Maroko – Kolorowy zawrót głowy

Wychodząc rano z domu w codzienne życie, staram się choć na chwilę przystanąć, posłuchać jak budzi się świat. W tej przelotnej chwili między domem a samochodem patrzę w niebo. Przez wiekszą część roku jest to niestety wpatrywanie się w czarną otchłań o poranku, ale i tak niebo niezmiennie mnie zachwyca.
Nadszedł oczekiwany przez wszystkich maj i ten cudny czas w roku, kiedy już o piątej nad ranem zaczyna świtać, a niebo wita dzień rozmazanym błękitem. W tym czasie nie sposób nie zauważyć kolorów. Tylko w maju natura ma tak inetnsywną barwę zieleni i błękitu. Trawa jeszcze nie zmęczyła się słońcem, skwarem i upałami, a niebo urzeka lazurowym sklepieniem. Do tego dochodzą kwitnące forsycje, magnolie, azalie, niezpominajki, za chwilę zakwitnie bez, kasztany i akacje – ileż barw, jakaż różnorodność.
Jednak mi z całego tego wiosennego piękna najbardziej podoba się niebo. Widzę olbrzymią przestrzeń bez granic.
Wpatruje się w ten błękit i przypominją mi się zdjęcia Justyny z Szefszawan, czyli niebieskiego miasta w Maroko.

Dzwonię do mojej przyjaciółki z prośbą o opowieść o tym kraju, które ma do zaoferowania tak olbrzymią paletę barw, że na pewno każdy znajdzie tu swój ulubionny kolor.
Jak to zwykle z Justynką bywa, decyzja wyjazdu do Maroko zapadła dość spontanicze. Od słowa do czynu minęło parę tygodni, i zanim koleżanka porządnie pochyliła się nad mapą tego muzułmańskiego królestwa już chodziła po rynku w Marakeszu.
Ten wyjazd, to było pierwsze Justyny spotkanie z krajem muzułmańskim, a więc i szok kulturowy. Tu po raz pierwszy zobaczyła, że codzienność da się rozdzielić gruba kreską na pół . W jednej przestrzeni rozgrywane są dwa światy. Jeden męski i drugi stworzony przez mężczyzn, dla kobiet. W Maraku kobiety czesto wybierają jeden, jednolity kolor swoich strojów. Ten podział czasami jest bardzo widoczny. I tak w rejonie Atlasu spotkać można kobiety ubrane na czarno, z bardzo mocnym makijażem, zaś w innym rejonie panie ubrane są na biało. Jednak nie jest to sztywny podział na rejony, bo Maroko powoli się zmienia. To kraj przenikania się tradycji i nowoczesności. Pomimo wprowadzenia tu reform Maroko wciąż pozostaje krajem, gdzie pozycja kobiety kształtowana jest głównie przez jej najbliższe otoczenie, czyli przez rodzinę, religię oraz miejsce zamieszkania. Na marokańskiej ulicy można spotkać kobiety zarówno w hidżabach, burkach, jak i ubrane w dopasowane ciuchy, niezasłaniające głowy i twarzy. Maroko często nazywane jest – Wrotami Afryki. Tu łączą się i współistnieją światy Berberów, Arabów, Żydów, Europejczyków. Ta mieszanka kulturowa tworzy niepowtarzalny klimat i nadaje charakteru każdej przestrzeni. Z tym krajem oczywiście kojarzą się hipnotyzujące nazwy – Casablanca, Marakesz, Sahara, Fèz.
Mnie ciągnie do Marakeszu, bo to chyba najbardziej erotyczna nazwa miasta jaką znam, która kojarzy się ze zmysłowością, dusznymi nocami i… opium. Może, ja za dużo książek czytam i od razu mam jakieś takie literackie sytuacje w głowie.
Jednak podróż mojej przyjaciółki rozpoczyna się nie w Marakeszu, a w najbardziej filmowym mieście Maroka, czyli w Casablance. I choć film rozgrywa się w tym pięknym kurorcie, to żadna scena kultowego obrazu z 1942 roku pt. „Casablanca” nie była kręcona w tym mieście. Oczywiście znajdziemy tu Rick’s Café, która dzisiaj znajduje się w jednym z hoteli blisko centrum. Jednak od czasu powstania filmu kawiarnia była wielokrotnie przenoszona.

Casablnaca jest jednym z największych miast w Maroku. Znajduję się tu „tron na wodzie” czyli meczet Hassana II – największy minaret świata. Jest to jedna z niewielu budowli sakralnych w Maroku, do których wpuszczane są osoby niewierzące.
Maroko to państwo olbrzymich skrajności, gdzie z jednej strony znajdziemy okazałe budowle, bogactwo i przepych, z drugiej zaś slamsy i nędzę. Szczególnie widać to w Casablance, która zachwyca luksusowymi hotelami i portowymi restauracjami, a z boku miasta rozciagają się olbrzymie slamsy. Casablanca jest bardziej kurortem nad oceanem niż miejscem ciekawym do zwiedzania i jak mówi moja koleżanka, wcale nie zachwyca i raczej ma niewiele cech charakteryzujących Maroko, które zobaczyła w dalszej części swojej wyprawy.
Z Casablanki grupa wycieczkowa samochodem przejechała do Marakeszu, który szybko opuszcza, bowiem Justynę ciągnie na Saharę.
Spoglądam na zdjęcia z pustyni i nie mogę nadziwić się barwom piasku, głębi kolorów. Przestrzeń nasycona jest tu błękitem i czerwieniom.

