby zakaz amerykańskich adopcji nie został wprowadzony, Daria żyłaby do dziś. Tak, w ostatnim czasie zmarło kilkoro sierot z Downem, przyznaje, lecz żadne z nich nie było w trakcie procedur adopcyjnych. Rodzina Burrowsów nie figuruje w żadnych rosyjskich dokumentach, a adopcja Darii zaistniała jedynie w nierodzącym zobowiązań serwisie Reece’s Rainbow. Biez- dienieżnych przyznaje, że dwie inne dziewczynki z zespołem Downa, Wasilisa i Olga, były przedmiotem amerykańskich zabiegów, gdy w styczniu wprowadzono adopcyjny zakaz. W tej chwili te dzieci mają się znakomicie, zapewnia.
Kiedy Rosja wprowadziła „ustawę Jakowlewa”, niektóre amerykańskie pary dopiero zabierały się za skomplikowaną papierkową robotę związaną z adopcją, a inne były już bliskie przyjęcia dziecka w domu. Cierpią zwłaszcza ci rodzice, którzy przysposabiali maluchy chore i kalekie. Kto teraz je zechce? Gina Coleman, 32-letnia pracownica hospicjum w Salt Lake City, czekała na przyjazd opóźnionej w rozwoju trzylatki z HIV. Dziewczynka miała przyjechać w marcu. Kiedy jesienią ubiegłego roku Coleman po raz pierwszy je zobaczyła, dziecko było wystraszone uwagą, do jakiej nie przywykło. – Dziewczynka trzęsła się, płakała, serce biło jej jak oszalałe – wspomina niedoszła matka. – Wzięłam ją na ręce, bawiłam się z nią w muzycznym pokoju. Po pięciu minutach razem była gotowa opuścić ze mną sierociniec. Kurczowo się mnie trzymała, była taka spragniona miłości.
Wprowadzając zakaz amerykańskich adopcji Rosjanie wielokrotnie przywoływali dane o 20 rosyjskich sierotach, które zmarły w USA – na 60 tys. udanych adopcji, jakie przeprowadzono w tym kraju w ciągu ostatnich dwóch dekad. Nie ma danych, który pozwoliłby określić wskaźnik umieralności dzieci w sierocińcach Rosji. – Zmarłych sierot po prostu się nie liczy – zauważa Altszuler. – Dane na ich temat są dobrze zamaskowane w ogólnych statystykach zgonów.
Rosyjskie władze uspokajały, że uda im się zachęcić rodaków do przysposabiania dzieci, a te najbardziej chore i słabe z sierot, które praktycznie nie mają szans na adopcję w kraju, otrzymają należyte wsparcie. – Wprowadzenie zakazu zajęło im tydzień – zauważył Altszuler. – Od tamtej pory minęło już prawie pół roku, lecz nic się nie zmieniło. Wcale im się nie spieszy do pomagania sierotom.
Mil i Dianna Wallen z Woodstock obiecali 15-letniemu Maksimowi, że zabiorą go do siebie z rosyjskiego sierocińca, gdzie chłopiec mieszka od urodzenia. Teraz małżonkowie rozpowszechniają petycję na portalu chan- ge.org, w której domagają się zniesienia zakazu adopcji. Zebrali już 65 tys. podpisów – z Rosji i z USA. Wallenowie przez lata odwiedzali sierociniec w Czelabińsku, z ramienia swojego kościoła, starając się polepszyć los tamtejszych wychowanków. Niedawno wsparli ten ośrodek kwotą 4000 dol. na zakup letnich ubrań. – Ale te dzieciaki żyją we wspólnocie, nie w rodzinie – mówi Mil Wallen. – Nie mają miłości i troski rodziców.
Do sporządzenia petycji skłonił ich przykład Sary McCarthy, brytyjskiej reżyserki, która podjęła temat adopcji w dokumencie „The Dark Matter of Love”, opowiadającym o tym, jak wielkie znaczenie dla rozwoju młodego człowieka ma miłość rodziców i jakie szkody wyrządza jej brak. McCarthy zorganizowała kampanię w serwisie Kickstarter w imieniu 300 sierot, zmuszając Kongres do zajęcia stanowiska w tej sprawie. Senator demokratyczna Mary Landrieu, sama będąc adopcyjną matką, wysłała list z podpisami 150 kongresmenów do prezydenta Obamy, prosząc go o wstawiennictwo w trakcie rozmów z prezydentem Władimirem Putinem. – Wiem, że muszą się teraz zajmować Syrią i Iranem – zauważyła McCarthy. – Uważam jednak, że to byłby wstyd, gdyby sprawa sierot wcale nie trafiła pod obrady.
Heidi i Brad Burrows, rodzice siódemki dzieci w wieku od 9 do 20 lat, wychowują córkę z porażeniem mózgowym, a przy tym opłakują zmarłe ósme dziecko, które zdążyli uznać za swoje. „Wystarczyło jej parę zdjęć i to nagranie, żeby zdobyć moje serce – napisała Heidi na blogu, wkrótce potem jak dowiedziała się, że mała zmarła. – Tylekroć wyobrażałam sobie, jak jest z nami… Była kochanym dzieckiem i nigdy nie zostanie zapomniana”.

Kathy Lally

•••

Wymuszone adopcje polskich dzieci to fakt!

Brytyjska opieka społeczna zabiera polskim emigrantom dziecko do adopcji. Pili, bili, wykorzystywali? Nic z tego – sami zgłosili się do councilu o pomoc. Bulwersującą sprawę wymuszonej adopcji tropi nasz reporter oraz komentuje brytyjski parlamentarzysta, zaangażowany w zmianę grabieżczego systemu.
Termin „forced adoption” (wymuszona adopcja) kojarzymy zazwyczaj z rodziną patologiczną. Jednak odbieranie dzieci rodzinom emigrantów z przeciętnymi problemami to nie bajka – to zatrważające realia UK. A wszystko w majestacie prawa.
Brytyjskiemu posłowi znanych jest 40 podejrzanych postępowań dotyczących 89 słowackich dzieci, co do których władze Sło- wacji wyraziły zaniepokojenie. W sprawę zaangażowała się słowacka ambasada, mówiła o nich państwowa telewizja w najlepszym czasie antenowym.
Ostatecznie, w jednej ze spraw doszło do precedensu: babka dzieci odwołała się do Strasburga i wygrała. Wcześniej, sprawa jej wnuków przegrana została przed brytyjską jurysdykcją, gdzie wspomniana babka nie mogła zeznawać w sprawie, ani nawet być obecna na posiedzeniach sądu „ze względów bezpieczeństwa”.
Rozwiązań problemu zaburzeń psychicznych rodzica (nie mylić z chorobą umysłową) jest kilka: porada, terapia, lekarstwa. Lecz łatwiej jest oddać dziecko do adopcji. Opiekunowie tymczasowi z państwowej kiesy dostają nawet 800 funtów na tydzień, więc chętnych jest sporo.
Poza tym, councilom wykonującym „targety” przysługują niemałe nagrody, rząd zaś nie wnika w szczegóły każdej sprawy.
Troska o dziecko to dziedzina, w której idealna droga nie istnieje. Jednak to, co wyprawia się w tym kraju zakrawa na narodowy skandal. To sprawa najwyższej wagi, by doszło do zasadniczych zmian w antyrodzinnej polityce, której ofiary liczy się w tysiące. Dlatego apelujemy do polskiej dyplomacji w UK: może to już czas, by pójść za przykładem słowackich władz i bliżej przyjrzeć się bezczelnym adopcjom dzieci polskich emigrantów?

(Jacek Wąsowicz/polishexpress.com)

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.