Siwieje mrozu brew…

 

kajaKażdego roku w okolicach Bożego Narodzenia pchają mi się na papier stada frazesów i trywialnych słów. Trudno w dzisiejszych czasach ocalić prawdziwego ducha Świąt.
Feliz Navidad i Rudolph The Rednose Reindeer królują we wszystkich radiostacjach od pierwszych dni grudnia, w centrach handlowych trwa wielkie polowanie na okazje, wyprzedaże i promocje, praktycznie zaciera się granica czasu między kościotrupami z Haloween a dmuchanymi, podświetlanymi Mikołajami ho ho ho. Kiedyś choinkę przynosiło się do domu w Wigilię Bożego Narodzenia i wtedy też się ją ubierało –  galerie zdjęć świątecznych drzewek w mediach społecznościowych pękają w szwach od kilku dni. Nasza choinka przez lata była prawdopodobnie najbardziej abstrakcyjnym dziełem sztuki na całym szarym, kurdwanowskim blokowisku. Nie było to bowiem zwyczajne drzewko, a forma budowana od podstaw (kij czy też pień z nawierconymi dziurami oraz różnej długości i wielkości jodłowe gałęzie) przez lekko i świątecznie podchmielonego Tatę. Wisiało na niej wszystko, co nadawało się do zawieszenia, łącznie z kilkoma kilogramami cukierków, które potem w magiczny sposób znikały, zostawiając po sobie smętne sreberka. Prezenty przynosił Aniołek, podczas gdy my w innym pokoju wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki. Mama zawsze płakała, jak składaliśmy sobie życzenia. I nigdy barszcz z uszkami nie smakował tak, jak ten wigilijny, a w telewizji zawsze puszczali „Kevin sam w domu”. Było też puste miejsce dla niewidomego. W oryginalnej wersji miał być to nieznajomy, ale jeden z moich braci pomylił kiedyś te dwa słowa i niewidomy był potem wyczekiwany równie niecierpliwie, co pierwsza gwiazdka. W pierwszy dzień świąt nikt nie ruszał się z domu. Do południa zalegaliśmy przed telewizorem okutani w kołdry i piżamy, podjadając pozostałości z wigilijnej kolacji, po raz kolejny oglądając prezenty. Dopiero w drugi dzień świąt trzeba się było ogarnąć, uczesać, wystroić i złożyć kilka rodzinnych wizyt celem dalszego obżarstwa, kolędowania i wspólnego ze sobą przebywania. Kaya22.XII
Potem były święta bez świąt, święta bez śniegu, zagrzebane w białych piaskach tropikalnych plaż, święta w samolotach i te przed laptopem, będące wyrazem swoistej abnegacji. Tym razem poskładało się tak szczęśliwie, że mi anieli na święta zesłali cząstkę rodziny pod postacią dwumetrowego brata mojego Jędrzeja. Zaczęliśmy od pieczenia pierniczków, które niefrasobliwie zjedliśmy zanim nadeszły Święta. W domu już pachnie igliwiem i jodłową żywicą. Zabawki i łańcuchy na choinkę zrobimy sami w ramach niedzielnych popołudniowych zajęć plastycznych. Wigilia z moją kanadyjską rodziną, pierwszy dzień świąt z Kevinem samym w domu (tak, zamierzmy nie wygrzebywać się ze śpiworów do południa i obejrzeć ten kultowy film popijając uszka herbatą z wiśniówką), a w drugi kolędowanie z Siostrami Sanitariuszkami na co dzień funkcjonującymi jako Trio z Rio. Ostatnio częściej wracam do korzeni. Czas zatacza kolejne koła. Położymy talerz dla niewidomego i poczekamy na pierwszą gwiazdkę.
