Opowieści nadbrzeżne

      Miasteczko, jakich w Kanadzie setki. Dwa duże supermarkety, McSyf, Subway, Tim Hortons (w centrum i na rogatkach), Boston photo 1-1Pizza, przy głównej ulicy biblioteka i księgarnia z używanymi książkami, dwie, a może trzy rodzinne restauracje plus jedna obowiązkowo chińska – wszystkie wolne od łańcuchów i szyldów unifikacji, kilka butików z całkiem gustownymi dekoracjami wnętrz i zaskakująco drogimi ciuchami markowych projektantów. Jedna, za to naprawdę świetna kawiarnia, nowoczesny sushi bar i kilka murali obrazujących historię miasta. Urodziło się tu kilku przyzwoitych zawodników hokeja, a w 2009 pobito światowy rekord w hodowli dyni – gigant zaprezentowany przez państwo Hunt podczas festiwalu Pumpkinfest ważył 761 kg.
Ulice Green i Mill prostopadle odchodzące od głównej arterii kończą się przy plaży. Jest molo, falochron, przyjemna marina, dwie drewniane budki z lodami i łakociami dla dzieci, które latem wozi po nabrzeżu kiczowata kolejka wąskotorowa. Z dachów wagonów,  oczekujących na rozpoczęcie sezonu w niewielkiej zajezdni, krzyczą zamaszyste, różowe litery: „na następnej stacji wpadnij na frytki” oraz „mamy dla ciebie domowej roboty fudge” (takie niby-krówki). Zwodowano już część łodzi – trwają wiosenne porządki, czyszczenie żagli, szorowanie pokładów. Wczoraj największą atrakcją w marinie photobyły cztery gęsi kanadyjskie z szesnaściorgiem nieporadnych piskląt, które photo 4-1zaanektowały lwią część asfaltowej alejki. Zjawisko to powtarzać się musi każdej wiosny, po pobliski trawnik nigdy nie jest koszony, o czym informuje odpowiednia tablica. O wszystkim informują odpowiednie tablice. O tym, że od pierwszego maja do pierwszego października nie wolno wprowadzać psów na plażę, o tym, że gęsi nie wolno dokarmiać (mają przecież trawę na niekoszonym trawniku), a na przejściu kolejowym należy zachować szczególną ostrożność, nawet jeśli cukierkowy pociąg nie wyjechał jeszcze w trasę.  Za mariną i niewielkim sosnowym zagajnikiem rozpoczyna się trasa rowerowa, która wiedzie wzdłuż wybrzeża aż do następnej miejscowości, oddalonej o osiem kilometrów. Wieczorami nie ma tu prawie nikogo, można się porządnie rozpędzić na rolkach, by potem łapać oddech z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Zachody są naprawdę urocze, kilka lat temu nawet, w jakimś ogólnokrajowym rankingu, doceniła ich urodę telewizja CBC. Poza sezonem dzieje się niewiele, senną atmosferę photo 3-1ożywiają ptasie uwertuphoto 4ry i wiewiórki, photo 2-1szaleńczo goniące się po wszystkich drzewach i parkanach. Latem wszystko photo 3się zmienia, nadciągają mrowia wczasowiczów, niełatwo znaleźć zakwaterowanie i wolne miejsce na plaży. Tymczasem plażę mam tylko dla siebie, między majowymi burzami zabieram ze sobą Dukaja („Lód”, polecam, świetna lektura o wymiarach porządnej cegły), spokój, cisza, gęsie pisklęta pasą się na łące, lato nas już tu nie zastanie.
photo 5photo 2A dziś rano, kiedy jak zwykle, rozciągałam się w różnych pozycjach jogi, przypomniał mi się Rishikesh, hinduskie miasto, które w latach 60. nazywano stolicą jogi, i dokąd na duchowe podróże z miejscowymi kapłanami Sadhu ciągnęły rzesze poszukujących nirwany hippisów. Kiedy pierwszy raz leciałam do Indii była sroga zima. W Nowym Jorku padał śnieg, kolorowy tłum kręcił się po lodowej tafli pod Rockefeller Center. Bratowa mnie wtedy poprosiła o poduszkę do jogi, bo przecież gdzie jak gdzie, ale w Rishikesh mieć powinni. Kilka lat wcześniej kupiła mi na gwiazdkę podręcznik dla początkujących, wtedy w Krakowie joga była nowością, szybko stawała się modna, trzeba było gonić trendy. Niewiele się z tej książki nauczyłam, chyba mi brakowało czasu i samozaparcia, za dużo się działo, studia, praca, towarzystwo, piwniczano-knajpiane rozmowy o życiu, których było wtedy więcej niż samego życia. Z kursu, na który się zapisałam, też wyszło niewiele, bo nie mogłam jakoś przebrnąć przez ten moment, w którym siedzi się po turecku i potulnie mruczy jednostajne „ommm”, do bezdechu prawie; nie szło to zupełnie, w połowie zbierało mi się na śmiech, psułam nastrój i atmosferę. Jakoś mi ta joga latami nie leżała, nie po drodze nam było, pomyślałam, może w Rishikesh mnie oświeci, może tam zrozumiem. Nie zrozumiałam. Ledwo przeżyłam w ulicznym szaleńczym ruchu kołowo-pieszym. Na hinduskich drogach jest wszystko – od samochodów osobowych, przez upakowane po dach, rozklekotane autobusy, pojazdy „made in garaż” z silnikiem w wersji otwartej, riksze rowerowe, masy motocykli wiozące nieraz pięcioosobową rodzinę, wozy (najczęściej po prostu kilka zbitych desek na kółkach z jakiegoś traktora), ciągnięte przez woły, osły, muły, rzadko konie, a czasami wielbłądy, po rzężące ciężarówki rodzimej firmy Tata z napisem „horn please” na pace, oraz szwendające się bezcelowo różnej maści istoty żywe – dzieci, świnie, kozy, niewyobrażalnie brudne, wychudzone postacie, zmierzające w tylko sobie znanym kierunku, a w niektórych miejscach nawet słonie (okoli

