Przemowy i zgrzytanie zębami

Udana szósta próba atomowa pokazała, że Korea Północna poczyniła w tej dziedzinie ogromne postępy i znajduje się na uprzywilejowanej pozycji. USA będą musiały w końcu usiąść do rokowań z Pjongjangiem, ale czy Kim Dzong Un tego w ogóle chce?
Koreański przywódca nosi szykowne okulary i ciemny kostium Mao, na którym ten, kto dokładniej spojrzy, dostrzeże delikatny wzór jodełki. Na najnowszych zdjęciach propagandowych dyktator stoi pomiędzy pięcioma mężczyznami, którzy uważnie go słuchają, trzymając w dłoniach notesy i ołówki. Kim sprawia wrażenie odprężonego, śmieje się i chwyta jednego z inżynierów za ramię.


Na kolejnym zdjęciu niczym Napoleon wsunął dłoń za połę ubrania, drugą zaś wskazuje na srebrny cylinder i stożek, połączone ze sobą białymi przewodami. To ma być właśnie ona, owa broń, przed którą drży w tej chwili świat. Głowica dwustopniowej bomby wodorowej, którą za pomocą rakiety da się podobno wystrzelić aż do Ameryki. Czy może jest to jedynie atrapa?
Kim jest u władzy od prawie sześciu lat, dłużej niż szef państwa chińskiego Xi Jinping, znacznie dłużej niż Donald Trump i prezydent Korei Południowej Moon Jae-in. Mierząc według lat urzędowania, 33-letni dyktator jest weteranem wśród mężów stanu, z którymi ma do czynienia w owym najgroźniejszym kryzysie naszych czasów – i chce prawdopodobnie, jak jego ojciec i dziadek, rządzić jeszcze przez dziesiątki lat. Taka w każdym razie pewność siebie bije od tego człowieka.
Zaledwie kilka godzin po opublikowaniu tych propagandowych zdjęć zatrzęsła się ziemia. W Punggyeri, terenie prób atomowych na północnym wschodzie kraju, odpalono bombę wodorową – obwieścił Pjongjang. Wahania sejsmiczne były czterokrotnie silniejsze niż w styczniu 2016 roku, podczas rzekomego pierwszego testu północnokoreańskiej bomby.
Zachodni eksperci uważają, że siła wybuchu wyniosła tym razem około 150 kiloton, dziesięć razy więcej niż w przypadku bomby zrzuconej na Hiroszimę. Poza Koreą Północną nikt wprawdzie nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, czy była to pełnowartościowa bomba wodorowa, czy też stadium pośrednie, postęp technologiczny jest jednak niezaprzeczalny. O to właśnie chodzi Korei Północnej: by usunąć wszelkie powątpiewania w jej zdolności.

