Święta Góra

Mój Ojciec twierdził, że to święta góra. Turbacz.
Najwyższy szczyt Gorców, zaliczany do Korony Gór Polski, pod którego szczytem przecinają się najważniejsze  gorczańskie szlaki. Którejś zimy z Włodkiem Jaworskim grzali gorzołeckę w goprówce, w resztkach maczali chlebowe okruchy i karmili nimi przemarznięte wróble. Znali się od lat i kiedy Włodek wziął schronisko PTTK pod swoją kuratelę, staliśmy się częstymi gośćmi tych progów. Poznałam tam, podczas noworocznej imprezy, swojego pierwszego chłopaka, ratownika górskiego z Rabki. W tamtych czasach mieszkał także w bacówce na Długiej Hali tajemniczy, mrukowaty człowiek nazywany przez wszystkich Metysem. Wysoki, chudy jak szczapa, z sięgającymi ramion ciemnymi włosami o twarzy pomarszczonej jak skórka jabłek po pierwszych przymrozkach. Na drzwiach jego chaty przybity był gwoździem tekst „Dezyderaty”, hymnu Piwnicy Pod Baranami. Tam pierwszy raz się z tym tekstem spotkałam, tak stojąc po kolana w śniegu czytałam go wielokrotnie, chłonąc każdą linijkę i każdą mądrość w nim zawartą. Mówiono, ze Metys zbiera na halach magiczne grzybki i leczy nimi w tej górskiej chacie narkomanów uzależnionych od twardych narkotyków. Ile było w tej historii prawdy, nie wiem – herbata, którą zrobił mi jeden jedyny raz, była zupełnie zwyczajną herbatą, choć smakowała całkiem magicznie podczas śnieżnej zawieruchy. Któregoś dnia, kilka lat później, Metys przewrócił się na oblodzonym kamieniu i huknął głową w ziemię. Powstał krwiak, Metys umarł. Dziś jakiś inny gazda przejął metysową bacówkę i zaprasza turystów na oscypki. Włodek też już dawno temu zszedł z gór, ktoś inny przejął schronisko, zlikwidowano mało rentowny, choć uroczy wyciąg narciarski – wyrwij rączkę – na którym jeszcze w liceum szaleliśmy w zimowe weekendy, uprzednio wnosząc na plecach narty, żółtym szlakiem od Kowańca. Na Turbaczu odkryłam jaki fajny jest ten mój najmłodszy brat. W drodze na Lubań, podczas całodziennej wędrówki z ciężkimi plecakami i rozmerdanym psem, po raz pierwszy rozmawialiśmy jak dorośli, równi sobie ludzie. Tu jeździłam po nocy na śnieżnych skuterach z goprowcami przygotowującymi trasy pod wyścigi psich zaprzęgów, tu przeczytałam w jeden weekend całych „Chłopów”, tu uciekałam czasami, gdy dobijała mnie telewizyjna rzeczywistość. I zawsze wracam na tę tatową świętą górą, gdzie tyle razy zapominaliśmy o bożym świecie, z wielką przyjemnością i ogromnym sentymentem. Wychodzę zazwyczaj od Kowańca, siadam na tarasie, piję piwo i gapię się w milczeniu na Tatry. I tego lata robimy dokładnie tak samo, schodząc do Rabki czerwonym szlakiem przez Stare Wierchy i Maciejową. Mogłabym tak iść bez końca, z dolin na szczyty, ze szczytów do wsi i miasteczek, gęsto utkaną pajęczyną wędrownych szlaków, z których żółte są najłatwiejsze, czarne najtrudniejsze, a czerwone najbardziej malownicze. Tymczasem idziemy raczej wolno i ostrożnie z lewą kostką Michałową mocno nadwerężoną podczas przypadkowego upadku.  Jest parno, siano schnie na ostrewkach, grają świerszcze, woda stoi w głębokich koleinach po ostatnich ulewnych deszczach. Zbieramy maliny, na grzyby wciąż jeszcze za sucho. Sama nazwa Turbacz pochodzić ma z z języka wołoskiego od przymiotnika turbat, znaczącego tyle, co „wściekły, szalony”. I prawdopodobnie odnosić się miało to do potoku, choć historia góry bywała burzliwa. W czasie II wojny światowej na Turbaczu ukrywali się partyzanci, działał  tu także legendar- ny choć i kontrowersyjny dowódca oddziałów podziemia komunistycznego Józef Kuraś, pseudonim Orzeł (potem Ogień). Historię walk partyzanckich w Gorcach, podobnie jak życiorys Władysława Orkana, patrona schroniska, słynnego, oddanego wsi i górom młodopolskiego poety pochodzącego z Poręby Wielkiej, przybliża muzeum – Ośrodek Kultury Turystyki Górskiej PTTK.

