O pociągu do… pociągów

kajaKolej to zdecydowanie najbardziej romantyczny, dekadencki i towarzyski środek transportu.

Na wakacje na Mazury jeździło się zazwyczaj na podłodze przy kiblu w oparach papierosowego dymu i nieustannym poszturchiwaniu. Do Gdańska na weekend, żeby choć przez chwilę popatrzeć na morze – nocnym pośpiesznym. Na kolonie i obozy harcerskie wcześniej zarezerwowanym wagonem. Pociągowe rozmowy i opowieści, poczęstunki (nikt nie wyruszał w drogę bez jajek na twardo i pęta jałowcówki), piwo jasne, ciemne, piwo, piwko, astronomiczne jak na tamte czasy i nasze kieszenie ceny w Warsie, nieprzerwanie przesuwający się za oknami krajobraz Polski polnej, sielskiej, sierpniowej, monotonny stukot i usypiające kołysanie, bileciki do kontroli… Zanim wyjechałam na inne tory, zanim liznęłam tajemnice kolei na innych kontynentach, poznałam w jednym z moich ostatnich polskich pociągów jadącym z Poznania do Przemyśla gruzińską osadę wioślarską. Wracałam w środku nocy ze ślubu kuzynki z Wrocławia do Krakowa, bo w niedzielę rano musiałam być w pracy. Jedyne wolne miejsce w przedziale (zresztą zaraz za przedziałem konduktorskim, ten ponoć najbardziej bezpieczny) zajmowało pięciu mężczyzn o mocno podejrzanej aparycji. Ja w tej kiecce weselnej, w szpilkach, a oni jacyś tacy małomówni, nazbyt intensywnie rejestrujący moją obecność. Wtedy jeszcze jako tako posługiwałam się rosyjskim. Od słowa do słowa okazało się, że oni z zawodów na poznańskiej Malcie wracają, pociągiem, bo trener (najbardziej podejrzany typek bawiący się namiętnie butterfly’em) z zastawką w sercu nie może latać. Ten mniejszy wioślarz, Temur, pisał mi potem smsy, że chce się ze mną ożenić i zamieszkać w Polsce, że u nas będzie maleńkij rjebionok i będziemy ocień szczastliwi. Ten większy, zabójczo przystojny, którego imienia nawet nie pamiętam, utkwił mi jak drzazga w najgłębszych warstwach wspomnień. W tym samym czasie na niektórych trasach zaczęły pojawiać się klimatyzowane, przestronne, bezprzedziałowe wagony z wi-fi, darmowym poczęstunkiem i ekologicznymi toaletami. Koniec wypróżniania się na tory to koniec pewnej, jakże barwnej, kolejowej epoki.
Są oczywiście kraje, w których, pomimo upływu czasu i rozwoju technologii nic się nie zmienia. Klasa turystyczna pociągów w Indiach to największy kolejowy koszmar, jaki do tej pory udało mi się przetrwać. Mit konduktora z długą białą brodą i przepastną księgą pasażerów okazuje się tu jak najbardziej żywy. Kawa za kilka rupii serwowana z antycznego termosu stawia na nogi tylko dlatego, że jest gorąca. Zasuwające po ścianach karaluchy po kilku głębszych stają się niewidzialne. W dobrym towarzystwie czas inaczej płynie, a jeśli przypadkiem w grupie znajdzie się postać sypiąca z rękawa dobrymi dowcipami – droga do celu przestaje się dłużyć. Co innego, kiedy pojawia się mgła. Mgła na torach to przekleństwo hinduskiej kolei. Opóźnienie puchnie i rozrasta się jak drożdżowa buła, pociąg zwalnia i zwalnia, aż osiąga prędkość tak niezauważalną, że można wysiąść z wagonu w poranną mgłę, umyć zęby, ogolić się, wrócić na swoje miejsce i nawet nie złapać zadyszki. Planowany przyjazd z Agry do Varanasi 7:15 rano. Rzeczywisty czas osiągnięcia celu podróży – 13:30. Poziom frustracji w skali od jednego do dziesięciu – sto. Postanowienie – nigdy więcej. A potem tylko wielkie zdziwienie, gdy napotkana w nepalskim Parku Chitwan polska grupa otwarcie przyznaje, że oni tymi pociągami po całych Indiach. Ach, więc jednak można….
Na drugim biegunie kolejowego świata leży Japonia. Tu jeśli pociąg odchodzi o 7:57 a ty na peron wbiegniesz punkt 8.00 poczujesz tylko ostatnie muśnięcie pędu powietrza, które pociąg pozostawił za sobą. Shinkanseny, osiągające prędkość do 350 km/h, to najlepszy, najszybszy i najwygodniejszy środek komunikacji na wyspie Honsiu. Z Hiroszimy do Tokio w linii prostej jest prawie 700 km (samochodem dystans wydłuża się do 850 km) – tę trasę japoński supernowoczesny pociąg pokonuje w 5 godzin. Klimatyzacja, sterylna czystość, grzeczne, śliczne, maleńkie stewardesy. Wyznaczony na bilecie sektor i numer drzwi to dokładnie to miejsce, w którym zatrzyma się dany wagon. Idealnie. Co do milimetra. Równa, ustawiona pod linijkę kolejka pasażerów wejdzie gęsiego, wcześniej wypuszczając wszystkich wysiadających. Żadnych przepychanek, szturchańców, czy słynnego pan tu nie stał. W podróży nosy w książkach, gazetach, a jeszcze częściej – zawieszone nad ekranami elektronicznych gadżetów. Cisza. Nowoczesność. Jakość. Technologia.
Malgaszom, mieszkańcom Magadaskaru, takie cuda się nawet nie śniły.


