MERRY – GO – ROUND

Kiedy zaczynało się lato i kończyły się lekcje, na nasze wielkie, betonowe osiedle przyjeżdżało czeskie wesołe miasteczko. Rozkładali się na łące koło szkoły, tam gdzie potem wybudowano kolejny blok mieszkalny i kilka sklepów.

Naszą ulubioną karuzelą były „łańcuchy” – nieważkość, wolność, pęd, kołysanie, a my jak podniebne ptaki, wydziobujące rodzicom z kieszeni drobne na plastikowe żetony. Taka Kaśka z naszej klasy miała tatę budowlańca, który jeździł na karuzela:lancuchykontrakty do Austrii. Kaśka go zawsze odwiedzała w Wiedniu w czasie wakacji, a potem z nowym rokiem szkolnym katowała naszą wyobraźnię bajecznymi opowieściami o Praterze. Każdy z nas marzył o wesołym miasteczku z prawdziwego, zachodniego zdarzenia, o rollercosterach, zawrotach głowy, lodach waniliowych i  tej chwilowej, jakże energetyzującej radości, płynącej z beztroski, która wpisana jest w wirowy ruch każdej karuzeli świata. Po maturze pojechałam do Wiednia do koleżanki mojej mamy. Nie mogłam darować sobie tego Prateru. Jeździłam na wszystkich najbardziej odlotowych maszynach – młotach, spodkach, młyńskich kołach, rollercosterach i łańcuchach też. Tak długo i intensywnie, aż mój żołądek ze stali skapitulował.

Kilka lat wcześniej, będąc jako czternastolatka w Quebec City na festiwalu folklorystycznym ze szkolnym zespołem ludowym, trafiłam zupełnie przypadkiem do pierwszego w życiu parku wodnego. Lądowaliśmy wtedy w Montrealu i z samolotu widać było błękitne oczka przydomowych basenów. Mieszkaliśmy wtedy u kanadyjskich rodzin, co było szeroko praktykowane przez zespoły folklorystyczne w ramach wymiany kulturowej i oszczędności kosztów pobytu. Modliłyśmy się w duchu z moją przyjaciółką Baśką, żeby nasza rodzina miała basen. Nie miała. Mieszkali w dwurodzinnym domu, na piętrze, z trójką dzieci sporo od nas młodszych. Kiedy ostatniego dnia (czas wolny od koncertów, parad i zwiedzania) nasza quebecka mama zapytała co chcemy robić, zgodnie odpowiedziałyśmy, że bardzo chciałybyśmy pójść na basen. Nie zabrała nas do sąsiadów. Zabrała nas do Village Vacances Valcartier. Nie widziałam czegoś takiego nigdy przedtem, bo i gdzie? Był 1994, czeskie wesołe miasteczka przyjeżdżały coraz rzadziej na nasze osiedle, o parkach wodnych nikomu się jeszcze w Krakowie nie śniło. To był bez wątpienia jeden z najbardziej radosnych, szalonych dni w moim nastoletnim życiu. Dziwna miłość do parków rozrywki została mi zresztą do dziś. Wizja przejażdżki na karuzeli czy pędu wodną rurą – ślizgawką wywołuje u mnie euforię i dziecięcy zachwyt.

Byłam ostatnio w Marineland, ze znajomymi, którzy z trójką dzieciaków przyjechali z Warren w Michigan nad Niagarę. karuzela:bieluchaNie popieram tresowania zwierząt dla uciech gawiedzi, ale przyznam, że delfiny tańczyły pięknie, foki robiły świetne sztuczki, a białuchy (beluga whale) roztopić potrafią najbardziej niewzruszone serca. Nie rozumiem za bardzo co mają niedźwiedzie, bawoły i renifery do oceanicznych przestworzy, za to Sky Screamer, Dragon Mountain i Wave Swinger wywołały u mnie typowy atak małpiego rozumu i kiedy znajomi pojechali oglądać wodospad – ja zostałam by jeszcze przez godzinkę poszaleć na karuzelach.  Jakby nie było – jest lato. Wakacje. Truskawki. Dużo słońca. Dobrze przez moment znów poczuć się jak dziecko.  W parkach rozrywki jest zawsze dużo dorosłych – niby to zabawa dla dzieci, ale wielu rodziców z nieukrywaną radością korzysta z takiego alibi. Universal Studio na Florydzie zrobił na mnie wrażenie z gatunku tych kolosalnych. Trafiłam tam w idealnym momencie, bo kilka miesięcy wcześniej oddano do użytku Hogwart – replikę zamku-szkoły z książek o Harrym Potterze. Współczesna technika potrafi cuda i starszej daty atrakcje, takie jak „Twister” czy „Mummy” zupełnie tracą powab… i adrenalinę. W Hogwarcie wszystko magiczne i realistyczne zarazem – unoszące się pod sufitem świece, gadające obrazy, przemawiający kapelusz i hologramy głównych bohaterów. Sama przejażdżka oparta na efektach 3D, to dziki lot na miotle, gra w  quidditch i nieodparte wrażenie, że jest się bohaterem filmu. Tego lata Universal otwiera kolejną czarodziejską atrakcję – Hogwart Express odjeżdżający z peronu 9 ¾ .

W podobnie euforyczny stan wprowadza mnie jazda na rowerze. Im trudniejszy teren, im więcej błota i ukrytych pułapek – tym lepiej. Najbardziej ekstremalny zjazd, który udało nam się wykonać to boliwijska Droga Śmierci. O drodze, oddanej do użytku w latach 30. ubiegłego wieku, przez lata wiedzieli tylko lokalni kierowcy ciężarówek i to oni pokonywali 64 km i 3600 m przewyższenia z przełęczy La Cumbre (4700m npm) do Coroico (1100m npm), potem ktoś okrzyknął ją „najbardziej niebezpieczną drogą świata” i natychmiast wszyscy poszukiwacze przygód i adrenaliny zapragnęli ją pokonać. Dziś ruch tranzytowy przebiega alternatywną, asfaltową, bezpieczną trasą –

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Droga Śmierci stała się Mekką offroadowych rowerzystów. W La Paz niemal wszystkie agencje turystyczne mają w ofercie jednodniowe zjazdy Drogą Śmierci. Większość dysponuje świetnym sprzętem – rowery są regularnie sprawdzane i amortyzowane. My w zeszłym roku w ten sposób uczciliśmy czterdziestkę Pawła.  Droga faktycznie robi kolosalne wrażenie – w wielu miejscach brak tu asfaltu i barierek zabezpieczających,  a urwiska mają głębokość do 600 metrów. Strome góry, przepaście, nachylenie terenu powodują, że po przebyciu całego dystansu najbardziej bolą… ręce – od hamowania i pełnej kontroli nad kierownicą. Kiedy jeździły tędy samochody ginęło średnio 200 osób rocznie (według niektórych źródeł nawet 300). Podobno w ciągu ostatnich piętnastu lat co najmniej 18 rowerzystów spadło w przepaść, tyle, że o takich przypadkach nie informują mass media, więc trudno tak naprawdę powiedzieć ile śmierci czyha na boliwijskiej drodze.

Tymczasem jeżdżę przez lipcowe winiarnie, wzdłuż kanału Welland, czasem do Niagara-On-The-Lake na poranną kawę. Ruch sprawia, że pełniej odczuwam fakt istnienia. Wiatr we włosach, słodki zapach koniczyny, zające czmychające w krzaki z rowerowej ścieżki. Może i zimy mamy paskudne, tutejsze lato jednak nie ma sobie równych.

Kaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.