W chińskiej „bożonarodzeniowej  wiosce” Yiwu nie ma śniegu i reniferów, nie słychać kolęd – tu 600 fabryk produkuje 60% dekoracji świątecznych dla całego świata. Króluje mikołajowa czerwień. Czerwone są sufity, podłogi, farba kapie z parapetów – masowa produkcja nie uwzględnia palety i pędzla – tu farbę rozpyla się mechanicznie, a pracujące w fabrykach chińskie „elfy” zmieniają maski chroniące przed czerwonym pyłem dziesięć razy dziennie. Liczne zastępy elfów pracują po 12 godzin na dobę za niecałe czterysta dolarów miesięcznie przy czym większość z nich nie ma pojęcia o co w ogóle ze Świętami Bożego Narodzenia chodzi. Choinkowe bańki i świecidełka, światełka LED, błyszczące drzewka i dekoracje ze światłowodów, dmuchane mikołaje, girlandy, łańcuchy, mikołajowe czapki, reniferowe plastikowe nosy i flanelowe poroża, które miliony ludzi kupuje w sklepach na całym świecie, powstają właśnie tu – 300 km na południe od Szanghaju, w wiosce, w której nie rośnie żadna jodła i w której nigdy nie spadł ani jeden płatek śniegu.
Mieliśmy kiedyś książkę zatytułowaną „Sto zabawek na choinkę”. Grudniowe wieczory wypełniał szelest bibuły, palce lepiły się od kleju i złotej farby (najładniejsze bańki wychodziły z malowanych na złoto włoskich orzechów), a bombki i anielskie włosy przynosiło się z piwnicy, co roku te same, podobnie jak lampki, które w magiczny sposób, leżąc cały rok w szafie, zdążyły się poplątać i poprzepalać. Ze Świętami zawsze było tak, jak z Podróżą – nie cel, a droga była najważniejsza. Przygotowania, porządki, wymyślanie, robienie, kupowanie i pakowanie prezentów, oczekiwanie, specyficzny niepokój, podniecenie, kolędy w radio, podjadanie z garnków – to wszystko budowało prawdziwego Ducha Świąt. A Chińczycy mogli spokojnie wsuwać ryż i przygotowywać swoje dekoracje na nadciągające obchody Chińskiego Nowego Roku.
Zimą świat zapada w hibernację. Cichnie. Spowalnia. Ustaje. Jesienna nostalgia ustępuje miejsca stanom między letargiem z lewitacją. Zimą rzadko kto porywa się na rewolucję. Zima to czas magii, spełniających się życzeń, słodkiego lenistwa i skrzypiącego pod podeszwą mrozu. Nigdy niczego w życiu nie żałowałam, nawet jeśli innym moje decyzje wydawały się głupie, pochopne, impuslywne i nieprzemyślane. Nigdy nie interesował mnie nurt, norma i ogół. A jednak, za każdym razem, od dziesięciu lat, gdy nadchodzą Święta, wraca do mnie jak bumerang głos mojego Ojca w słuchawce telefonu – przyjedź na Wigilię, nie ma sensu tak się unosić. Bo były takie czasy, kiedy w domu nie działo się już dobrze, a ja, o te dziesięć lat młodsza i głupsza uniosłam się dumą i zdecydowałam Świąt nie obchodzić wcale. Musiał wiedzieć, że to jego ostatnie, w innym wypadku nigdy nie zdecydowałby się zadzwonić. To on był zawsze zbyt dumny i to po nim ta duma do dziś we mnie pokutuje. Pomimo tego, że potem mieliśmy jeszcze sporo czasu dla siebie, naszych rozmów przy kawie z rumem i przy papierosie, bo koleje losu przywiodły mnie na chwilę z powrotem do rodzinnego domu, to i tak tamten telefon i tamte Święta tkwią mi w sercu jak drzazga. Stachura pisał kiedyś: „Przysięgam wam, że płynie czas! Że płynie czas i zabija rany! (…)Tylko dajcie mu czas, Dajcie czasowi czas. Zwólcie czarnym potoczyc się chmurom”.  Kiedy oswoi się pierwszą, naprawdę ważną i bliską śmierć, łatwiej oswoić jest każdą kolejną stratę.
Ciepłych, spokojnych, Prawdziwych Świąt Wam życzę. Bądźcie dla siebie.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.