Niepodległa! – Poleciałem! Pogadałem! Załatwiłem!

Niepodległa! Celebrating Poland’s centenary of regaining independence and Canadian Forces College 10th National Security Programme Graduation

Członkostwo Polski w NATO to nie tylko polityczne gwarancje suwerenności czy militarne zabezpieczenie bytu politycznego państwa “na wypadek”. To przede wszystkim codzienny proces modernizacji Polskich Sił Zbrojnych, aby dostosować je do najnowocześniejszych standardów i wzorów systemów obronnych na świecie. Wśród tych procesów jednym z najważniejszych jest szkolenie. Wojsko musi się ciągle szkolić. Nawyki ratują życie ludzi wysyłanych, jak szachowe pionki, na linie lub pozycje. Ale prawdziwe wyzwanie to wyszkolenie oficerów każdego stopnia, zwłaszcza wyższych, odpowiedzialnych za dowodzenie. Tradycyjnie, to oficerowie prowadzą swoich ludzi, analizują sytuacje i wydają polecenia.
Oficerowie współczesnej armii muszą ogarniać wszelkie aspekty pola walki. A współczesne ‘pole walki’ to nie tylko bezpośrednie linie styku nieprzyjacielskich sił, ale też całe zaplecze frontu. To materialne, złożone z ‘sił i środków’, ale także przestrzeń elektroniczna, ‘virtualna’, komunikacja. Nie na darmo dzisiejsi wojskowi planiści operują owymi kryptonimami z wielokrotnościami “C” – Command, Control, Communication. Komunikacja jest w tych wszelkich układach kluczowa. Zwłaszcza zaś komu- nikacja ludzi. I to nie w samym momencie konfliktu, lecz na co dzień.
Taki był ton bardzo osobistej wypowiedzi jednego z tegorocznych ‘kursantów’ Canadian Forces College, Pana pułkownika Piotra Adamskiego. Polski oficer, wytypowany z uwagi na swoje zdolności i przyszłe obowiązki, spędził 11 miesięcy na szkoleniu, razem z oficerami innych państw sojuszniczych. Jak sam podkreślił, “interoperacyjność” jest kluczem wszelkich szkoleń sojuszniczych. Ludzie muszą się rozumieć, ludzie muszą się znać i sobie ufać. Kontakty służbowe przeradzają się w osobiste relacje. One zaś budują trwałe związki sojusznicze na podstawowym poziomie – ludzkim.
Dzięki inicjatywie Konsula Generalnego RP, Pana Krzysztofa Grzelczyka, teren Konsulatu gościł tegorocznych absolwentów kursu dla wyższych oficerów CFC oraz ich kadrę nauczycielską. Opadający lekko w stronę jeziora Ontario trawnik zdominowały kolorowe mundury rozmaitych formacji kanadyjskich i sojuszniczych rodzajów broni. Czerń RCNavy i błękit RCAF; galowe, białe kubraki wojskowej orkiestry Royal Regiment of Canada, karmazyn dyrygenta, tradycyjne kilty i berety kobziarzy Toronto Scotish Regiment.
Oficjalni mówcy, płk. Tim Arsenault, Canadian Army, płk. Phil Borders, US Army oraz sumujący uroczystość Komendant CFC, brygadier Kevin Cotton, poza osobistymi wspomnieniami i refleksjami, oddali hołd obecnym na uroczystości przedstawicielom polskich kombatantów. Warto to podkreślić! Starsi, siwi mężczyźni, o dumnych sylwetkach, kawalerowie najwyższych odznaczeń bojowych Polski, Kanady, UK czy Stanów Zjednoczonych, byli najlepszą widownią “promocji” owych młodych oficerów. Ci zaś, którzy zdobywali swoje bojowe doświadczenie w Afganistanie i Iraku, patrzyli z podziwem i szacunkiem na tych, którzy przebyli szlak bojowy Sojuszników w trakcie WW2, od bitwy o Anglię po pola Normandii. W trakcie przemówień okazało się, iż żadnemu kanadyjskiemu oficerowi nie jest obcy fakt, iż w składzie 1. Armii Kanadyjskiej gen Harry Crear’a, jej 2. Korpusu (pod wodzą najbardziej utalentowanego kanadyjskiego oficera Drugiej Wojny, Gen. Guya Simmonds’a), walczyli żołnierze gen. Maczka.
Płk. Arsenault wręcz podkreślił, komentując historyczny rys polsko-kanadyjskiego braterstwa broni, przedstawiony przez Pana Konsula Grzelczyka, że było swoistym zrządzeniem losu, iż jedyny franko-kanadyjski oddział, rekrutowany z Qubecu, który walczył w WW2 – 4. Grupa Artylerii Średniej, była organicznie przydzielona do polskich pancerniaków i przebyła z nimi całą frontową drogę, od sławnej bitwy pod Falaise-Chambois, w sierpniu 1944, aż do Wilhelmshaven. (historycy dodają, iż polskim oficerom, uczonym w domu francuskiego raczej niż angielskiego, komunikacja z frankofońskimi Kanadyjczykami było a niebo łatwiejsza, niż z “Angolami”).
Miło jest słyszeć, zwłaszcza dziś, kiedy brutalnie przepisuje się historię, że Kanada pamięta!Inaczej niż wynajęte, internetowe i medialne, polskie i EUropejskie trolle!

Poleciałem! Pogadałem! Załatwiłem!

Tak może skomentować swoje singapurskie spotkanie z dyktatorem KRLD, Kim Jong Un’em Prezydent Trump. Człowiek odsądzany od czci i wiary, wyszydzany przez tanich komików i tępawych dziennikarzy, popapranych intelektualistów oraz przegranych polityków, zmienia polityczną mapę świata. Ot tak, czasem przez brutalne, twitterowe ‘zajawki’, czasem przez poufną dyplomację lub indywidualną inicjatywę.
Czy Donald Trump rozwiąże nierozwiązany od 65 lat – “nierozwiązywalny” wedle ‘ekspertów’ CNN, Politico czy TVN! – problem Korei?
Styl dyplomacji Trumpa nie ma nic wspólnego z ‘grą’ w szachy czy szermierką idei. Przypomina raczej sztukę walki na ciężkie młoty bojowe. Kiedy patrzymy na zdjęcia przyjaźnie uśmiechniętego miliardera poklepującego po ramieniu bezwzględnego dyktatora Kima, mamy w pamięci całkiem niedawną wymianę ‚twittów’, w których obaj przywódcy obiecywali sobie “furię i zniszczenie”. Koreańskie rakiety wznosiły się majestatycznie w niebo, zmierzając ku odległym brzegom wrogów ludu pracującego Korei. Trump był gotowy do uderzenia prewencyjnego, które zamieniłoby w pustynię większość północy Półwyspu.
A teraz mamy porozumienie co do konieczności wypracowania porozumienia. I to jest na dziś sensacja (choć wypracowanie szczegółów owej “mapy pokoju” zabierze zapewne lata.). I sukces dyplomacji Trumpa!

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.