Tak blisko, a tak daleko

Ćwierć wieku po rozpadzie Związku Radzieckiego mieszkańcy Białorusi nadal żyją rozdarci między nostalgią za bialorusmapprzeszłością i siermiężną rzeczywistością. Unia, tak bliska, jest nieosiągalna. Młodzi uciekają ze wsi do miast, a dobrobyt rodziców zależy od zbiorów w  przydomowym ogródku.
Jeszcze nie tak dawno złote łany pszenicy falowały  w delikatnych podmuchach wiatru. Bociany krążyły nad polami buraków cukrowych, okolonych ramkami przepastnych lasów ciągnących się po horyzont. W Wasiliszkach zakończono zbiory. Wypełniono rządowe dyrektywy produkcji zboża, mleka, mięsa. Władze centralne planują, spółdzielnie produkcyjne wykonują.  Tak wygląda rolnictwo na Białorusi, ostatniej gospodarce nakazowo-rozdzielczej w Europie.
Wasiliszki liczą 2,5 tys. mieszkańców i 150 traktorów rodzimej produkcji. W ciągu kilku minut dotrą do  granicy Unii Europejskiej. Z Wasiliszek, położonych na północnym-wschodzie kraju, Europa leży na wyciągnięcie ręki. Na Litwę jest zaledwie 15 kilometrów. W przygranicznej osadzie nie widać  śladów europejskości tylko ciężki zaduch po Związku Radzieckim i oddech Mińska, oddalonego o 250 kilometrów. –  Ludzie traktują stolicę, prezydenta i rząd niczym Boga – stwierdza Władimir Serechan.
Serechan nie jest lokalną płotką, a raczej szarą eminencją. Dyrektor „otwartej spółki akcyjnej Wasiliszki” – krępy mężczyzna w białej koszuli – kieruje dużym kombinatem rolnym. Oprócz białoruskich ciągników mają na stanie niemieckie maszyny rolnicze i kombajny zbożowe. Spółka jest największym pracodawcą w okolicy i nie musi rywalizować z europejskimi firmami. Wielokrotnie wygrywała konkurs regionalny na „najlepszy kolektyw w sektorze rolnym”.
Przez Białoruś do Polski
Coraz więcej uchodźców przybywa do Unii Europejskiej przez Białoruś. Z Brześcia jadą pociągiem do Polski, do Terespola. Tu występują o azyl.
Dyrektor przykłada ogromną wagę, by nie nazywać kombinatu rolnego kołchozem. Białoruś nie chce wyglądać zaściankowo,  słowo kołchoz za bardzo przypomina czasy Związku Radzieckiego. W żadnej z byłych republik radzieckich nie zachował się tak silny duch państwa sowieckiego, co na Białorusi. Tutejsze służby specjalnie ciągle nazywają się KGB. Złośliwi twierdzą, że nawet żniwa nie mają prawa się udać bez pomocy wszechwładnej policji politycznej. A kołchozy? – Zlikwidowano je dwadzieścia lat temu – spieszy z odpowiedzią dyrektor Serechan. Mimo to mieszkańcy wsi cały czas używają starej nazwy.

