Tibi et igni

Pamiętam bardzo wyraźnie tamten szary poranek, w wielkiej (największej wtedy w Krakowie), nowootwartej, przypominającej schron przeciwlotniczy podstawówce, gdy na lekcji polskiego padło to magiczne, średniowiecznie brzmiące słowo. Epistolografia. Dziś niemal zapomniana sztuka, zajęcie, które za kilka lat dołączy do rzeszy ginących zawodów, przez wiele lat stanowiło moje największe hobby.
LetterInternet dopiero wyciekał z paszczy rządowo-militarnego potwora, sączony ostrożnie do świadomości społecznej. Telefon komórkowy miał wielkość cegły i każdy z nas się dziwił po co komuś taka wielka, nieporęczna Nokia. E-maile, Facebook, Twitter i Instagram leżały zagrzebane bezpiecznie w odległej przyszłości. Odkąd nauczyłam się pisać prosiłam zawsze w grudniowych listach do Świętego Mikołaja o „jakąś ładną papeterię”. A podczas bardzo wczesnej, bo ledwie majaczącej mi w pamięci, wycieczki szkolnej na Słowację, cały wolny czas (wtedy nikt nie miał problemu z puszczaniem dzieci samopas) spędziłam kręcąc się niecierpliwie między półkami działu papierniczego, dużego, komunistycznego domu handlowego. Takich zeszytów, bloków rysunkowych, kolorowych gumek do mazania i papeterii w Krakowie nie było. Były w słowackiej dziurze, której nazwa wyleciała mi z głowy z gracją kolibra, dawno, dawno temu. Wychodził jeszcze „Świat Młodych”, jedyne na rynku czasopismo dla młodzieży, w którym, na ostatniej stronie, umieszczano kolumnę „kącik przyjaciół”. Miejsce to, utworzone na łamach prasy, czyli w miejscu na tamte czasy bardzo wirtualnym, miało zrzeszać młodych ludzi i pomagać im w nawiązywaniu korespondencyjnych znajomości.  Różnie potem z tymi znajomościami bywało, jedne urywały się po kilku listach, inne trwały latami i gasły naturalnie z upływem czasu, jeszcze inne przetrwały, znalazły swój finał w rzeczywistym spotkaniu, jakiejś kawie, a nawet przerodziły się w piękne przyjaźnie, jak chociażby moja, trwająca do dziś znajomość z Marysią z Rawy Mazowieckiej, dziewczyną poznaną w „kąciku przyjaciół” w bardzo wczesnych latach 90. Był taki szalony moment, kiedy korespondowałam jednocześnie z piętnastoma osobami z całej Polski, szybko jednak zredukowałam ilość respondentów, tak ze względów czasowych jak i finansowych. Najwięcej radości sprawiało mi pisanie, w późniejszych czasach licealnych, listów do chłopaka z Ghany. Nie mam pojęcia w jaki sposób weszłam w posiadanie jego adresu, nikt wtedy jakoś specjalnie nie dociekał źródeł pochodzenia informacji. Ktoś chyba przyniósł do szkoły jakąś listę dzieci z różnych zakątków świata, które chciały korespondować z innymi dziećmi z innych światów. Prawdopodobnie Ghana wydała mi się najbardziej odległa i egzotyczna, dawała też możliwość pisania po angielsku, szlifowania słownictwa i gramatyki. Prowadziłam więc przez kilka lat listowną znajomość z Richmondem Otuo aka Akimbo. Ojciec się skręcał ze śmiechu na widok każdego listu i wróżył mi przyszłość Królowej Wioski. Słaliśmy sobie w tych listach zdjęcia (Akimbo był wtedy wysokim, niemiłosiernie chudym młodzieńcem, miłośnikiem biegania), pocztówki z obrazkami z naszych miast, dostałam dwie afrykańskie bransoletki (do dziś przechowywane w pudełku ze skarbami) i sztuczną różę z kroplami rosy imitowanymi nieudolnie przez silikonowy klej. Chciałam afrykańską roślinę, ale zamiast „zasuszona” użyłam słowa „sztuczna”, więc dostałam plastikowego, kiczowatego chabazia. Potem