Protokół klęski
Dzięki owej najnowszej prowokacji i znacznemu postępowi swego kraju w technologii rakietowej Kim zbliżył się do swego celu, jakim jest zagrożenie Stanom Zjednoczonym nuklearną bronią dalekiego zasięgu. Tym samym doprowadził do dalszego zaostrzenia i tak już groźnego kryzysu. Ową próbą atomową ryzykuje nie tylko uderzenie militarne ze strony Trumpa – może spowodować również zderzenie dwóch rywali, Chin i USA.
W poniedziałek po teście atomowym Rada Bezpieczeństwa ONZ zebrała się na kryzysowym posiedzeniu. Amerykańska wysłanniczka Nikki Haley wolno wypowiadała słowa, jej czoło było zmarszczone, jej przemówienie stało się protokołem klęski. Od ponad dwudziestu lat – stwierdziła – Rada Bezpieczeństwa zajmuje się północnokoreańskim programem atomowym.
Zaczęło się to w 1993 roku wezwaniem do przestrzegania porozumienia o nierozprzestrzenianiu broni atomowej. W 2006 roku, gdy rozmowy skończyły się porażką i reżim na nowo przystąpił do testów rakietowych, spotkało się to z potępieniem ze strony ONZ. Wydawano kolejne rezolucje, żadna nie odnosiła skutku. – Członkom Rady Bezpieczeństwa muszę powiedzieć: miarka się przebrała – podsumowała Haley. Zamiar, by krok po kroku wywierać coraz większy nacisk, spełz na niczym.
Wydaje się więc, że Ameryka wyklucza jakikolwiek dialog z Pjongjangiem, podczas gdy Chiny i Rosja stawiają na rozmowy. Jak jednak miałby wyglądać ów proces negocjacyjny i owe porozumienie? Kto jest jeszcze zainteresowany rozmowami z reżimem, który przez dziesiątki lat złamał praktycznie wszystkie umowy? A przede wszystkim – czy reżim Kima, dla którego broń atomowa i rakiety są ważną częścią racji stanu, chce w ogóle kompromisu?
– Nie jest tak, że Korea Północna nie byłaby gotowa rozmawiać o zamrożeniu programu nuklearnego lub o kwestii proliferacji – uważa niemiecki znawca tego kraju Rüdiger Frank, który studiował w Pjongjangu i regularnie tam jeździ. – Owa gotowość istnieje, wielokrotnie mi to mówiono.
Kim jednak nie zrezygnuje od razu ze swojej broni atomowej, zrobi to ewentualnie na samym końcu, i to za wysoką cenę. Rozmowy mogłyby się rozpocząć pod warunkiem, że „Zachód, zgrzytając zębami, przyzna najpierw, iż Korea Północna posiada broń atomową”. Potem, zdaniem Franka, musiałaby ona „zrobić krok, który pozwoliłby amerykańskiemu rządowi na oczach własnej opinii publicznej podjąć coś w rodzaju negocjacji”. Mogłaby na przykład oświadczyć, że na określony czas rezygnuje z prób atomowych, ewentualnie również ze startów rakiet. Wówczas USA mogłyby oznajmić, że rezygnują z manewrów wojskowych w Korei Południowej.

Rozmowy na najniższym szczeblu
Gdy te warunki zostałyby spełnione, mogłyby się rozpocząć rozmowy, na których omawiane byłyby coraz bardziej istotne kwestie: sankcje, wpuszczenie inspektorów, ponowne przyjęcie Korei Północnej do układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, układ pokojowy kończący wojnę koreańską. – Byłyby to sprawy, które z początku nie dotykałyby programu atomowego – mówi Frank. – Korea Północna zaakceptowałaby więc zapewne taki plan. A Amerykanie negocjowaliby najpierw kwestie, z których mogliby się w każdej chwili wycofać.
To optymistyczny scenariusz, większość ekspertów jest znacznie bardziej sceptyczna. W negocjacjach Korea Północna miałaby dzięki swojej broni przewagę strategiczną i mogłaby stawiać daleko idące żądania. Nawet za zamrożenie programu nuklearnego kazałaby sobie drogo zapłacić. USA jak na razie nie zgadzały się więc na oficjalne rozmowy. Ale bez rzeczywistej militarnej opcji nie pozostaje im nic innego, jak rozpocząć negocjacje. Nawet jeśli doprowadziłyby one jedynie do redukcji napięć.
Nieformalne rozmowy pomiędzy przedstawicielami USA i Korei Północnej miały miejsce wielokrotnie, również za Donalda Trumpa. Niekiedy Amerykanie korzystają z pomocy dyplomatów z innych krajów, by przekazać reżimowi w Pjongjangu swoje przesłania. Szwecja, Wielka Brytania i Niemcy to jedne z nielicznych krajów, które mają w Korei Północnej swoich ambasadorów. Północnokoreańscy urzędnicy rządowi rozmawiają zaś od czasu do czasu z dawnymi amerykańskimi dyplomatami, czyli na najniższym szczeblu.
– Zbudowaliśmy bardzo ważne wzajemne kontakty – mówi Suzanne DiMaggio, która nazywa siebie „niezależną partnerką do rozmów” i pracuje dla New America, bliskiego Demokratom think tanku z siedzibą w Waszyngtonie. Doprowadziła już do zbliżenia dwóch wielkich wrogów – USA i Iranu. Dwa lata temu przedstawiciele Korei Północnej zwrócili się do niej z pytaniem, czy istniałaby możliwość, by spróbowała zrobić to samo dla ich kraju.
DiMaggio była już dwa razy na rozmowach w Pjongjangu. Zorganizowała też dwa spotkania pomiędzy byłymi amerykańskimi dyplomatami a przedstawicielami reżimu Kima. Ostatnie odbyło się w maju w Oslo, DiMaggio przyjechała na nie wraz ze specjalnym wysłannikiem do spraw Korei Północnej Josephem Yunem. Był to pierwszy bezpośredni kontakt rządu Trumpa z przedstawicielami północnokoreańskiego reżimu.