Białoruskie salami
Władimir Serechan zaprasza do Domu Kultury w Wasiliszkach, położonego w środku wsi na  placyku, gdzie próżno szukać nawet jednego papierka. W tym samym budynku  mieści się siedziba kierownictwa kombinatu rolnego, rady miejskiej i banku. Wszystkie instytucje ściśle ze sobą współpracują. Na Białorusi państwo jest wszechobecne.
Dyrektor przychodzi na spotkanie w towarzystwie pełnomocnika ds. ideologicznych i pracownika odpowiedzialnego za rozwój gospodarczy. Jest sobotnie popołudnie, środek weekendu, ale panowie znajdują czas, by  spotkać się z zachodnim dziennikarzem. Kierowniczka Domu Kultury prowadzi do czytelni, gdzie w regałach stoją równym rzędem książki opatrzone emblematem sierpa i młota. Pokazuje artykuł prasowy o zwycięstwie Wasiliszek w konkursie na najlepszą bibliotekę i książkę „Nowoczesna Białoruś” ze zdjęciem prezydenta Aleksandra Łukaszenki na okładce. Kierowniczka nie wybiera książek do biblioteki. Robią to za nią właściwi urzędnicy. (…) W ostatnim pokoju czeka poczęstunek – parujący kapuśniak, kanapki z kawiorem z łososia, surowe warzywa, półmisek z białoruskim salami i owocami. Na drugie danie gospodarze serwują puree ziemniaczane z mięsem, a na popitkę koniak mołdawski, choć jest dopiero południe. W kieliszku migoczą złote refleksy, niczym łany pszenicy na polach wokół Wasiliszek. O ważnych sprawach najlepiej rozmawia się przy suto zastawionym stole.
Dość długo  Zachód postrzegał Białoruś jako relikt przeszłości, ostatnią dyktaturę w Europie. Od niedawna nastąpiła lekka odwilż we wzajemnych relacjach i Białoruś wróciła na europejskie salony. Mińsk był  gospodarzem szczytu poświęconego przyszłości Ukrainy, Stany Zjednoczone i Unia Europejska zniosły większość sankcji. Dożywotni prezydent Łukaszenka ostrożnie zwiększa dystans do Rosji i ociepla stosunki z unijnymi sąsiadami i Waszyngtonem. Co to ma wspólnego z Wasiliszkami i okolicznymi osadami? Okazuje się, że bardzo wiele.
Rosja jest największym odbiorcą białoruskich produktów rolnych, czyli praktycznie wszystkiego, co rośnie  na polach, przybiera na wadze w oborach i chlewniach Wasiliszek. Interesy nie idą aż tak dobrze, jak zakładają dyrektywy rządowe. Białoruś dotkliwie odczuwa dynamiczny rozwój rosyjskiego rolnictwa po wprowadzeniu przez Moskwę embarga na import unijnej żywności.
– Gdzieś od roku białoruskie zakłady kupują wieprzowinę w Rosji – opowiada Władimir Serechan. Wcześniej było dokładnie na odwrót. Obecna sytuacja napawa dyrektora niepokojem. Oczywiście Rosja pozostanie głównym partnerem handlowym Białorusi, ale ucieszyłby się, gdyby na rynku unijnym, położonym tuż za miedzą,  pojawiło się więcej białoruskich produktów. – Zdajemy sobie sprawę, że Unia Europejska nie czeka na nas z otwartymi ramionami. Ma do rozwiązania własne problemy – stwierdza dyrektor.

Ludzie radzą sobie jak mogą
Białoruś boryka się także z własnymi problemami. Wasiliszki nie są wyjątkiem. Prowincja starzeje się i wyludnia.  Nawet w kraju, gdzie rolnictwo jest ważnym działem gospodarki trudno zatrzymać ludzi na wsi. Białoruś nie ma dostępu do morza ani bogactw mineralnych, ale cierpi na przerost uczuć opiekuńczych wobec  obywateli. To kolejny relikt epoki komunistycznej, pielęgnowany na Białorusi. Zakłady, których większościowym udziałowcem jest państwo mają obowiązek dbania o pracowników i ich rodziny. Otwarta spółka akcyjna Wasiliszki wprowadziła w życie krajowy plan rozwoju autorstwa prezydenta i buduje dla pracowników ładne, żółte domki, które można kupić na korzystnych warunkach kredytowych. Każdy ma 75 metrów kwadratowych, trzy pokoje, dwie cienkie białe kolumny podtrzymujące ganek, do tego kawałek ogrodzonego ogródka. Gotowe do zamieszkania domki czekają w centrum Wasiliszek na lokatorów. Obok wybudowano niewielkie boisko sportowe i parking. – Robimy, co możemy, by ludzie u nas zostali – mówi dyrektor Serechan.
Sigmund Ilkiewicz dał się przekonać i zrezygnował z przeprowadzki do miasta. Mieszka w Chadyloni, wiosce liczącej dwustu mieszkańców, sąsiadującej z Wasiliszkami. (…) Dawniej inżynier pracował w kołchozie. Razem z żoną Alfredą mieszkają w domku zbudowanym przez państwo sowieckie. Po rozpadzie ZSRR i odzyskaniu niepodległości przez Białoruś małżonkowie odkupili domek od państwa za 5 tysięcy rubli radzieckich. Przeprowadzili gruntowny remont, a w ogródku zbudowali tradycyjną banię, mają w niej bieżącą wodę i mogą się wygodnie umyć. Przy domku – ogródek warzywny, ważnym żywiciel rodziny. Pani Alfreda jest nauczycielką. Razem z mężem zarabiają równo- wartość kilkuset euro. Drewniana bania służy higienie i wypoczynkowi. Ogródek warzywny jest koniecznością życiową.
Państwo zapewnia stabilne, choć skromne warunki życia. Białorusini radzą sobie jak mogą. Uprawiają w ogródkach ziemniaki, paprykę, cebulę, dynię, fasolę, ogórki, truskawki, sałatę, cukinię, kapustę. Po grządkach drepczą kury. Ogródek przypomina mały, prywatny kołchoz. Dawniej każda rodzina miała krowę, dzięki czemu byli samowystarczalni. Robili masło, ser, twaróg. Trud przestał się opłacać, gdy dzieci podrosły. Teraz mieszkają w  środku zadbanych ogródków i malowniczych lasów, bez krów i dzieci.
Dzieci wyfrunęły daleko, do miasta. Chadyloni opuściła prawie cała młodzież. – Jakie mają perspektywy w rodzinnej miejscowości? – pyta retorycznie Alfreda Ilkiewicz. We wsi i najbliższej okolicy pracy jak na lekarstwo. Chyba, że w otwartej spółce akcyjnej Wasiliszki. Nie każdy młody chce pracować na roli. Obydwie córki Ilkiewiczów nie chciały.

