Odchodząc od zmysłów

Bali    Przez wiele lat dzieliłam pokój z moją siostrą. „Dzieliłam” w tym przypadku to słowo idealne – linia demarkacyjna między moją a jej połową przebiegała dokładnie w miejscu, gdzie łączyły się dwa kawałki pstrokatej w odcienie brązu i żółci wykładziny.
Oprócz dywanu dzieliły nas także upodobania muzyczne i subkulturowe, gusta w stosunku do mężczyzn (w tym głównie aktorów i piosenkarzy, żadna z nas przecież kolegów ze szkoły nie mogła brać na poważnie) oraz stosunek do smażonej wątróbki (ja ją uwielbiałam, u Jagi sam zapach wywoływał mdłości). Łączyło nas znacznie więcej – przede wszystkim wieczorne, podkołdrzane rozmowy, zwierzenia, zabawy i marzenia, z których płynnie, prostą drogą, przechodziłyśmy w sen. Jedną z naszych ulubionych gier było „Co byś wybrała gdybyś musiała”. Zasady były proste – należało wymyślić dwie równie okropne rzeczy i postawić siostrę w pozycji Antygony. Brzmieć mogło by to tak: „ Co byś wybrała gdybyś musiała? 1). Powąchać skarpetki X czy umyć zęby szczoteczką Y?”, przy czym oczywiście X i Y odnosiły się do znienawidzonych chłopaków z podwórka lub szkoły. Kiedyś w tych nocnych zabawach, gdy pastwiłyśmy się wspólnie nad naszą wyobraźnią, padło pytanie – Gdybyś musiała stracić jeden ze zmysłów, to który byś wybrała? Automatycznie nasunął się smak. Bo przecież nie wzrok, nie słuch, nie węch i nie dotyk. W rzeczywistości utrata któregokolwiek byłaby fatalna. Ludzki mózg pracuje w osobliwy sposób. Przetwarza bodźce zewnętrzne i zapamiętuje miejsca czy zdarzenia w różnych warstwach sensorycznych.
WZROK
Niebo. Kiedy zamykam oczy widzę niebo. Najpierw to pełne gwiazd i chłodu nocne, boliwijskie niebo, gdzieś nad samym środkiem niczego, w górach, kilkadziesiąt kilometrów przed Potosi. Czarne, smoliste, potężne niebo, którego czerni nie dosięgało światło ognisk, strajkujących przy okazji wyborów prezydenckich, Boliwijczyków. Potem to nad Salar de Uyuni – odległe, obce, ciche. I syberyjskie nad Bajkałem. I sierpniowe nad Parchowatką. Mój wzrok najlepiej zapisuje przestrzenie. Góry, śniegi, lodowce. Kiedy nie mogę zasnąć przelatuję we wspomnieniach nad Mt. McKinley na Alasce, ląduję helikopterem na nowozelandzkim Fox Glacier. Patrzę na zimowe szczyty Apallachów. I jeszcze twarze. Twarze ludzi wytatuowane na przeźroczystej kanwie pamięci, hologramy, uśmiechy, spojrzenia. Dzieci, starcy, przyjaciele, znajomi, przewodnicy, uliczni sprzedawcy – twarze zapisuję fotograficznie, z cichym trzaskiem migawki pamięci.
SŁUCH
Słuch najlepiej zapamiętuje ciszę. Może dlatego, że tak trudno dziś jej doświadczyć. Ciszę idealną, niezmaconą, nieprzeMalargue Argentyna (2)braną. Podziemną. Tę z jaskiń koło Malargue w Argentynie, gdzie lata temu wybraliśmy się kilkuosobową grupą, rezygnując tym samym z jednego dnia jazdy na nartach w Las Lenas. Tylko tam i tylko ten jeden raz doświadczyłam ciszy i ciemności absolutnej w jednym miejscu i czasie. Była też cisza pustkowi skundlona poszumem wiatru – boliwijskiego Altiplano, Bisti Wildeness i Białe Piaski w Nowym Meksyku, tatrzańskie ścieżki. JMalargue Argentyna (1)est jeszcze cisza podwodna – tą moje ucho zapisało najwyraźniej – błękitna, mętna, cisza, w której słyszę bicie własnego serca, spokojny, płynny oddech i skrobanie ogromnych papugoryb, gdy zjadają koral, by potem wyprodukować śnieżnobiały piasek karaibskich plaż. Pamiętam szum wodospadów Iguazu i poranki w hamaku w amazońskiej dżungli, gdy bladym świtem budziły mnie wrzaski małp i ptasie uwertury. I fletnię pana, na której stareńki Peruwiańczyk wygrywał turystom Pieśń Kondora w Świętej Dolinie Inków.