Turbacz

zatrzaśnięty na niebo
zagląda przez dziurkę Gorców
panu Bogu do kuchni
kluczem pór roku
przekręca noce i dnie
światło i barwy
księżyce i kostrzewy
– ciszy na spokój
mnie na wielkie świętowanie

Turbacz
łagodny jak oczy mamy
bogaty jak dzieciństwo
moja świątynia
mój dom

kiedy z Włodkiem Jaworskim
śpiewamy kusztyczek po nutce
i nutkę po kusztyczku
nigdy nie próbuję odgadnąć
czy to hosanna
czy bolero przy goleniu

z Orkanową wyrozumiałością
nosi nasze dusze
(podobne roześmianym czarownicom)
nad jedlinowy bezkres
            /Henryk Cyganik/

W mieście zalewa nas fala upałów. Tak gorącego lata w Europie nie pamiętają najstarsi górale, media pieją o kolejnych rekordach temperatur, asfalt paruje, tiry nie jeżdżą, pociągi mają opóźnienia, bo po rozgrzanych torach nie mogą zasuwać z regularną pręd- kością. Ten, którym z Warszawy jedziemy do Rzeszowa opóźnienia ma jedyne pięćdziesiąt minut plus sauna w przedziale gratis. Wszyscy narzekają, ciuchy lepią się do skóry, podróżujemy w półśpiączce, w bursztynowym letargu sierpniowego popołudnia. To nic w porównaniu do hinduskiego pociągu, który na trasie Agra – Varanasi był w stanie wypracować siedem godzin spóźnienia spowodowanego mleczną, zawiesistą mgłą. Wakacyjny, chwilowy koszmar pkp ma się więc nijak do biegających po ścianach karaluchów, dworcowych szczurów, konduktora z długą siwą brodą i przepastną księgą pasażerów, na którego łaskę i niełaskę zdane było nasze umiejscowienie w nieistniejących przedziałach oraz prędkości spadającej do minimum pozwalającego na poranną plenerową toaletę. W górach było lepiej. W górach zawsze jest lepiej niż w mieście, ale w miastach mamy przyjaciół, znajomych i rodziny, których chcemy odwiedzić zanim ruszymy w dalszą drogę. Są rozmowy, nieuniknione porównania życia tu i tam, obalanie mitów, zeskrobywanie pozłotki, odbrązawianie wykreowanych przez media ideałów. Są powtórki z lekcji historii, są wzruszenia i groza w muzeach, politycznych dyskusjach na nocnym tarasie z widokiem na Pałac Kultury i Stadion Narodowy, a potem we wsiowym sadzie wśród dojrzewających śliw i orzechowców. I z każdym dniem rozumiem bardziej ten kraj, ten naród, wszelkie historyczne i kulturowe uwarunkowania. Nie usprawiedliwiam, bo trudne, krwawe wieki nie zwalniają od myślenia, nie tłumaczą nienawiści, nie warunkują zaściankowości i ciemnogrodztwa. Rozumiem. Nawet jeśli się nie godzę. Jestem stąd. Zawsze byłam.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.