Czego właściwie chcą Stany Zjednoczone
Przewaga Suzanne DiMaggio polega na tym, że nie występuje ona w imieniu rządu i dlatego nie musi zważać na oficjalną linię. Uczestnicy rozmów wypowiadają się tak otwarcie, jak tylko to możliwe. DiMaggio nie chce opowiadać, o czym była mowa, stwierdza jedynie: – Panuje zamieszanie wokół kwestii, czego właściwie chcą Stany Zjednoczone.
Ma nadzieję, że żadna ze stron się nie wycofa.
– Korea Północna chce rozmawiać z USA, to pewne – mówi również ekspert od broni nuklearnej Zhao Tong, który prowadzi bania w Carnegie-Tsinghua Center w Pekinie. W tej chwili Pjongjang niepokoją przede wszystkim bombowce, które Waszyngton wysyła, by krążyły nad koreańskim półwyspem.
Bezpośrednie rozmowy między Koreą Północną a USA byłyby również w interesie Pekinu. Dzięki nim chińskie kierownictwo zyskałoby na czasie i zapobiegło temu, by kryzys północnokoreański przesłonił zjazd partyjny, na którym Jinping, sekretarz generalny KPCh w połowie października zamierza skonsolidować swoją władzę. Odwróciłyby także uwagę od faktu, że północnokoreański reżim finansuje się głównie przez chińskie kanały. Ponadto ambicjom Pekinu wyszłoby naprzeciw zastąpienie USA w roli czołowego światowego mocarstwa.
Obserwatorzy polityczni w Pekinie wątpią jednak, by Chiny miały wystarczający wpływ na Pjongjang. W sierpniu zwolnił swego wieloletniego specjalnego pełnomocnika do spraw Korei Północnej. Jego następca bardzo nieprzychylnie wyraża się o kierownictwie w Pjongjangu, a Kima, oficjalnie nadal sojusznika, nazwał „smarkaczem”.
Chiny – przypuszczają zachodni dyplomaci w Pekinie – poprą kolejną rundę sankcji, jeśli ONZ zdecyduje się je uchwalić. Odrzucą jednak działania, które mogłyby poważnie zaszkodzić trwaniu reżimu. Dotyczy to na przykład żądania bojkotu ropy, jakie USA wniosły do Rady Bezpieczeństwa. Takie sankcje dotknęłyby głównie Chiny, stąd pochodzi bowiem większość eksportu do Korei Północnej. Bez tej ropy kraj Kima już wkrótce zacząłby cierpieć na niedobory, a Pekin, nawet jeśli go nie lubi, nie chce upadku reżimu. Na dyplomatyczne wsparcie Chin na razie nie ma więc co liczyć – uważają eksperci.
Również Rosja wykazuje powściągliwość w kwestii wywarcia wyraźnie większego nacisku na Koreę Północną, mimo że nawet we Władywostoku w ową niedzielę zatrzęsła się ziemia. To portowe miasto oddalone jest o 250 kilometrów od Punggye-ri. Zaledwie trzy dni po próbie atomowej Władimir Putin prowadził tam forum gospodarcze i ostrzegał przed „emocjonalnym działaniem i przypieraniem Korei Północnej do ściany”. Czy Rosja pretenduje do roli pośrednika? Na postawę Putina i Xi Jinpinga wpływają trudne relacje z Waszyngtonem. Za główne zagrożenie uważają oni nie Koreę Północną, lecz USA.