SMAK
Zimne piwo po upalnym, lepkim od tropikalnej wilgoci dniu. Woda kokosowa na przydrożnych straganach w Brazylii, na Karaibach, Bali, w Gwatemali i na Filipinach, łapczywie ściągana przez cienką plastikową rurkę z zielonego, cieżkiego owoca, otwartego sekundę wcześniej przyrdzewiałą maczetą przez jakieś chude, śniade ramię. Amazońskie larwy, żywe, tłuste i białe, wydłubywane spod kory, rarytas bogaty w białko. Słodkie, śmierdzące zgniłym jajem duriany, ostrożnie rozgryzane na nocnym targu w malezyjskim Kota Kinabalu. Bajkalskie omule, po części pieczone, po części wędzone w małych piecykach, zawinięte we wczorajszą gazetę, popijane zimną wódką i bliny z twarogiem, które babuszki sprzedawały na stacji w Barabińsku. Gulasz na bazie fasoli i konserwy wieprzowej po całym dniu marszu z Turbacza na Lubań z ciężkim plecakiem, bratem i rozmerdanym psem.  Tatowy omlet z borówkami. Mleko prosto z udoju, spienione i naturalnie ciepłe. Liebfraumilch z Łucją nad Wisłą.
WĘCH
Miejsca, zdarzenia i ludzie zapisani zmysłem węchu to najtrudniejszy, najbardziej wymagający dla pamięci materiał. To także wspomnienia najbardziej prywatne, intymne, magiczne. Kadzidła w hinduskich świątyniach i smród rozkładających się śmieci. Świeżo skoszona trawa. Dym z ogniska. Powietrze ciężkie od soli. Kwitnąca macierzanka. Czyjeś perfumy. Sosnowa żywica w upalne, nadmorskie dni, gdy maszeruje się przez wydmy prosto w ramiona Bałtyku. Butwiejące liście szeleszczące pod stopami. Kuchenne aromaty, gdy wracasz głodny do domu po całym dniu pracy. Szarlotka. Rozgrzany asfalt chwilę po ulewnym deszczu. To, co najbardziej ulotne zapada najgłębiej w pamięć.
DOTYK
Im mniej ludzki tym głębiej zapamiętany. Tylko natura wie jak dotrzeć do pokładów odczuwania, o których istnieniu nie miało się bladego pojęcia. Ciepły,  nagły deszcz w amazońskiej selwie, który potrafi przemoczyć do suchej nitki w kilkanaście sekund, niesie więcej prostej, pierwotnej przyjemności odczuwania niż czyjekolwiek smukłe, egzotyczne palce. Moment, w którym zanurzasz się w ciepłej, słonej, turkusowej wodzie karaibskich mórz, słońce ślizgające się po skórze, ocean obmywający stopy podczas porannego spaceru, wiatr rozwiewający włosy, w trakcie szalonej jazdy kabrioletem przez Południową Kalifornię. Mróz na policzkach. Zaskakująca gładkość skóry białuchy i chropowate jestestwo ekwadorskich iguan. Piasek, który bezmyślnie przesiewasz przez palce.
DUCH
Momenty, w których do zmysłowego odbierania rzeczywistości dochodzi czynnik Mongolia (2)Mongolia (5)transcendentny. Miejsca, w których odczuwa się potęgę energii wszechświata. Inkaskie ruiny Machu Picchu z niegasnącym ogniem Pachiamamy. Buddyjska świątynia w mongolskich stepach, gdzie w bardzo dosłownych scenach przedstawiono boską karę za doczesne przeiwny. Japońska wyspa Miyajima, nazywana Wyspą Świątyń, gdzie obok potężnej bramy tori, która w czasie przypływu stoi po kolana w wodzie, a podczas odpływu pozwala podejść do swoich stóp, znajduje się najbardziej niezwykła i energetyczna buddyjska świątynia Daishoin. Położona trochę na uboczu opiera się turystycznej fali – tu spotkać można pojedynczych buddystów, mrukliwego mnicha i święty spokój.
Wzrok. Słuch. Smak. Węch. Dotyk. Duch. Czasami lepiej nie mieć wyboru.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.