Ubóstwo, przeszłość i nowoczesność w komitywie
Kołchoz  Frunzego w Chadyloni, w którym wcześniej pracował pan Sigmund, zamknięto na cztery spusty. Znalazł pracę na fermie trzody chlewnej w Wasiliszkach. Chadyloni jest handlową pustynią. Ostał się jedynie sklepik spożywczy, gdzie miejscowi najchętniej kupują wódkę. Wódka jest dobra na wszystko. Jest też kawa, woda, rosyjska czekolada „Aljonka” i chińskie żelazka. Jeśli czegoś nie ma, a jest potrzebne w gospodarstwie, można zamówić. Dostawa trwa kilka dni. Mimo to Chadyloni powoli sierocieje, dzieląc los innych białoruskich osad.
Jeszcze dwa lata temu istniała szkoła, ale  została zamknięta. Alfreda Ilkiewicz obserwuje powolne umieranie wioski. Uczyła w podstawówce w Chadyloni dopóki były dzieci. Gdy ich zabrakło przeniesiono ją do sąsiedniej miejscowości, ale i tam niektóre klasy liczą po trzech, czterech uczniów. Wszystkie dzieciaki mają smartfony,  niektóre dziurawe buty. Na Białorusi to nic niezwykłego. Ubóstwo, przeszłość i nowoczesność funkcjonują w zgodnej komitywie.
– Boję się, że nie dotrwam do emerytury i jedyna szkoła w okolicy zostanie zamknięta – zwierza się pani Alfreda. Nauczycielka jest zatrudniona na państwowej posadzie, ale jak większość Białorusionów pracuje na rocznym kontrakcie. Każde przedłużeniu umowy o pracę napełnia ją obawami, że może być ostatnim.
Dwie dorosłe córki Ilkiewiczów często odwiedzają rodziców, ale nie wyobrażają sobie, że mogłyby kiedykolwiek powrócić do Chadyloni. 21-letnia Alla studiuje medycynę w Grodnie, 27-letnia Natalia skończyła germanistykę i pracuje w Instytucie Goethego w Mińsku. Na weekend przyjechała do rodzinnego domu. Podczas spaceru po wsi Natalia pokazuje zamkniętą podstawówkę. Trawa urosła po kolana, przez okna widać ziejące pustką klasy. Przed wejściem do budynku stoi popiersie regionalnej poetki. Niedługo i ona popadnie w zapomnienie. (…)
Środkiem wsi gna motocyklista bez kasku. Na widok nieznajomych w towarzystwie ślicznej Natalii zaciekawiony zawraca, a po chwili znowu gdzieś pędzi na złamanie karku.
W drodze powrotnej do domu Natalia pokazuje drewniane stojaki przy drodze. Kto w Chadyloni ma krowę, tu stawia bańki z mlekiem. Mleczarnia je odbiera, a gospodarz ma kilka kopiejek dodatkowego zarobku. Kiedy Natalia mieszkała w Chadyloni często chodziła z rówieśnikami na spacery do pobliskiego lasu albo przesiadywali godzinami na przystanku autobusowym.