Błaganie o wojnę
W Waszyngtonie zaś ton wobec Korei Północnej staje się coraz bardziej zdecydowany. Po tym, jak Trump zagroził „ogniem i gniewem”, jego urzędnicy proponują opcje militarne. Sekretarz obrony James Mattis zapowiedział „ostrą odpowiedź militarną”, jeśli reżim Kima zagroziłby Stanom Zjednoczonym lub ich sojusznikom. Ambasadorka Haley powiedziała o Kim Dzong Unie: „On błaga o wojnę”.
W Waszyngtonie rzadko dotąd mówiło się tak często o wojnie, jak w tych dniach. W tej chwili można sobie nawet wyobrazić, że Trump i Kim sprowokują kryzys militarny, choć dla obu stron byłby to najgorszy scenariusz.
Atak na Koreę Północną pociągnąłby za sobą pustoszące kontruderzenie na Koreę Południową i być może również Japonię, co mogłoby spowodować śmierć setek tysięcy, a nawet milionów ludzi. I to nawet wówczas, gdyby reżim z Północy nie użył broni atomowej, lecz wyłącznie artylerii oraz broni biologicznej i chemicznej.
Japonia i Korea Poludniowa chcą się zbroić, prezydent Moon Jae-in uzyskał ostatnio zgodę swojego protektora, Ameryki, na budowanie w przyszłości silniejszych rakiet. Jego kraj debatuje również nad tym, czy USA nie powinny znowu rozmieścić na Południu taktycznej broni nuklearnej. Wszystkie propozycje rozmów ze strony południowokoreańskiego prezydenta Kim Dzong Un szyderczo odrzucił, co pokazuje, że jako partnera do negocjacji akceptuje jedynie Stany Zjednoczone.
Ale nie tylko na wojnie, lecz również podczas negocjacji Korea Południowa nic by zapewne nie wskórała. Gdyby USA rzeczywiście postanowiły się wycofać, kraj ten pozostałby bezbronny na placu boju. Wielu południowych Koreańczyków nie jest dziś już pewnych, czy Ameryka dotrzymałaby swoich gwarancji pomocy w przypadku wojny. Dzień przed próbą atomową Trump groził przecież, że wypowie umowę o wolnym handlu między USA a Koreą Południową, co było afrontem wobec sojusznika. Dzień później zarzucił Seulowi „appeasement” wobec północnego sąsiada.
Lecz w obliczu ryzyka wojny Korei Południowej nie pozostaje na razie nic innego, jak ułożyć sobie jakoś relacje z Donaldem Trumpem. To samo dotyczy Japonii, której premier Shinzo Abe uderzająco często rozmawia przez telefon z amerykańskim prezydentem, w dniu testu atomowego aż dwa razy. Zdesperowany Abe stara się zyskać wpływ na Trumpa.