IMG_8015

IMG_8148

ce Parku Narodowego Corbett na przykład). Cały ten uliczny zgiełk, kakofonia klaksonów (jedyna forma komunikacji na drodze) zamierają zazwyczaj po zmroku (w Delhi chyba nigdy), ponieważ w wielu stanach jazda po zmroku jest zakazana. Z powodu mroku właśnie. Ciemność w Indiach jest nieprzebrana. Drogi nieoświetlone, w górach bardzo kręte, strome, często niezabezpieczone. Światło elektryczne jest słabe, prąd zanika i wraca według niezrozumiałego schematu, co powoduje, że nawet centrum stolicy nocą sprawia ponure, mroczne wrażenie. W Rishikesh jest trochę inaczej – kiedy zapada zmrok i ustaje ruch kołowy (nieoświetlone riksze rowerowe pojawiające się znienacka nadal stwarzają poważne zagrożenie) dźwięki zaczyna wydawać lokalna świątynia, która nagle rozbłyska tysiącami IMG_8037choinkowych lampek. Kakofonia dźwięków nijak nie sprzyja medytacji, a słynnych Sadhu widuje się najczęściej na przydrożnych murkach i krawężnikach, śpiących w pozycji embrionalnej w brudnych szmatach, nijak nieprzypominających

IMG_7907

 

 

 

 

 

mistycznych pomarańczowych szat. Nie znalazłam poduszki do jogi. Nie znalazłam sensu. Om nadal stanowiło zagadkę. W zasadzie nadal ją stanowi, bo moja ulubiona joga to ta w wersji power bądź inferno, czyli dużo ruchu, mało statyki, wysokie cardio, pot, wysiłek i dużo wody z cytryną. Medytować mogę potem nad jeziorem. Tutaj, w tym małym, typowym, kanadyjskim przedsezonowym miasteczku, mało kto się rusza. Ktoś sporadycznie wyskoczy na jogging, czasem miniemy jakąś pojedynczą nastolatkę na rolkach, albo kilku szukających rozrywki podrostków na rowerach. Tu się wozi przerośnięte tkanką tłuszczową tyłki i rozdęte od kiepskiego piwa brzuchy dużymi, rozklekotanymi pick-upami. Do sklepu po fajki też, choć można by podejść te dwieście metrów. W tym samym czasie na innym końcu świata, w każdym najmniejszym parku, na placach i skwerach Chińskiej Republiki Ludowej grupki staruszków, dzielnie ćwiczą tai chi, co, według słów komunistycznej propagandy – sprzyjać ma zachowaniu zdrowia i rozwojowi psycho- fizycznemu. Co kraj to obyczaj. A ja się chyba zacznę niedługo pakować, droga wzywa, świat czeka, będzie się działo!

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.