O pociągu z Fianarantsoa do Manakary wiadomo tyle, że przyjedzie kiedy przyjedzie i dojedzie, kiedy dojedzie. Nieistniejący rozkład jazdy zakłada, że jednego dnia pociąg pokonuje drogę w tą, a kolejnego w tamtą stronę, z tym, że ostatnio przez dwa miesiące nie jeździł wcale, dopóki nie naprawiono szkód po błotnych osuwiskach wysoko w górach. Kolej zbudowana w latach 1927-36 połączyła górskie wioski z wybrzeżem Oceanu Indyjskiego, rozwinęła i usprawniła handel, z małej, rybackiej Manakary powstało duże, portowe miasto, zaczęły kursować banany, orzeszki ziemne, goździki, wanilia i herbata. Porządne niemieckie tory z 1893 przywieźli Francuzi po I wojnie światowej. Zbudowano 163 kilometry trasy, schodzącej z 1100 m n.p.m na 4 m n.p.m. przez 67 tuneli, 48 mostów i liczne wioski (niektóre połączone ze światem tylko tymi niemieckimi szynami), które pokonuje się w czasie określanym jako „od siedmiu do siedemnastu godzin”. Na każdej z piętnastu stacji mijanych po drodze kwitnie handel, a asortyment zmienia się wraz z wysokością – obtargane dzieci o wielkich, smutnych oczach sprzedają ręcznie robione z kawałków liści kartki pocztowe, orzeszki ziemne, gotowane rzeczne raki, ananasy, litchi, mango, jackfruits, pieprz, banany, wodę i piwo nieudolnie udające zimne napoje (w wielu wioskach nie ma elektryczności, czyli brak tu lodówek). Jest jeszcze coś, co czyni podróż do Manakary zupełnie niezwykłą i niepowtarzalną… wystarczy dać maszyniście napiwek, ustalony z góry na kwotę 5000 ariarów od osoby (2,5 $) by od jednej do drugiej stacji przejechać na pomoście na samym czole lokomotywy. Pociąg skrzypi, zgrzyta na zakrętach, turkocze, buja, pędzi z zawrotną szybkością 30 km/h przez tropikalny gąszcz, kilkusetmetrowe tunele, góry porośnięte gęstą, parującą roślinnością, nogi dyndają swobodnie nad wielkimi reflektorami, błękitne ważki w ostatnim momencie unikają czołowego zderzenia, wiatr pieści nagrzaną słońcem skórę, oczy chłoną przestrzenie, wolność dławi w gardle. Przed stacją końcową tory przecinają jeszcze pas startowy na lokalnym lotnisku.
Jest też pociąg – legenda. Słynna Transsibirskaja Żeleznodorożnaja Magistral (Транссибир- ская железнодорожная магистраль) – marzenie każdego włóczykija i miłośnika podróży koleją.

 

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Pierwsze godziny podróży to próba zorgani- zowania życia na kilkadziesiąt kolejnych godzin na mikroprzestrzeni – na początku wydaje się, że nie sposób pomieścić bagaże, siatki z prowiantem i samych siebie, ale po jakimś czasie wszystko i wszyscy znajdują swoje miejsce. W korytarzu już wrze kipiatok – czas na pierwszą herbatę, ewentualnie chińską zupkę instant. W podróży czas jest względny – jeden w pociągu, ten moskiewski, którego wszyscy się trzymają, nie zważając na to, o której robi się ciemno, a o której dnieje, czas pokazywany przez zegary na wszystkich stacjach oraz ten drugi – czas na zewnątrz pociągu, czas w mijanych wioskach i brzozowych, jesiennych zagajnikach, który zmienia się co kilkaset kilometrów, dotrzymując tempa słońcu. Drugiego dnia wszyscy czują się jak u siebie w domu. Gramy w karty, czytamy książki, gadamy. Pociąg miarowo toczy się po torach. Brzozy, brzozy, rozsypująca się wioska, brzozy, rozsypująca się fabryka, brzozy, trochę iglaków, skrawek przestrzeni, brzozy… ktoś musiał celowo posadzić je w równym rzędzie wzdłuż torów by zasłoniły podróżnym widok – nie tak dawno nawet widoki były przecież zakazane… Na stacjach pełno wychudzonych psów, a nie widać jednak żadnych babuszek.  W końcu, w Barabińsku, pojawiają się na peronie! Sprzedają wędzone ryby z okolicznych jezior, bliny z twarogiem, pielmieni, gotowane ziemniaki na gorąco, zawinięte we wczorajszą gazetę i foliowy worek, wareniki, twarogowe racuchy, żurawinę i sosnowe orzeszki. Wysiedliśmy w Irkucku,  w sercu Syberii o 23:47 czasu moskiewskiego. W rzeczywistości była prawie piąta rano. Przejechaliśmy 5135 km. Koleją transsyberyjską mogłabym jechać w nieskończoność, ale niestety, nawet Rosja, jak każda podróż, gdzieś się kończy.

2014_tajlandiaKaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.