W stronę Morza

Podobno we wszechświecie jest więcej ciał niebieskich niż ziaren piasku na całej Ziemi. Przesypuję kolejne garście patrząc na białe, postrzępione obłoki, płynące leniwie czerwcowym niebem. Fale liżą brzeg, popołudniowe słońce opada coraz niżej nad horyzont. Leżymy na plaży w Brzeźnie.

Nigdzie się nam nie spieszy. Rowery przypięliśmy przy wejściu na molo. Za parę dni pewnie się tu zaroi, zaludni, zagęści od wszelkiej maści urlopowiczów. Dziś jeszcze względny spokój, choć wyczuć można w powietrzu typowe dla Wybrzeża, przedsezonowe napięcie. Grupki znajomych rozsiadły się na piasku na kocach i ręcznikach, śmieją się, gadają sącząc piwo – nikomu to nie przeszkadza, nikt nie wlepia mandatów, drą się mewy, po drugiej stronie zatoki majaczy leśna linia helskiego horyzontu. Wychudzony, przesympatyczny żulik spaceruje między ludźmi kulturalnie zbierając puste butelki do plastikowej siatki. Lato. Spokój.

Do morza zawsze było albo za daleko albo nie po drodze. Któregoś lata, pod koniec mojej podstawówki, wybraliśmy się całą rodziną dużym fiatem na Hel. Czternaście godzin w upale, dziurawe drogi, na miejscu tłumy jak na Marszałkowskiej, kapryśna aura i zimna woda – a i tak nigdzie wędzone flądry, pieczone w głębokim tłuszczu maleńkie rybki nazywane moskalikami i gofry, które pochłanialiśmy w niepoliczalnych ilościach, nie smakowały tak, jak tam. To były jedyne wakacje, które spędziliśmy wszyscy razem w szóstkę, w miejscu innym niż nasza górska chatka w Beskidzie Sądeckim. Zakopywaliśmy ojca w piasku, łaziliśmy wieczorami po falochronach, mama smażyła się z książką w ręku na plaży i chyba ani razu nie weszła do morza. Ale to jeszcze nie wtedy zakochałam się w Morzu. Zaczęło intensywniej szumieć mi w sercu dopiero pod koniec liceum, kiedy to z siostrą jeździłyśmy czasami w weekendy do Gdańska nocnym pociągiem z Krakowa. Na miejscu wsiadałyśmy w tramwaj do Jelitkowa, cały dzień włóczyłyśmy się po plaży, a wieczorem wsiadałyśmy w powrotny pośpieszny na południe. Celem tych podróży było nic innego jak możliwość spędzenia tych kilku godzin na wybrzeżu. Wydawało nam się to wtedy wyjątkowo romantyczne, filozoficzne i terapeutyczne – nie było lepszego sposobu na dojście do ładu i składu z różnymi problemami i dylematami niż kilka godzin wpatrywania się morskie fale. Bo każdą górę można obejść, a Morze zawsze zmusza by zatrzymać się w miejscu.
Dziś z Krakowa do Gdańska dojechać można w pięć i pół godziny szybkim pociągiem pendolino. Wybieramy nocny przejazd TLK (tanie linie kolejowe) relacji Zakopane – Gdynia Główna. W Gdańsku Wrzeszczu czeka na nas Alina. Znamy się lata, z czasów kilkakrotnie wspominanego tu Forum Mediów Polonijnych, edycja Pomorze, A.D. 2004; ale nie widziałyśmy się długo, chyba od czasu, kiedy Alina odwiedziła Kanadę sześć wiosen temu. To ona i jej nietuzinkowa rodzina sprawią, że nasz pobyt na Pomorzu będzie niezapomniany i inspirujący. Pierwszego dnia wędrujemy po starym mieście – po Długim Targu, nad Motławą i uliczką bursztynników, gdzie bezskutecznie próbujemy znaleźć męską biżuterię z bałtyckim jantarem. Są spinki do mankietów i krawatów, ewidentnie jednak brakuje nowoczesnej linii opartej