Nie moje małpy…

Mój ojciec zawsze twierdził, że miejsce psa jest w budzie. Po rybkach, papugach, chomikach, patyczakach, szczurach, żółwiach, szynszyli, śwince morskiej i kilku kotach repertuar nam się jednak wyczerpał i doprosiliśmy się psa.
Miał być mały, z krótką sierścią i musieliśmy obiecać, że mama nie będzie musiała z nim wychodzić. Ojciec pojechał do Nowego Sącza i przywiózł mieszankę labradora i owczarka francuskiego, która okazała się suką. Dostała imię Furia, a mama, gdy wszyscy wyprowadziliśmy się z domu, do końca dni psiego żywota zamiatała z kątów kłaki i wieczorami wyprowadzała ją na spacer po osiedlu. W niezauważalnym gołym okiem międzyczasie wiele się zmieniło. Miejscem psa stała się torebka Prady, ludzie podróżują przez morza i oceany z kotami w klatkach i fretkami na ramieniu, a polski biznesmen z Głogowa Małopolskiego, Leszek Bielenda, od kilku lat hoduje w swoim ogrodzie lwa. Legalnie. Wystarczyło zarejestrować działalność gospodarczą, jaką jest cyrk. DSC_0745
Zawsze marzyła mi się mała małpka. Taka, jaką miała Frida Kahlo. Albo taka, jakie widzieliśmy w peruwiańskiej Amazonii niedaleko Iquitos w rescue centre; spryciule kradnące z bocznych kieszeni plecaka papierosy i zapalniczki. W małpiej ochronce mieszkał też leniwiec, tukan, olbrzymie ary, węże i jedna zupełnie nieprzeciętna papuga, która ponoć umiała śpiewać Ave Maryja, tego dnia jednak postanowiła zamknąć się w sobie i nie pisnęła ani słówka. Obserwacja życia selwy to nieustanne zadziwienie jak  niewiele jesteśmy w stanie dostrzec. Dziura w ziemi wcale nie wygląda jak ślad jaguara, dzikiej świni czy jelenia, DSC_1070wąski ślad ciągniętej jakby po glinie gałęzi nijak nie przypomina śladu pancernika, nigdy nie wpadlibyśmy na pomysł, że we wnętrzu zupełnie niepozornych pnączy może płynąć pitna DSC_0706woda, że nocne ryki to wołania małp i że one gdzieś w krzakach naprawdę siedzą, choć tak trudno nam je dostrzec. Lokalni przewodnicy wychwytują każdy ruch, każdy szelest, potrafią odnaleźć ukryte w liściach iguany, leniwce i ptaki, a nocą schwytać kajmana gołymi rękami. Oczy kajmanów błyszczą złowrogo z zatopionych w ciemności brzegów amazońskich rzek, gdy zaświecić w nie latarką. IMG_0347a
Lemura zapragnęłam natychmiast. Lemury są zupełnie niezwykłe. Endemiczne dla Madagaskaru i Komorów, występują w prawie stu gatunkach. Żyją w lasach, w parkach narodowych i miejscach takich, jak położony godzinę drogi od Tany, Park Lemurów, założonym na początku XXI wieku przez francusko-japońską organizację dobroczynną. W parku, na powierzchni 4 hektarów, między rzeką stanowiącą naturalną barierę, a murem, którego przeskakiwać nie ma powodu, żyje dziewięć gatunków lemurów. Wsuwają liście, skaczą po drzewach, nie boją się zupełnie ludzi. Karmione cztery razy dziennie smakowitą mieszanką owoców tropikalnych i warzyw nie czują potrzeby opuszczania terenu parku, choć  przecież nikt im tego nie zabrania. Najbardziej pocieszne są tańczące lemury (veDSC_0652arreaux’s sifaka), które faktycznie potrafią odprawić piękny pokaz tańca w pogoni za michą papai. W Parkach Narodowych na terenie wyspy dostrzec je już trochę trudniej – chowają się wysoko w koronach drzew, nie znają ludzi ani pór karmienia.
