Moja Kanczendzunga – Pięć skarbów pod Wielkim Śniegiem (2)

Tydzień temu wydrukowaliśmy pierwszą część opowieści naszej koleżanki Agaty Kusznirewicz o wyprawie pod trzecią co do wysokości górę świata. Dziś kontynuacja czyli tam i z powrotem.
Trasa prowadząca nas na południową stronę góry okazuje się dość męcząca, szczególnie kiedy w ciągu jednego dnia przechodzimy przez dwie przełęcze, a później mamy ostre zejście w dół, które trwa kilka godzin. W taki dzień szczególnie cierpią nasze kolana, które doznają tak mocnego obciążenia, że przestają boleć dopiero trzy tygodnie po powrocie do domu.

Pod południową stronę Kanczendzungi dochodzimy w słoneczne popołudnie, ale ta strona nie robi już na nas takiego wrażenia, jest bardziej schowana, mniej dramatyczna i nie tak zjawiskowa jak północa jej część. To podejście nie meczy nas tak bardzo jak północne, a więc jest czas na rozmowy i tańce z naszymi tragarzami i przewodnikiem. Dużo śmiechu, bo góry wywołują w człowieku niczym nie ograniczoną radość z życia. Nie chce nam się opuszczać tego miejsca, bo wiemy, że gdy zaczniemy wracać, góry będziemy mieć już tylko za plecami.
Powrót do Tapeljung zajmuje nam kilka dni. Jesteśmy już zmęczone, przejścia od jednej bazy noclegowej do kolejnej zajmują nam wiele godzin. Przed wyjazdem w Himalaje nie bardzo rozumiałam teorię, że łatwiej jest wchodzić pod górę niż schodzić, bardzo szybko przekonałam się, że ja też jednak wolę iść pod górę.
Kolana mamy już bardzo przeciążone, organizmy wyjałowione, a ciała zmęczone. Adrenalina, która przez wiele dni burzyła się w naszych organizmach pomału się uspokaja, zobaczyłyśmy wszystko co chciałyśmy zobaczyć, doszłyśmy tam gdzie sobie zaplanowałyśmy, teraz już tylko powrót. Z dnia na dzień robi się coraz cieplej, a jedyną myślą jaka nam w tej chwili towarzyszy, to chęć wymycia się w ciepłej wodzie. Niestety każdego dnia, do schroniska przychodzimy tak późno, że o żadnym myciu nie ma mowy. W końcu docieramy do pewnej wioski na tyle wcześnie, że jest czas na zagrzanie wody i wyszorowanie spoconych ciał. Kolejny dzień to już tylko marsz w dół, bardzo trudny, bo idziemy po śliskich kamieniach, poprzedniej nocy padał deszcz i trasa robi się niebezpieczna.

W pewnym momencie nasza koleżanka upada, ślizgając się na kamieniach i wybija sobie kolano. Kolejne godziny schodzenia z gór, to dla niej bardzo duże wyzwanie. Na szczęście pojawia się możliwość przejechania końcowych kilometrów trasy samochodem. Oczywiście chętnie z tego korzystamy, tym bardziej, że Justyna, choć bardzo dzielna, zaczyna upadek odczuwac coraz dotkliwiej. Na auto, które ma nas zabrać do Tapeljung czekamy w nepalskim stylu, czyli jesteśmy umówieni na konkretną godzinę, ale kiedy kierowca po nas przyjedzie wie tylko on sam. Czekamy, czekamy… i czekamy.
Wyruszamy późnym popołudniem, a po pierwszych 200 metrach jazdy już wiemy, że czekanie było najfajniejszą rzeczą jaką robiłyśmy tego dnia. Trasa przejazdu okazuje się pokonywaniem gór w samochodzie. Nigdy wcześniej nie bałam się jazdy samochodem tak bardzo, jak wtedy. Z jednej strony urwiska, z drugiej ściana gór, a pod kołami skały i błoto. Na szczęście szybko zapada zmrok i po ciemku droga jest łatwiejsza do przyjęcia.
Bezpiecznie docieramy do hotelu w Taplejung, stamtąd już tylko 10 godzin jazdy jeepem i lot do Katmandu.
Do stolicy Nepalu przybywamy po popołudniu, na wieczór mamy zaplanowane spotkanie z uroczymi Austarlijczykami, których poznałyśmy wysoko w górach.
Kolejnego dnia zwiedzamy Wielką Stupę, a wieczorem rozpoczynamy długi powrót do domu. 5 godzin lotu do Hong Kongu, 15 godzin w Hong Kongu i tyle samo godzin lotu do Toronto.
Około tygodnia zajmuje nam powrót do normalnego życia, z górami tylko we wspomnieniach i na zdjęciach.
Ze szczególną wdzięcznością rozpamiętujemy naszego przewodnika Utara i tragarzy, gdyby nie oni nasza wyprawa nie byłaby taka urocza.