o srebro, różnego rodzaju metale, skórę, bursztyn i ciekawą symbolikę. Czasy i trendy zmieniają się bardzo szybko, może za kilka lat ta dysproporcja w sztuce zdobniczej kierowanej do mężczyzn i kobiet będzie mniej widoczna. Nadzieję daje ostatnie piętro Muzeum Bursztynu, gdzie pokazany jest współczesny design, nowatorskie projekty i zastosowanie bałtyckiego złota we współczesnej modzie. Największe wrażenie robią  jednak inkluzje – zatopione, zatrzymane w żywicznej kropli owady, pająki, rośliny i maleńka, niezwykle rzadka i cenna jaszczurka.
Następnego dnia włóczymy się po plaży i sopockim molo. Trwa letni festiwal slow food, pięćdziesięciu mistrzów kuchni gotuje pod gołym niebem, królują ryby i owoce morza, głównie norweski łosoś i rodzime śledzie. Najlepsze, zupełnie zaskakujące delikatnością tekstury i rybną intensywnością smaku są wątróbki z dorsza. Najmniej podchodzą nam ślimaki po burgundzku, zapiekane z masłem i zieloną pietruszką – mają konsystencję gumy i bury kolor smarków. Plebiscyt wygrywa pozafestiwalowa wędzona ryba maślana, którą kupujemy kilka dni później w centrali rybnej Rafa, przed wjazdem na Półwysep Helski i pochłaniamy z rozkoszą podczas spaceru morskim wybrzeżem z Jastarni do Juraty. Dzięki uprzejmości Aliny trafiamy na wieczorny koncert Leszka Możdzera i Polskiej Filharmonii Kameralnej Sopot pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego w Operze Leśnej, inaugurujący festiwal Teatru Telewizji i Teatru Polskiego Radia „Dwa Teatry”. Statuetki Grand Prix odbiera Maja Komorowska i Mariusz Opania, amfiteatr pęka w szwach, a Błękitna Rapsodia Gershwina niesie się magicznym echem w leśne ostępy Lasów Oliwskich. W Sopocie urzekają mnie kamienice utrzymane w stylu nazywanym tutaj sopocką secesją. Cały ich urok tkwi w drewnianych, ażurowych przybudówkach o konstrukcji ryglowej, wzorowanych na bardzo modnym na przełomie XIX i XX wieku stylu alpejskim. Większość miała szczęście przetrwać wojenne zawieruchy, do dziś są sukcesywnie odnawiane przy dużym wsparciu finansowym ze strony miasta i stanowią o unikanym architektonicznym pięknie kurortu.
Jeździmy tramwajami, rowerami i elektryczną kolejką podmiejską. W niedzielę oddaną w zeszłym roku autostradą A1 łączącą Gdańsk z Katowicami i granicą Czech, suniemy w Bory Tucholskie. Trafiamy w miejsca sielskie, pełne wiejskiego romantyzmu, z leśnymi duktami i odurzającym żywicznym zapachem starych sosen. Kociewskie wsie – Osiek, Skórzenno, Głuche,  Karszanek, Wierz- biny, Markocin, Smolniki, malowniczo meandrujące strumienie, bobrowe żeremia, hodowane przez sołtysa daniele, drogi, którymi iść by się chciało na sam kraniec świata. Codziennie brakuje nam oddechu. Brakuje nam słów. Odkrywam na nowo świat, który zawsze wydawał się przecież tak dobrze znany. Odkrywam na nowo ten cały świat w sobie. I przypomina mi się, gdzieś na bitej drodze koło Karszanka, tam gdzie na rozwidleniu wisi na krzyżu przydrożny Chrystus wyrzeźbiony, surową, ciężką ręką zmęczonego chło- pa, gdzie woda stoi nieruchomo w koleinach, że przecież nigdy nie chciałam stąd wyjeżdżać.  I że nigdy mi się nie przyśnił american dream.
Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.