Uśmiech, proszę

W którymś z wywiadów kilka lat temu Marcin Kydryński, pierwszy polski fotograf, który miał własny reportaż z międzynarodową okładką w National Geographic, powiedział, że robiąc zdjęcie obcej osobie zawsze w pierwszej kolejności pyta o pozwolenie, bo tego wymaga od niego etyka zawodowa.
Z terminem „etyka dziennikarska” zetknęłam się na studiach – skandal w polskich mediach wybuchł, gdy Gazeta Wyborcza zamieściła dosyć drastyczne zdjęcie zastrzelonego w irackiej Latifijji korespondenta wojennego TVN Waldemara Milewicza. Dziesięć lat temu za zajęciach z etyki dziennikarskiej dyskusja na ten temat trwała dobrych kilka tygodni. Dziś u nikogo takie zdjęcie nie wywołałoby większych emocji. Dziś także praktycznie każdy ma szansę na nagrodę Arkadego Fiedlera czy pierwsze miejsce w konkursie World Press Photo. Trzeba być w odpowiednim miejscu i czasie, mieć trochę szczęścia i średniej klasy aparat fotograficzny. I jeszcze odwagę, by swoje zdjęcia do jakiegoś konkursu zgłosić.
Każdy jest fotografikiem, każdy jest pisarzem, każdy jest wielkim podróżnikiem. Wystawa, wydane wspomnienia z wakacji na Krecie, slajdowisko w modnym