To Utar codziennie około 6 rano przynosił nam do pokoju kawę, a później grzał wodę, żebyśmy mogły z przyjemnością wstać i wymyć zęby. Dzięki tym mężczyznom każde przejście przez chybotliwe, drewniane mosty było bezpieczniejsze. Warto dodać, że panowie, do wysokości 3500 m.n.p.m chodzli po górach w plastkiowych klapakch z naszymi bagażami na plecach.
To dzięki Utarowi – naszemu przewodnikowi, góry oswajałyśmy codziennie z wielkim smakiem, a jego optymizmem, uśmiechem i radością życia nie sposób było się nie zarazić. Właściwie nie było sprawy, prośby, która była dla niego nie do spełnienia. Dzięki niemu przez 3 tygodnie czułyśmy się jak górskie księżniczki otoczone troską do granic możliwości.
Góry to nie tylko głowa i droga jak mówią niektórzy, to również ludzie, z którymi się tę drogę pokonuje i ludzie, których na tej drodze się spotyka. My w drodze na północną stronę Kanczendzungi spotkałyśmy głównie mężczyzn, był emeryt – maratończyk z Afryki Południowej, który chodził tak szybko po górach, że jego organizm nie dawał rady przyzwyczajać się do zmian wysokości. Co jakiś czas ocierałyśmy się o roześmianych Austarlijczyków – wujka i bratanka, którzy od razu tarktowali nas jak starych, dobrych kumpli. A niemalże pod samą Kanczendzungą spotkałyśmy kolejnego mieszkańca Australii, młodego człowieka, który po Himalajach chodził sam, bez przewodnika, z małym plecakim i GPS-em w ręce, w krótkich spodenkch. Ciekawy chłopak, który życie postanowił spędzić w drodze.
Dojście pod północną ścianę to ciężki szlak, więc ludzi niewiele, zupełnie inaczej wygląda droga wiodąca do południowej strony Kanczendzungi, tam tłumy turystów. Była grupa Franuzów, którzy zajęli wszystkie miejsca w schronisku i my wylądowałyśmy w namiocie, później natrafiłyśmy na grupę rozkrzy- czanych Włochów, którym zaginął tragarz, ale szczęśliwie się odnalazł, byli Niemcy, którzy biwakowali na szlaku tak doskonale przygotowani do wyprawy, że mieli nawet specjalny namiot imitujący ubikację. Piechurów wielu, a wszyscy mili, sympatyczni, ze zmęczeniem na twarzy i serdecznością w sercu.
Góry to również wielka samotność. Nikt nie wciągnie Cię pod górę, nikt za Ciebie nie przejdzie szlaku, nikt nie będzie walczyć z Twoim zmęczenim za Ciebie. Góry to dobra samotność, która pozwala oczyścić myśli, wyrzucić niepotrzebne śmieci, które od dawna gnieżdżą się w zakamarkach głowy. Góry uczą wdzięczności i zachwytu, że świat jest taki piękny, a my możemy być jego częścią. Często zapominamy, że wszystko mamy za nic, świat dostaliśmy od życia, niestety coraz rzadziej dostrzegamy jego piękno. Musimy sią nauczyć zachowywać na nowo, na nowo dostrzegać piękno drugiego człowieka i wierzyć w to, że większa część ludzi jest po naszej stronie, a nie przeciwko nam. Musimy nauczyć się na nowo dostrzegać jakimi jesteśmy szczęściarzami, że mamy to co mamy – dar życia.
Agata Kusznirewicz

zdjęcia Justyna Skawińska

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.