Akimbo wspomniał coś, żebym mu przysłała discman’a. Załączył do listu wyszarpaną z katalogu stronę z zaznaczonym modelem. Sama nie miałam, to była nowość na rynku, posiadanie walkman’a dawało ogrom szczęścia, choć kasety przewijaliśmy na długopisie, żeby zaoszczędzić baterie. W następnym liście poprosił mnie o mapę Europy. Rysowałyśmy z Mamą, kopiując z atlasu geo- graficznego, gdzie Polska, gdzie Niemcy, gdzie Rosja. Napisał, że dziękuje i że przyjedzie do mnie pociągiem. Tata wydawał się lekko przerażony tym pomysłem, Akimbo jednak nie przyjechał. Poprosił za to o tysiąc dolarów na rzekomą operację umierającego ojca. Odpisałam, że nigdy nie miałam w portfelu banknota dolarowego, że przepraszam ale nie mam, że mogę się jedynie pomodlić za szybki powrót do zdrowia. Nigdy już do mnie nie napisał. I nie zostałam Królową Wioski. Pisałam do kuzynek, do rodziców z obozów harcerskich, do szkolnych przyjaciółek z domku w górach, gdzie adres mieliśmy na poste restante na poczcie w Piwnicznej. Dom był teoretycznie ostatnim numerowanym domem w Łomnicy, niktVintage-Letters jednak nigdy nie widział tam listonosza. Dziś żałuję jedynie, że nie zachowałam tych wszystkich listów. Zaginęły przy kolejnych przeprowadzkach.
Dziś list nie ma już praktycznie żadnego znaczenia. Jeśli jakaś koperta trafia do naszej skrzynki do zazwyczaj są to pozdrowienia z banku, rachunek za gaz, opłata za autostradę 407, albo opakowane w piaskowy papier ukłony z urzędu podatkowego. Będące w zamierzchłych czasach substytutem prasy, agorą na której dyskutowano swoje poglądy polityczne, zapieczętowane i poufne – takie, których niedostarczenie do właściwego adresata kosztować mogło głowę, pełne wzniosłych wyznań listy miłosne – starannie kaligrafowane, pachnące i rozemocjonawane czy te, które historycy uznali za dzieła z pogranicza literatury – wszystkie zostały wyparte przez pośpiesznie pisane e-maile, jeżące się od błędów stylistycznych i ortograficznych, przez lapidarne wiadomości tekstowe, w których autokorekta, (zaprojektowana ewidentnie przez jakiegoś speca o chorym umyśle, iPhone bowiem zapamiętuje ostatnio wpisywane przez użytkownika frazy i czasami na ich podstawie poprawia słowa) zamienia „navy” na „Nazi”, „dine” na „die”, a „books” na „boobs”. {Panie profesorze Kos, proszę zauważyć jak gigantycznie długie, wielokrotnie złożone zdanie właśnie stworzyłam}. Wyrażamy emocje za pomocą emotikonów (sama mam tą darmową aplikację z szeroką gamą współczesnych piktogramów). Nasz język ubożeje, cofamy się w rozwoju do epoki pisma obrazkowego, wiecznym piórem posługują się nieliczni – głównie do składania zamaszystego podpisu pod bardzo ważnymi dokumentami. Epistolografia odchodzi na palcach do lamusa. A ja wczoraj dostałam kolejny list od Babci. Że wiosna w Krakowie w pełnym rozkwicie, że małe szkraby moich kuzynek dokazują jak młode zające w kapuście, że świętują wspólnie kwietniowe urodziny i imieniny, których sporo w rodzinie. List na papeterii z nadrukowaną akwarelą Bramy Floriańskiej – specjalnie taka, bo przecież napisałam w poprzednim liście, że nie mogę już patrzeć na architektoniczną brzydotę i bylejakość Mississauga. Cieszę się, że Babcia nigdy nie ogarnęła internetu. Że wciąż mogę czekać na list. I na kolejne pocztówki z dziełami Wyspiańskiego, które od czasu do czasu śle mi z kawiarnianych ogródków Mama.
Kaja Cyganik
.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.