Wieloświat

Naukowcy ogłosili istnienie światów równoległych

Dla większości ludzi sformułowanie „światy równoległe” to zupełna abstrakcja. Niektórzy znają to pojęcie z filmów science fiction okazuje się jednak, że coraz więcej badaczy uważa istnienie innych wszechświatów za naukowy fakt. Wraz z naszym wszechświatem w interakcje wchodzą inne, w których na przykład dinozaury nigdy nie wymarły. Takie światy mogą istnieć w równolegle do naszego.
Teorię wieloświatu jest podzielana przez naukowców. Najnowsze opracowanie na ten temat przygotowali specjaliści z Griffith University w Australii i University of California z USA. Naukowcy zaproponowali jednak zupełnie nową koncepcję, dzięki której mają nadzieję rozwiązać niektóre z problemów mechaniki kwantowej.

W przeciwieństwie do poprzednich wersji, teraz naukowcy dopuszczają możliwość istnienia ograniczonej, ale jednak

220px-Multiverse_-_level_II.svg

niewyobrażalnie ogromnej liczby wszechświatów o określonych właściwościach, które istnieją w czasie na stałe bez tzw. rozgałęzienia. Specjaliści wierzą, że każdy ze światów jest prawdziwy w tym samym stopniu, a interakcja między nimi jest źródłem efektów kwantowych.

Według uczonych można zaobserwować efekt tak zwanego „odpychania” się od siebie światów równoległych. Naukowcy stwierdzili, że można tylko określić prawdopodobieństwo poprawności takiej teorii, ponieważ obserwator, który znajduje się w danym świecie nie wie dokładnie, gdzie ma szczęście być. Eksperci uznają, że jest tylko jeden świat, którego rozwój będzie się odbywać w ścisłej zgodności z zasadami mechaniki Newtona – ten, w którym żyjemy.


Sama teoria takich światów powstała jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku. Hugh Everett wysnuł przypuszczenie, że każde nowe zdarzenie we Wszechświecie może powodować jego „rozdział”. W ten sposób liczba alternatywnych wszechświatów zmierza do nieskończoności. Teoria została uznana za fantastyczną i zapomniana. Jednak nieoczekiwanie naukowcy z Oksfordu doszli do wniosku, że tok myślenia Everetta był dobry.
Z obliczeń wynika, że rozgałęzione struktury, które powstają przy podziale wszechświata na równoległe wersje jego samego, wyjaśniają probabilistyczny charakter rezultatów w mechanice kwantowej. Zdaniem naukowców oznacza to, że niechybnie żyjemy tylko w jednym z wielu równoległych światów, a nie w jedynym istniejącym.

Światy równoległe

To proste. Na początku było „nic”. Idealna próżnia. Na szczęście dla nas – jak twierdzą fizycy – próżnia ma to do siebie, że od czasu do czasu pojawia się w niej „coś”. Miliardy lat temu owo „coś” było niewyobrażalnie małym punktem o gigantycznej masie, który nagle wybuchł i błyskawicznie powięk