klubie – to tylko i wyłącznie kwestia pieniędzy. Na etapie tworzenia i publikacji zlikwidowano cenzorskie sito odsiewające ziarno od plew. Wyrocznią jest odbiorca, a o tego mało kto współcześnie dba. Chodzi o to, by osiągnięcia literacko-artystyczne wpisać sobie w CV, zapostować na fejsie, by zabłysnąć w towarzystwie i utrzeć nosa niedowiarkom. Liczy się budowanie własnego ja, a nie kwestia tego, czy w ogóle mamy cokolwiek ciekawego i istotnego do przekazania światu. Wszyscy piszą, nikt nie czyta. Wszyscy robią tysiące zdjęć, którym potem nie ma komu oglądać. Nasze ego rośnie wprost proporcjonalnie do spadku jakości twórczości wszelakiej. Winną, obok usprawiedliwionej przecież naturą naszego gatunku pychy, jest technologia. Nikt dziś nie pakuje do walizki filmowych rolek, nikogo nie ograniczają dwadzieścia cztery klatki (w wersji lux trzydzieści sześć), nasze dzieci nie wiedzą co to ciemnia fotograficzna, nie trzeba tygodniami z niepokojem czekać na wywołane zdjęcia. Prześwietlone? Nie istnieją. Słaby kontrast można jednym kliknięciem podciągnąć w Photoshopie, nasycić mocniej barwy, zlikwidować czerwony odblask lampy błyskowej w oczach. Podróżujemy obwieszeni sprzętem – kamera do nagrywania filmów (koniecznie opatrzonych własnym komentarzem), mały, poręczny „głupi jaś” sprawdzający się w każdych okolicznościach, chociażby w karnawałowym, brazylijskim tłumie, aparat profesjonalny, z lufą minimum 200 mm i ewentualnie jeszcze jeden – wodoszczelny, odporny na kurz i wstrząsy – do zadań specjalnych. Nie pytamy nikogo o pozwolenie – teleobiektyw pozwala na robienie ujęć z dużej odległości, a przecież całe piękno i prawda leżą w nieświadomości bycia fotografowanym. Zapytany człowiek, nawet gdy się zgodzi na zdjęcie, robi się automatycznie sztuczny, sztywny, jakby ktoś pociągnął za niewidoczne sznurki i wyprostował go do odpowiedniej pozy. Przykleja sobie nieprawdziwy uśmiech. Ja też termin „etyka” zostawiłam za sobą. Jak większość nie pytam o zgodę. Fotografuję umorusane, roześmiane dzieciaki, przekupki na lokalnych targach i jarmarkach, staruszków w parkach, żebraków, pucybutów, przechodniów i rybaków wyciągających sieci bez ich świadomości, wiedzy i zgody. Tylko w ten sposób mogę w kadrze zatrzymać autentyzm sytuacji.
Nazbierało się kilka ładnych tysięcy fotografii przez ostatnie kilka lat. Choć samo słowo „fotografia” użyte jest tu na wyrost. Fotografia to coś namacalnego, lekko błyszczący obrazek, który można oprawić, powiesić na ścianie albo włożyć do rodzinnego albumu. Powinnam raczej napisać: nazbierało się kilka ładnych tysięcy plików jpg. Do niedawnia nie miałam nawet świadomości jak wiele. Dzięki mojej tarnowskiej koleżance Patrycji, która kilka miesięcy temu założyła w Polsce wraz ze znajomymi artystami i atystyczną mamą fundację dla dzieci „i Kropka” zrodził się pomysł wystawy zdjęć Dzieci Świata. Zaczęłam przeglądać dyski, foldery i pliki i sama jestem zaskoczona efektem tych poszukiwań. O tylu ludziach, miejscach i kadrach się nie pamięta. Najpiękniejsze, bo najbardziej prawdziwe, są fotografie dzieciaków z Madagaskaru. Może dlatego, że to Madagaskar właśnie jest tym miejscem na świecie, które zrobiło na mnie największe wrażenie. Do cna prawdziwym i autentycz- nym. Bez Starbucks’a, McDonalds’a i Pizzy Hut. Takim, gdzie śladów trzeciego świata doszukać się można jedynie w puszcze ciepłej coca-coli (w wielu wioskach nie ma elektryczności, czyli brak tu lodówek). Mali Malgasze to istoty stadne, od kołyski zaradne, pracowite, w przerażającej większości biedne i obdarte, ale jak wszystkie dzieci świata – ufne, uśmiechnięte i ciekawe świata. To tu najbardziej przydały się nam aparaty z dużymi wyświetlaczami LCD, kamery video i iPady – najwięcej radości było ze wspólnego oglądania zrobionych kilka sekund wcześniej zdjęć. Trzasnąć fotkę z ukrycia, to żadna sztuka – podzielić się nią z dzieckiem, pozwolić mu przewinąć samodzielnie kilka zdjęć na dotykowym cudzie Apple’a, zobaczyć roześmianą, szczerbatą buzię w reakcji na własny, tak rzadko widziany wizerunek – to dopiero daje fotograficzną satysfakcję. Zdarza się że i my jesteśmy egzotyczni, ciekawi, dziwaczni. W chińskich wioskach płowe włosy i duże, niebieskie oczy robią furorę, Japonki uwielbiają fotografować się z wysokimi, postawnymi Europejczykami, w Kaszmirze, na indonezyjskich wyspach i w laotańskich osadach biała kobieta wciąż wywołuje zamieszanie. Mieszamy się jak kolorowe szkieł- ka w kalejdoskopie, ale powstałe konstelacje wciąż wywołują zdziwienie i zachwyt.
Czasem mnie doprowadza do szału do zupełne spowszednienie sztuki, to sprowadzenie tworczości do poziomu zwyklej, szarej, ogólnodostępnej codzienności, oskubanie aktu kreacji z nimbu tajemniczości. Tylko czasem. Na co dzień tak naprawdę się cieszę, że świat i jego piękno stają się coraz bardziej dostępne. Granice są otwarte, każdy może pisać licząc na nagrodę literacką Nike, na wystawach sklepowych i witrualnych sklepach internetowych przebierać można w coraz lepszym i coraz bardziej dostępnym cenowo sprzęcie fotograficznym. Aby przejść do historii, odcisnąć swoje piętno w pamięci pokoleń nie wystarczy tak naprawdę wypchany portfel. Trzeba mieć jeszcze talent, ośli upór i masę szczęścia, a taki zestaw combo trafia się nielicznym jednostkom. Kiedy ktoś pyta (a co jakiś czas ktoś jednak pyta) to kiedy napiszesz książkę? Zawsze odpowiadam, że wtedy, gdy znajdę na to czas, a w głębi serca wiem, że dopiero wtedy, gdy dojdę do wniosku, że mam coś do powiedzenia. Wystawa „Dzieci Świata” na razie wciąż leży gdzieś pomiędzy światem Idei a pikselową stertą jotpegów, ale wierzę, że zaistnieje w wymiarze rzeczywistym i namacalnym. Może już w lipcu. Nieetyczna i do imentu autentyczna.

Kaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.