Sześć lat w piekle

Michał Pauli za przemyt ecstasy trafił do Bang Kwang – jednego z najcięższych więzień na świecie. Do szmuglowania narkotyków namówiła go przyjaciółka, która później okazała się tajną agentką policji. Tajski sąd skazał Polaka na dwunastokrotną karę śmierci. W więzieniu spędził sześć lat, by pewnego dnia usłyszeć od strażnika, że wychodzi na wolność. Ułaskawił go król.

W 2002 roku Michał Pauli miał córkę, byłą żonę, trzydzieści lat, puste konto i nieudany interes (pracownia ceramiczna) za sobą.
Postanowił wrócić do życia w podróży. W Tajlandii poznał kobietę, z którą się zaprzyjaźnił. Poprosiła go o wysłanie z Polski do Tajlandii tabletek ecstazy. Najpierw w dwunastu listach. Później w paczce. Przyjaciółka współpracowała z policją.
Policja współpracowała z amerykańskim Urzędem ds. Walki z Narkotykami. Kiedy się o tym dowiedział, było już za późno.
– To nie było mądre – wyznał młodzieży podczas spotkania w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy.
Dziś Michał maluje, pisze książki i jeździ na spotkania autorskie. Od dziecka dużo podróżował. Upadek muru berlińskiego otworzył mu drzwi do Europy. Z Krzysztofem Kasą Kasowskim urwali się na rocznego „giganta” do Francji i Hiszpanii. Trochę malował, próbował wypalać ceramikę, później chciał sprowadzać rękodzieło z Tajlandii.


– Zainteresowałem się buddyzmem, później Azją – opowiada. – Fascynowało mnie, że tam czas płynie inaczej.
Na podstawie książki Michała Pauli „12 razy śmierć. Opowieści z Krainy Uśmiechu” Filip Bajon chce nakręcić film. – Kilka razy podkreślał, że moje doświadczenia są rodem z „Procesu” Kafki mówi Michał.
W książce opisuje współwięźniów – najczęściej narkomanów lub handlarzy narkotyków. Pochodzą z różnych krajów. W życiu imali się najbardziej niezwykłych zawodów i profesji. W którymś momencie zaczynali palić, wciągać, brać lub handlować.
Wtedy trafiali do więzień. Wyroki od 25-, 50-, do stu lat. W każdym wieku trudno sobie wyobrazić stuletnią odsiadkę.
– Wolność ma najwspanialszy smak na świecie – zapewnia Michał Pauli. – W tajskiego więzienia zostałem przekazany do aresztu dla imigrantów. Stamtąd przewieźli mnie na lotnisko do samolotu i to było pierwsze miejsce, w którym poczułem się wolny.
Do kraju leciał przez Austrię. Wspomina, że nareszcie mógł sam o sobie decydować. Mógł pójść prosto, skręcić w dowolną stronę. Nikt go nie zatrzymywał.
Przez pierwszy rok w więzieniu spędził zakuty w czterokilogramowy łańcuch na nogach.

W jednym z więzień Tajowie okradli go ze wszystkiego. Przyłączył się do Pakistańczyków, którzy postanowili ukarać Tajów. Rozpoczęła się totalna bijatyka, w której uzbrojony w skarpetkę wypełnioną kamieniami musiał udowodnić, że nie ma w nim strachu.
– W klatkach wielkości pięć na dziesięć metrów siedziało 50 ludzi – wspomina. – Jeśli było miejsce – spałeś na ziemi. Azjaci traktują farangów – białych – lepiej, ale nie w więzieniu. Na każdym kroku czułem, że odgrywają się na mnie. W kolejce po miskę ryżu zawsze byłem ostatni.
Dodaje, że do więzienia trafił przez narkotyki, ale w więzieniu nie było żadnych problemów, żeby zamówić je u strażników. Tylko trzeba było mieć pieniądze.
– To było nieustanne życie na krawędzi – podkreśla. Stworzył sobie w głowie własny świat, w którym nie tylko marzył o powrocie do domu. Więzienie sąsiadowało z lotniskiem. Przez zakratowane okno widział duże samoloty startujące do wolności. Ten widok doprowadzał go do szaleństwa.
Na więziennym podwórku były fabryki prowadzone przez strażników. Nikt im nie płacił za pracę, a zajmowała ona tylko czas potrzebny na zdobycie wody czy jedzenia.
W tajlandzkim więzieniu nie przetrwałby bez pieniędzy. Rodzina przesyłała je za pośrednictwem polskiej ambasady na konto więzienia, dzięki czemu mógł kupować trochę lepsze jedzenie. Pamiętająca czasy wojny babcia Michała pomiędzy strony kolorowych magazynów wklejała banknoty i wysyłała wnukowi.
– Mama sprzedała dom, żeby opłacić tajskiego i polskiego prawnika, a żaden z nich nie przyczynił się do mojego uwolnienia – wspomina Michał Pauli. – Rodzina mnie nie potępiła za to co zrobiłem. Bardzo się przejęli.
Pewnego dnia podszedł do niego w więzieniu Irańczyk i zapytał, jak wymawia się imię dziewczyny, która napisała do niego list. Z Polski. Od Ewy z Łodzi. – Co prawda urodziłem się w Kielcach, ale w Łodzi mieszkałem wiele lat, musiałem mieć ten list – opowiada Michał. – Zaczęliśmy korespondować.
Ewa przeczytała dramatyczną historię Australijczyka, który także siedział w tajlandzkim więzieniu. Okazało się, że w Łodzi mają masę wspólnych znajomych. Pisali do siebie coraz częściej. Przez lata wysłali do siebie tony listów. Z przyjaźni zrodziła się miłość. Chcieli się pobrać. Ewa przyjechała do Tajlandii, żeby jak najczęściej widywać się z Michałem.
Ewa w Tajlandii uczyła angielskiego. Zwątpiła, czy Michał kiedykolwiek wyjdzie z więzienia. Poznała Taja. Wyszła za niego.
– Wtedy to był dla mnie straszny, kolejny dramat – przypomina.
Michał po roku wyszedł z więzienia.
Podczas odsiadki nie tylko wymyślił kilka szalonych planów ucieczki (m.in. spektakularne lądowanie śmigłowca w środku spacerniaka), ale zaczął pisać listy do MSZ-tu, różnych instytucji i parlamentarzystów. Rodzina i przyjaciele pisali również prośby o pomoc. Ale Michał został skazany za narkotyki. Który polityk będzie chciał komuś takiemu pomóc? Tłumaczył, przekonywał, że w życiu nie wplatałby się w coś takiego, gdyby nie policyjna prowokacja.
W tajlandzkim prawie tylko król może uniewinnić skazanego. Skazanych jest tam ok. 70 tys. ludzi. Połowa stara się o łaskę króla. Udziela jej jednemu więźniowi co dwa lata.
Ewa napisała do Michała, że były prezydent Lech Wałęsa, nagrodzony pokojowym Noblem, zdecydował się podpisać list do króla w jego sprawie. Zgodzili się na to również były prezydent Aleksander Kwaśniewski i prezydent Lech Kaczyński.
W listopadzie 2009 roku król Tajlandii okazał Michałowi łaskę.
– Po latach spotkałem się z Aleksandrem Kwaśniewskim, który powiedział mi, że to była jedna z niewielu okazji, by trzech – tak różniących się prezydentów – podpisało się na jednym dokumencie – dodaje Michał Pauli.
Do Tajlandii nie pojedzie już nigdy w życiu. – Napisałem książkę o systemie, a nie o kraju, który jest przepiękny. Bałbym się tam pojechać, bo mogliby mnie ponownie aresztować pod jakimkolwiek zarzutem. Tajowie nie lubią, kiedy ktoś ich opisuje, a ja to zrobiłem w swojej książce.
Polski wymiar sprawiedliwości chce skazać go za to samo co Tajowie. Adwokaci go uspokajają, ale – jak w „Procesie” Kafki – wszystko jeszcze jest możliwe.