szył się do ogromnych rozmiarów. Tak powstał wszechświat, a jego mikroskopijna cząsteczka zwana Ziemią jest miejscem, w którym przyszło nam żyć. Ale czy jedynym?
Skoro w nieskończonej przestrzeni wszechświata mają szanse zaistnieć nawet najmniej prawdopodobne zdarzenia, to przecież można przyjąć, że istnieje nieskończenie wiele innych zamieszkanych planet, a wśród nich nieskończenie wiele ciał niebieskich, na których żyją ludzie. A jeśli to prawda, nie można wykluczyć, że w kosmosie jest nieskończenie wiele planet, na których żyją nasze sobowtóry! Mają one nie tylko te same rysy twarzy co my, nie tylko tak samo się ubierają i noszą te same nazwiska – powtarzają nawet te same czynności i podejmują identyczne decyzje życiowe.
Taką możliwość potwierdza nie tylko rachunek prawdopodobieństwa, lecz również obowiązujący w dzisiejszej kosmologii model wszechświata. Astronomowie wyliczyli, że nasz najbliższy sobowtór mieszka w galaktyce oddalonej od Ziemi o 1028 lat świetlnych. Jak na rozmiary kosmosu – nie tak znowu daleko. Mimo to raczej nigdy swoich bliźniaków nie zobaczymy. Po pierwsze dlatego, że potrafimy dostrzec tylko to, co otacza naszą planetę w promieniu 30 miliardów lat świetlnych. Po drugie zaś, aby wpaść do swojego sobowtóra na kawę, musielibyśmy podróżować szybciej od światła, a wedle założeń fizyki taka prędkość nie istnieje.
Koniec. Kropka. Żadnych szans na odwiedziny. Chyba że… nasi bliźniacy żyją nie na położonej gdzieś na krańcach wszechświata planecie, ale tuż obok nas! Żeby wyjaśnić tę zagadkową teorię, musimy nieco bliżej przyjrzeć się gwiazdom. Świecąca gwiazda przypomina nuklearny piec, w którym cząsteczki wodoru, spalając się, tworzą popiół w postaci helu. Ponieważ dwa protony wodoru są cięższe niż proton helu, nadmiar masy zamienia się w energię, która zostaje wypromieniowana. Gwiazda świeci. W czasie tego procesu siła reakcji wodoru dąży do jej rozerwania, a siła grawitacji jądra stara się ją zmiażdżyć.

Dopóki jądrowy piec płonie, delikatna równowaga między tymi siłami jest zachowana. Kiedy jednak po miliardach lat wodór się wypali, gwiazda zgaśnie i zwycięży siła grawitacji jądra. Pod wpływem potężnego ciśnienia wytworzy się tak wielka temperatura, że zacznie spalać się hel, a atmosfera gwiazdy gwałtownie się rozszerzy. W tym stadium stanie się ona czerwonym olbrzymem. A kiedy i hel się wypali, gwiazda skurczy się i zmieni w białego karła.
Taki obiekt astronomiczny ma ogromną masę przy stosunkowo małej objętości. Ale jeśli masa ta nadal będzie się zwiększać, a objętość zmniejszać, to w pewnej chwili gwiazda skurczy się do niebywale małego punktu o gigantycznej energii. Tak wielkiej, że w końcu rozerwie przestrzeń i pojawi się w próżni poza nią. Potem nastąpi wielki wybuch i… powstanie nowy wszechświat. Dowcip polega na tym, że będzie on klonem tego, który znamy. Niewykluczone, że takie wszechświaty już istnieją i jest ich nieskończenie wiele. Wobec tego nie można wykluczyć, że się ze sobą zderzają i wzajemnie przenikają! Zdaniem Stevena Weinberga, autora książki „Pierwsze trzy minuty”, takie kolizje są właściwie nieuniknione, a nawet konieczne dla dalszego rozwoju ciał niebieskich.
„Przez wszystkie te lata, które przeżyliśmy w domu, ojciec był stałym elementem wyposażenia jadalni, siedzącym przy stole i gryzmolącym jakieś zwariowane zapiski na żółtych stronach biurowych bloczków, czytającym gazetę i pijącym dżin z tonikiem. Później przenosił się do salonu, oglądał wiadomości i zasypiał na kanapie, codziennie w tej samej pozycji” – pisze Mark Everett w książce „Things the Grandchildren Should Know” (O czym wnukowie wiedzieć powinni). Dopiero kilkanaście lat po jego śmierci Mark, lider alternatywnej grupy muzycznej Eels, dowiedział się, jakiego rodzaju fizykiem był jego ojciec – o tym, że w wieku 24 lat sformułował teorię podważającą ogólnie przyjmowane poglądy na prawdziwą naturę rzeczywistości i że został za to skazany na naukową banicję.
Urodzony w 1930 r. ojciec Marka Hugh Everett III, który wypalał trzy paczki Kentów dziennie i żywił się głównie hamburgerami, umarł na zawał serca, mając 52 lata – tak jak żył, czyli w wygniecionym garniturze. Odszedł – jak przekonują przyjaciele i rodzina – bez obaw. Z jego teorii wynikało niezbicie, że wszystko, co może się zdarzyć, zdarza się na pewno w którejś z odnóg rzeczywistości, która przypomina wielkie, rozgałęziające się w każdej chwili drzewo życia. Niewykluczone, że w wielu światach Everetta śmierć, trochę jak w „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta, po prostu się zdarza i nie należy się nią przesadnie przejmować. Potem żyje się dalej, tyle że gdzie indziej. Wbrew pozorom, jest w tym pomyśle kawał rzetelnej, intensywnie badanej obecnie fizyki.Po pół wieku zapomnienia jego autora zaczęto porównywać do gigantów nauki XX w.
W połowie lat 50. problem dręczący Everetta, genialnego młodzieńca, który w wieku 12 lat korespondował z Einstei-nem, był następujący: dlaczego w ujęciu obowiązujących wówczas teorii fizycznych rzeczywistość rozpada się na dwie rozłączne części – mikroskopową i makroskopową. Everett rzucił rękawicę fizykom, którzy zaczęli bezrefleksyjnie przyjmować skrajnie nieintuicyjne prawa mechaniki kwantowej głoszące, że niewielkie obiekty (cząstki, atomy itd.) pozostają w tzw. superpozycji stanów kwantowych. Mówiąc prosto: ich parametry przyjmują jednocześnie wszystkie dopuszczalne przez prawa fizyki wartości aż do chwili, gdy dokonujemy pomiaru. Wtedy w zadziwiający sposób przybierają jedną konkretną i, jak się wydaje, przypadkową wartość. Co istotne, w takim ujęciu mechaniki kwantowej (zwanym czasem doktryną „zamknij się i rachuj”), narzuconym m.in. przez Nielsa Bohra, badacz zyskuje niemal boski status: to on aktem obserwacji redukuje całą złożoność świata kwantowego do mierzalnej wartości. Kłopot w tym, że nikt nie wie, kiedy i jak zachodzi taka redukcja.