Szpiedzy są niemal ślepi
Japonia i Korea Południowa czują się statystami, ofiarami walk większych mocarstw. O tym, czy owe walki zakończą się wojną, czy też uda się wynegocjować porozumienie, zadecydują nie one, lecz głównie jeden człowiek: Donald Trump.
USA mają jednak ten problem, że niewiele wiedzą o reżimie Kima. Nie wykształciły się żadne kanały, przez które można byłoby usuwać nieporozumienia. Na tym cierpi też wywiad – stwierdził były szef CIA Michael Hayden. – Korea Północna była zawsze jednym z najtrudniejszych celów, być może nawet najtrudniejszym.
Tajne służby Pjongjangu są pozbawione skrupułów w kwestii zwalczania zagranicznych szpiegów, poza tym możliwości śledzenia są dość ograniczone. – Jest po prostu niewiele infrastruktury elektronicznej – wyjaśnia Hayden. W kraju tym praktycznie nie istnieje internet, oficjalnie są tam zaledwie 1024 adresy IP. Innymi słowy: w kwestiach dotyczących Korei Północnej amerykańscy szpiedzy są niemal ślepi.
Do tego jeszcze obecny prezydent podchodzi do kryzysu północnokoreańskiego jak do nieczystego dealu na rynku nieruchomości, gdzie drugą stronę trzeba brutalnie nastraszyć. W przypadku Kim Dzong Una groźby jednak nie pomagają. Im potężniejsze stają się jego bomby nuklearne, tym mniej daje się szantażować – przeciwnie, sam wciela się w rolę szantażysty.
W Waszyngtonie wielu sądzi obecnie, że arsenał atomowy Kima nie służy już jedynie odstraszaniu i utrzymaniu władzy, lecz że dyktator może używać go jako stałego środka nacisku lub wręcz za jego pomocą szantażować swego południowego sąsiada, by połączył się z Północą – na jego warunkach. Jeśli przyjąć ową interpretację, oznacza to, że bomby atomowe nie są już jedynie środkiem obrony, lecz narzędziem politycznym, które może doprowadzić do złagodzenia sankcji i wbić klin między USA a Koreę Południową, by wreszcie być poważnie traktowanym przez Pekin i Waszyngton.
Lecz takie działania, jak bojkot ropy, które rzeczywiście zabolałyby Kima, są udaremniane przez Chiny i Rosję. Nie wiadomo jednak, czy nawet to by pomogło, przypuszczalnie żadne, choćby najostrzejsze sankcje nie zatrzymałyby programu nuklearnego.
Desperackie i absurdalne groźby

Trump próbuje teraz tego za pomocą równie desperackich, co absurdalnych gróźb, jak ta, że zastopuje import z Chin do USA. Tym samym doprowadza do eskalacji konfliktu i okazuje się politykiem jeszcze bardziej nieobliczalnym niż północnokoreański dyktator.

Prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa Herbert Raymond McMaster mówi otwarcie, że klasyczna logika odstraszania w przypadku Korei Północnej zupełnie się nie sprawdza. Oznacza to, że część amerykańskiego rządu dostrzega możliwość, iż Kim rozważa wszczęcie nuklearnej wojny zaczepnej. McMaster na początku sierpnia mówił nawet o „wojnie prewencyjnej” przeciwko reżimowi. Gdy jednak w Pjongjangu powstanie wrażenie, że USA rozpoczną zaraz bombardowanie, Kim Dzong Un może poczuć się zmuszony zaatakować jako pierwszy.

W sytuacji, gdy nawet dla najbliższych sojuszników nie jest jasne, jakie cele chce osiągnąć Donald Trump, nie da się wykluczyć błędnej kalkulacji. Jedno jest pewne: prezydent ma już dość Kima i zabiegów dyplomatycznych. Ostatnio napisał na Twitterze: „Rozmowy nie są żadnym rozwiązaniem!”.

Dobrym znakiem nie jest również to, że jedynie Dennis Rodman oferuje swoją pomoc. Rodman grał w NBA w takich zespołach, jak LA Lakers i Dallas Mavericks, a jednym z jego największych fanów jest Kim Dzong Un. Od 2013 roku koszykarz wielokrotnie odwiedzał Koreę Północną na zaproszenie dyktatora. Prócz Kima do jego przyjaciół zalicza się również Donald Trump. Rodman zaproponował więc, że chętnie pomoże „wyprostować” konflikt, za pomocą rozmowy w gronie kumpli.

 

Christian Esch, Mathieu von Rohr, Christoph
Scheuermann, Wieland Wagner, Bernhard Zand

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.