Niewidzialna kurtyna
Białoruś jest zaliczana do reżimów autorytarnych, pensje są mizerne, a szansa członkostwa w Unii Europejskiej wydaje się bardzo odległą perspektywą. Wszystko razem nie oznacza, że Białorusini są nieszczęśliwi. Cztery razy w tygodniu niedaleko wioski zatrzymuje się autokar kursujący z Grodna do Wilna, stolicy Litwy, członka UE. Dawniej, za czasów Związku Radzieckiego pani Alfreda Ilkiewicz często jeździła do Wilna. Nauczycielka uważa swoją sytuację za dziwną: po upadku ZSRR zniknęła jedna granica, ale zastąpiła ją nowa, tuż za progiem  domu. – Potrzebuję wizy wjazdowej na Litwę. Nie stać mnie na wydatek rzędu 60 euro – przyznaje. – Co z tego, że Unia jest za miedzą, skoro dzieli nas niewidzialna kurtyna.
Chcąc nie chcąc nie wychyla nosa z Chadyloni. Mała stabilizacja ma przyjemne strony. Zawsze znajdzie się jakiś powód do zadowolenia. Cieszą ją odwiedziny córek. Matka podaje na obiad gorące golubzy – gołąbki z ryżem, marchewkę, kefir, ciasto z jagodami z ogródka i sok brzozowy, pozyskiwany z okolicznych brzóz. Przyroda jest wspaniałym sklepem samoobsługowym. Ze ściany w pokoju stołowym wystaje końcówka kabla telewizyjnego. Od czasu remontu telewizor stoi w garażu. – Nie potrzebujemy go – stwierdza Alfreda Ilkiewicz. – Dziennik jest pełen optymistycznych wiadomości, ale rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Pani Alfreda nie chce rozmawiać o polityce. Oczywiście, że życzyłaby sobie poprawy relacji  z Unią. – Potrzebujemy normalizacji wzajemnych stosunków – mówi. Rosja pozostanie ważnym partnerem Białorusi, nie tylko ze względu na położenie, ale i język. – Moja młodość przypadła na czasy Związku Radzieckiego – dodaje. – Nikt nas nie wesprze gospodarczo za wyjątkiem Rosji.
Jest późne popołudnie. Z działki sąsiadów dochodzi kwik świni. Sok z brzozy ujawnia moczopędne działanie. Droga do toalety prowadzi przez ogródek, wzdłuż ogrodzenia  i kończy się przy drewnianym ustępie z okrągłym otworem w drewnianej podłodze. W domu jest nowoczesne przyłącze internetowe, komputer z płaskim ekranem, a wychodek przypomina relikt muzealny. Już nie słychać chrumkania świni. Sąsiedzi w znakomitych humorach zabierają się do rozbioru tuszy. Na świniobicie przyjechały specjalnie dzieci  z rodzinami z Mińska i Grodna. Tusza jest sprawiedliwie dzielona. Mięsa starczy dla każdego. Reszta trafi do zamrażarki.
Kolacja w bani
Sigmund Ilkiewicz kładzie na grilu mięso ze sklepu. Pani Alfreda razem z córkami  wynosi z domu naczynia i sztućce. Kolacja odbędzie się w bani. Rodzina wypoci się, poje, popije, porozmawia o Bogu i świecie, o kościółku katolickim w sąsiedniej wsi, do którego chodzą w każdą w niedzielę  mieszkańcy Chalydoni, o kłopotach wychowaczych z dziećmi, perspektywach zawodowych młodych, reformie rubla.
Alla, studentka medycyny przyjeżdża z Grodna w prawie każdy weekend. Nie chce wrócić do rodzinnej Chalydoni, ale i nie wyobraża sobie opuszczenia Białorusi i emigracji zarobkowej na Zachód. Rodzice są szczęśliwi,  mają dobre relacje z dziećmi, politykę lepiej zostawić w spokoju.
Alfreda Ilkiewicz chętnie wybrałaby się z mężem w daleką podróż, ale skąd wziąć  pieniądze?  Trzeba zaakceptować życie takim, jakim jest. – Po co narzekać na los? W wiosce nikt się nie wyróżnia, wszyscy żyją na podobnym poziomie. Tu jest moje miejsce – stwierdza. Pan Sigmund wzorem rodaków, udziela lakonicznej odpowiedzi na pytanie, jak mu się wiedzie: „Normalno”, mówi „wszystko w porządku”. Na Białorusi życie toczy się utartym rytmem.  Jak zawsze.

Frank Nienhuysen

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.