(…) dla niektórych, np. dla zmarłego przed rokiem legendarnego Johna Archibalda Wheelera (pod jego opieką Everett pisał pracę doktorską), dla Maxa Tegmarka z MIT czy pioniera informatyki kwantowej Davida Deutscha z Oxfordu, ten schizofreniczny obraz rzeczywistości był i jest powodem do wstydu. Ich zdaniem, klasyczna interpretacja jest beznadziejnie niezupełna i jest filozoficznym monstrum, ponieważ obdarza mianem rzeczywistości tylko wybraną arbitralnie część świata. Everett miał odwagę się temu sprzeciwić: cały Wszechświat potraktował jako jeden ewoluujący, opisywany jedną funkcją układ, co sformalizował w 1954 r. na serwetce podczas jednej z zakrapianych imprez w Princeton. U Everetta obserwator niczego nie zakłóca i nie redukuje. Każdy stan superpozycji jest jednakowo realny, lecz zdarza się w innym, równoległym wszechświecie. Kwantowy multiwszechświat (termin zaproponowany przez Deutscha) jest jak rozgałęziające się w nieskończoność drzewo. Oznacza to między innymi, że i my, siedząc na takim drzewie, chcąc nie chcąc także się rozgałęziamy. To dlatego Everett nieprzesadnie dbał o zdrowie, wierzył bowiem głęboko, że jego teoria gwarantuje mu nieśmiertelność. Na każdym rozgałęzieniu rzeczywistości ludzka świadomość wybiera (między innymi) te ścieżki, które nie prowadzą do śmierci. A że proces ten powtarza się w nieskończoność, to hulaj dusza!
(…)dziś tylko nieliczni fizycy wierzą w tradycyjne ujęcie fizyki kwantowej. Wielu skłania się do teorii światów równoległych (chyba żadna inna tak zgrabnie nie tłumaczy na przykład istoty działania komputerów kwantowych). W 2007 r. tygodnik „Nature” uhonorował półwiecze teorii Everetta specjalnym wydaniem. W Oxfordzie zorganizowano poświęcone jej sympozjum. Temperatura dyskusji i liczba publikacji rośnie z roku na rok. Lada moment ukaże się biograficzna książka Petera Byrne’ „The Devil’s Pitchfork: Multiple Universes, Mutually Assured Destruction, and the Meltdown of a Nuclear Family”.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.