Posprzątać świat

kajaBądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie – powiedział Mahatma Gandhi.

Ignorance is bliss – odpowiedział mu tłum.

Zawsze, kiedy w czwartek wieczorem wystawiam na podjazd kubły ze skrupulatnie posegregowanymi śmieciami – organiczne w zielonym, recycling w niebieskim, zwykłe w czarnym, a ogrodowe odpady w papierowych torbach staje mi przed oczami młoda hinduska kobieta, która karmi piersią maleńkie dziecko, siedząc na wielkiej kupie śmieci. W dalszej perspektywie chuda, brzydka krowa z obrzydliwą naroślą na grzbiecie, neurotycznie przeżuwa jednorazową, plastikową torbę. Takie było to słynne, niepowtarzalne, pierwsze wrażenie, jakie zrobił na mnie kraj, reklamujący się od kilku lat pod turystycznym hasłem-pułapką Incredible!ndia. Nigdy w życiu, ani wcześniej, ani później, nie widziałam takich ilości głupich, nielogicznych, niepotrzebnie rozrzuconych śmieci, których ist- nienie wynikało z lenistwa, bylejakości i tumiwisizmu. Kraje trzeciego świata toną w śmieciach. W Nepalu jest odrobinę lepiej, bo górzysty kraj w Koronie Ziemi, ma znacznie mniej mieszkańców, a co za tym idzie – mniej śmieciuchów. Indonezja utrzymuje się w czołówce, Ameryka Centralna nie zostaje w tyle, nawet w Europie, w Polsce chociażby, po zimie na trawnikach, zanim wzejdą podbiały, pysznią się papierosowe kiepy i psie kupy. Tak, przyznaję, mam hopla na punkcie śmieci. W podstawówce byłam pierwsza, stawiałam się z czarnym workiem i gumowymi rękawiczkami, kiedy na Dzień Ziemi organizowano akcje „sprzątanie świata”. I nawet jeśli to nasze sprzątanie świata ograniczało się do trzech osiedlowych trawników – zawsze widziałam w tym głęboki sens. Bolało, kiedy w „naszym” lesie, tym, do którego od małego jeździliśmy z rodzicami na wszystkie wakacje, zimowe ferie, święta i długie weekendy, zaczęły pojawiać się puszki po coli, torebki po chipsach i butelki po piwie zostawiane przez turystów, grzybiarzy oraz drwali. Butelki, i szkło w ogóle, były najbardziej niebezpieczne. W upalne dni suchego lata mogły przecież spowodować pożar. Zdarzało nam się schodzić z gór sprzątając las po drodze i wyrzucać uzbierane śmieci do kubłów na campingowym parkingu na samym końcu wsi. Niewątpliwie duży wpływ na moją proekologiczną orientację światopoglądową wpływ musiał mieć także amerykański serial animowany „Kapitan Planeta i Planetarianie”, emitowany na po

czątku lat 90. Przez TVP 2. Nie rozumiem dlaczego można pusty kubek po kawie czy puszkę po coli wyrzucić na ziemię, a nie można wyrzucić jej do kosza. Nie rozumiem ideologii śmiecenia.

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Śmieci najmocniej chyba uświadomiły mi nierówność społeczną. I bezmyślność masowej produkcji tego wszystkiego, czego z jakichś tajemniczych powodów ludzie potrzebują do życia. Doszliśmy (my – ludzkość) do niepokojącego momentu, w którym wydobycie ropy, dostarczenie jej do rafinerii, przetworzenie na plastik, wyprodukowanie z niego plastikowej łyżeczki, dowiezienie jej (i miliona innych) do sklepu, wyjście po zakupy, sam zakup i dostarczenie jej do gospodarstwa domowego uważamy za mniejszy wysiłek niż umycie metalowej łyżeczki po skończeniu posiłku. Można się nabijać z Zielonych, którzy przykuwają się do drzew. Smutna prawda mówi jednak, że gdyby każde drzewo emitowało sygnał Wi-Fi posadzilibyśmy ich tyle, że prawdopodobnie udałoby nam się przywrócić równowagę i uratować planetę. Niestety. Drzewa produkują tylko tlen, którym oddychamy. Widziałam ogrom biedy, a nie byłam jeszcze w kontynentalnej Afryce. Widziałam kalekie dzieci żebrzące na ulicach New Delhi, brazylijskie slumsy, madagaskarskie wioski bez prądu i filipińskie domostwa ludności Mangyan przypominające leśne, harcerskie szałasy.