Natura zawsze ciągnęła mnie raczej w stronę lasu. Lepiej orientuję się w gatunkach drzew niż w sezonowych wyprzedażach szpilek. Najgłębiej w pamięć zapadają mi miejsca, których człowiek nie zdążył posiąść, zawładnąć i zniszczyć. Takie, jak Galapagos z całą masą gigantycznych żółwi, prehistorycznych jaszczurów i lwów morskich, gdzie czas zatrzymał się dawno temu, uwięziony w lawowych formacjach. Takie, jak zimowa Alaska, gdzie bladym świtem DSCN0160zobaczyć można kroczącego majestatycznie główną ulicą Fairbanks łosia. W Kanadzie nie widziałam łosia jeszcze nigdy, ale kiedyś, zupełnym przypadkiem na Przełęczy Bow w Górach Skalistych Alberty, spotkaliśmy mamę Grizzly z dwoma małymi. Przeszła, oglądając się raz po raz za siebie, wzdłuż jeziora, przez ulicę, kilkadziesiąt metrów od naszego autokaru i zniknęła w wysokich krzakach po drugiej stronie drogi. Innym razem, późną wiosną, jadąc z Calgary do Vancouver naliczyliśmy w ciągu siedmiu dni jedenaście czarnych, wyliniałych po zimie, niedźwiedzi, pochłoniętych wsuwaniem świeżej trawy w przydrożnych rowach.
Trzeba umieć chłonąć otoczenie, słuchać i cierpliwie czekać, by dostrzec inne stworzenia. Można godzinami obserwować mrówcze peregrynacje, mozolne przenoszenie sosnowych szpilek i skrawków liści. Moża w ciągu kilku dni oswoić chipmunka na tyle, by jadł z ręki pestki słonecznika.  Postawić wodę na herbatę, gdy kuka kukułka, bo to zapowiedź czyichś rychłych odwiedzin. Kukułki ostrzegają cały las o nadejściu człowieka. Kiedy byłam mała panicznie bałam się rysi. Szczególnie zimą, kiedy z tatą przedzieraliśmy się przez zasypany śniegiem las do naszej górskiej chatki. Każdy szelest nad głową, trzask gałęzi, osypujący się cicho puch sprawiał, że oczami wyobraźni widziałam Jego – wielkiego kota drapieżnika – chowającego się gdzieś w świerkowej gęstwinie, gotowego do skoku. Jeśli rysie atakują ludzi, to w zimie kiedy są głodne – mówił tata – z drzewa dają susa wprost na kark, wbijają zęby w szyję i dlatego górale zawsze idąc do lasu po drzewo zakładają kożuchy z grubym kołnierzem . Nie wiem skąd się wzięły te historie… w Polsce (według danych sprzed dwóch lat) żyje 285 rysi, w Beskidzie Sądeckim nie ma ich wcale. Może chodziło tylko o to, żeby posłusznie nosić szalik i opatulać się szczelnie przed zimnem. Tej samej zimy tata nauczył mnie jednak innej, bardziej istotnej rzeczy – że największe niebezpieczeństwo w lesie grozi nam ze strony innych ludzi, a nie dzikich zwierząt. Borsuki, łanie, jelenie i lisy uciekną spłoszone hałasem, gwałtownym ruchem, nie zatrzyma ich najnowsza nuta Dolce & Gabbana.  W innych miejscach jest podobnie – w afrykańskim Parku Serengeti stado lwów nie czeka przy drodze, gotowe na sesję fotograficzną, jaką przecież ostatnio opublikowano w National Geographic, a Australię można przejechać nie spotkawszy ani jednego kangura. Obok cierpliwości i morza czasu trzeba mieć też trochę szczęścia.  Chyba nigdy jeszcze tak niecierpliwie nie czekałam na wiosnę. I na swoją pierwszą, prawdziwą wyprawę canoe w kanadyjską dzikość.

 Kaja Cyganik

Ps. Jędrzej dojechał do Albuquerque. Pociągiem z Buffalo. Na granicy w Niagara Falls nie było żadnych niespodzianek. Podróż i tak trwała dwa i pół dnia.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.