Roman Laudański

 

Michał Pauli: – Bywają chwile, kiedy zastanawiam się, po co znowu o tym opowiadać. Dochodzę jednak do wniosku, widząc obecną sytuację, że moja historia jest nie tylko przestrogą dla młodych ludzi, którzy mogliby w równie głupi sposób dostać się do tego „piekła na Ziemi”, ale też pozwala się zastanowić nad bezwzględnością systemu, który w imię wyższego celu, jakim jest „wojna narkotykowa”, dopuszcza się okrucieństwa.

Napisałem książkę pt. „12 x śmierć”, jest to zapis, z którego każdy może skorzystać. Jedni dowiedzą się czegoś o samej Tajlandii, innym zaś po przeczytaniu książki zapali się lampka kontrolna i dzięki temu uświadomią sobie, że to, co przeżyłem, tak naprawdę może spotkać również ich. Taka wymarzona wycieczka do Tajlandii może zakończyć się życiową tragedią.

– Warto pamiętać, że ten najczęściej wybierany przez turystów kraj ma swoje ciemne strony. Moja przyjaciółka, która niedawno stamtąd wróciła, powiedziała mi: ” Michał, ja cię teraz rozumiem”. Niesamowite poczucie wolności, wywołane atmosferą i ludźmi, sprzyja tam całej masie oszustów, których nie brakuje na każdym kroku. Sam przez wiele lat poznawałem ten świat z perspektywy innej niż turystyczna. Jest to więc książka o Tajlandii, jakiej nikt nie chciałby poznać osobiście. Dlatego warto o niej przeczytać.

Trafiłem do Bang Kwang, to miejsce gdzie szybko można zwariować.
Człowiek siedzi w ciasnym pomieszczeniu z kajdanami na nogach, jest tak tłoczno, że ciężko znaleźć miejsce by usiąść. Ludzie chodzą po sobie. Umierają, narkotyzują się. Drżałem na samą myśl, że przyjdzie mi spędzić w więzieniu resztę życia, ale mimo wszystko starałem się jej do siebie nie dopuszczać. Były momenty, kiedy czułem się totalnie zniszczony psychicznie. To nie była depresja, ale coś sto razy gorszego.

– Człowiek nie ma żadnego odnośnika, bo przecież inaczej funkcjonuje się ze świadomością, że za pięć czy dziesięć lat wyjdzie się wreszcie na wolność. Ja miałem przed sobą tylko jedną, wielką nieskończoność… I ta pieprzona nieskończoność mnie wyniszczała. Wiedziałem, że jeśli nie będę wierzył w to, że kiedyś opuszczę ciasną klatkę, to długo tam nie przetrwam.

– Miewałem przeróżne myśli, które utrzymywały mnie tak naprawdę przy życiu. Czasami wierzyłem, że pomoże mi rodzina – chociaż ta nie mogła przecież nic zrobić, a innym razem snułem plany o mojej ucieczce helikopterem. Dziś wydaje się to głupie i infantylne, ale wówczas był to jedyny sposób, by nie zwariować i nie poddać się. Bardzo często pisałem listy, by po prostu czymś się zająć i choć na chwilę odciąć się od tego wszystkiego, co tam się działo. Doskonale wiedziałem, że tych listów nigdy nikt nie przeczyta, ale mimo wszystko było to jakąś odskocznią.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.