Kiedyś w internecie znalazłam obrazek zestawiający wychudzone, afrykańskie maluchy wyciągające ręce w proszącym geście z oszalałym tłumem spasionych Amerykanek obładowanych zakupami przy okazji bodajże Black Friday. Obrazek podpisano: DEFINE NECESSITY. Często dwa razy zastanawiam się zanim kupię nową rzecz. Czy naprawdę jej potrzebuję? Do czego? Dlaczego? Jest mi o tyle łatwiej, że zawsze w wielu względach byłam minimalistką. Nie potrzebuję dwudziestu torebek i czterdziestu par butów. Lubię szperać po strychach, wyprzedażach garażowych i sklepach z używanymi rzeczami. Idea recyclingu wpływa kojąco na moją, przerażoną kierunkiem, w którym zmierza świat, duszę. W antykwariatach i na pchlich targach znaleźć można prawdziwe skarby, tak bardzo różne od produkowanej w Chinach masówki. Nie kupuję kosmetyków testowanych na zwierzętach. Nie popieram wielkich korporacji żywnościowych. Wierzę w eko filozofię. W harmonię. W siłę natury. Wierzę, że wprowadzając zielone rozwiązania zmieniamy świat na lepsze. Nawet jeśli jest nas garstka w obliczu siedmiu miliardów. Wierzę też w człowieka, jednocześnie nie wierząc w ludzkość. Sami sobie nabałaganiliśmy, ale niewielu chce się posprzątać. W wystarczyłoby, żeby każdy z siedmiu miliardów stu osiemdziesięciu pięciu milionów dziewięciuset siedemdziesięciu tysięcy ludzi wziął czarny worek, rękawiczki i posprzątał … 0.02 km2 czyli dla zobrazowania – prostokąt o wymiarach 100 na 200 metrów. Bo tyle powierzchni lądu naszej planety wychodzi na jednostkę. A nawet mniej, bo wysokie góry, pustkowia Syberii i północne rubieże Kanady w śmieciach jeszcze nie toną. Więc może by tak jednak globalny Dzień Ziemi?

Młodzi ludzie, którym zależy na losach Ziemi, robią różne fajne rzeczy. Kupują warzywa od rolników, tworzą Kooperatywy Spożywcze, korzystają z programów wymian międzynarodowych, takich jak chociażby Empower The Change. W dużym skrócie (bo rozwinięcie tematu każdy zainteresowany znajdzie w internecie) program zakłada aktywizowanie lokalnych społeczności, uświadamianie mieszkańców o ich własnym potencja- le i pokazywanie w jaki sposób mogą się nim nawzajem dzielić przy pomocy wolontariuszy – liderów z różnych stron świata. Głębokie doświadczenie lokalnej kultury, poznanie problemów danej społeczności oraz współpraca z z jej mieszkańcami to początek wielkiej przygody i istotnych zmian. Właśnie dowiedziałam się, że mój najmłodszy eko-vege-brat wyjeżdża na taką wymianę do Tomska, jednego z najstarszych miast Syberii.

W tej kreskówce o Kapitanie Planecie, obok samego kapitana-bohatera, występowała Gaja (Dobry Duch Ziemi) oraz personifikacje pięciu żywiołów – Ziemi, Ognia, Wiatru, Wody i Serca – grupa nastolatków z różnych stron świata. W rodzinnej wersji bajki przypadała mi zawsze rola Gi z Azji z mocą wody. I to woda właśnie jest moją słabą stroną. Zużywam jej wciąż trochę za dużo. Ale to gorący prysznic po całym dniu pracy jest dla mnie synonimem luksusu.

Kaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,REKLAMA_portugalia_kolor
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy lub świat
Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie czuł się jak u siebie w domu?
                                              Stanisław Barańczak

 

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.