Sahara w Maroku jest magiczna, mieni się różnymi kolorami piasku, jest twarda i miękka zarazem. Piasek przesypuje się z wydmy na wydmę. Krajobraz wydaje się przez wiele kilometrów niezmienny. Obraz zobaczony w jednej chwili za moment się zmienia. Piaszczyste pagórki z minuty na minutę stają sie płaskie, natomiast wgłębienia są zasypywane, by za chwilę ponownie stworzyć kolejną wydmę. Piasek miarowo przetacza się przez kopyta człapiących powoli wielbłądów. Wydmy ciągną się po horyzont, są żółte albo pomarańczowe, czasami wpadają w czerwień. Właśnie zachodzi słońce, a wraz z nim zmieniają się kolory. Słynna złota godzina całemu piaskowi daje złoty, miękki kolor. Przez pustynne piaski grupa powołana na tę wyprawę, sunie mozolnie przez trzy dni. Wszyscy są szczelnie opatuleni turbanami i niezliczoną ilościa materiału, gdyż pustynny piasek jest bezlitosny i wdziera się wszędzie. Bez odpowiednio zawiązanego turbanu turysta na pustyni poległby marnie.

W czasie tej wędrówki przez moment pada deszcz, wtedy pustynia zmienia się jak zaczarowna. Stopy zalamuja się ciekawie pod mokrym piaskiem, tworzac niesamowitą mozajkę wzorow. I choć wydaje się, że Sahara to pustynny bezkres, niespodziewanie na horyzoncie pojawiają się oazy, zielone miejsca z dostępem do świeżej wody. Sahara ogromnie fascynuje Justynkę, co widać po zdjęciach, które wciągają jak pustynny piasek. Fotografie oczarowuja magią czerwonego piasku, ale mnie ciągnie do Marakeszu.
Chciałabym usłyszeć historię, że to miasto wciąga jak narkotyk, że wszystko to za czym teskni się wieczorem, spełnia się w tym mieście, że można się tam zatracić bez pamieci i zapomnieć, że jest coś poza Marakeszem. To ta nazwa działa na mnie magicznie. Marakesz, na nazwa brzmi jak początek pięknej przygody.
Niestety to miasto, zdaniem mojej koleżanki nie zapiera dechu w piersi. Nie jest ani bajeczne ani zjawiskowe. Oczywiście jest cała masa pokretnych, starych, kolorowych uliczek, gdzie na każdym rogu można napić się tradycyjnej markońskiej herabaty, lub posłuchac opowieści lokalnego bajarza, jednak miasto nie zachwyca.

A jednak przecież to geograficzny środek kraju, miejsce styku kultur arabskiej i afrykańskiej, baza dla karawan przemierzających Saharę. To w Marakeszu znajdziemy kilka pałaców z czasów wielkich dynastii władających ludem marokańskim . A w przewodnikach możemy przeczytać, że to zadziwiające miejsce kontrastów, gdzie współczesność przenika się z historią i tradycją, historia miesza się legendą, a zabawa i muzyka z głosem muezina nawołującego do modlitwy.
Ciągne Justynkę za język, pytam, chcę, żeby opowiadała o tym miejscu, bo jednak czuję podświadomie, że jest coś co hipnotzuje turystów.
Oczywiście jest to Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna) plac, który w ciagu dnia urzeka barwami tkanin, ozdób i przypraw. To tutaj zobaczymy fakirów, zaklinaczy węży i kuglarzy. Jednak to miejsce zaczyna czarowac dopiero o zmierzchu, kiedy swoje grille wynoszą kucharze, a z każdego zakątka targu roznoszą się zapachy tradycyjnych potraw. Pomimo tej kaskady woni to nie jedzenie, a muzyka jest tutaj najważniejsza. Bicie bębnów, zawodzący śpiew i jazgot ludzi otumaniają turystów jak opium. Atmosfera zbliżającej się nocy, lawina dźwięków i przelewający się tłum ludzi sprawiają, że można poczuć się jak w zupełnie innym świecie.
Kolejnym baśniowym miastem, do którego zagląda grupa wycieczkowa to Fès. To drugieco do wielkosci miasto Maroka. Fès pełne jest młodych ludzi, warto dodać, że to właśnie tutaj znajduje się najstarszy uniwersytet na świecie.
Miasto szczyci się aż dwoma starożytnymi medynami – starymi dzielnicami, z których największą jest Fes el Bali. To jeden z największych obszarów zurbanizowanych bez ruchu samochodowego na świecie. Dzieki temu, że w mieście znajduję się ponad 9000 krętych, wąskich uliczek, gdzie światło wpada tylko przez wąskie szpary, daje to szansę na robienie przepięknych zdjęć. Justynka oczywiście czuje się w Fes jak w raju, robiąc tak dużo zdjęć, że wybranie paru fotografii na bloga zbiera jej tydzień.
W mieście kryją się skarby islamskiej architektury i historii. Ale niestety trzeba ich długo szukać w miejskim labiryncie. Islamska architektura uspokaja, łagodnie łacząc się ze skomplikowanymi mozaikami.
Turystom szukających silnych wrażeń Justyna poleca wizytę w tardycyjnej markońskiej garbarni, gdzie proces produkcji nie zmienił się od wieków, a zawód przechodzi z ojca na syna. Zapach garbowanych skór znosny jest tylko dla ludzi o słabo wyostrzonym węchu.

Uciekamy więc z tego śmierdzącego lecz bardzo malowniczego miejsca do miasta niebieskiego jak niebo.
Szefszawan -tu wszystko jest niebieskie. Niebieskie są domy i ulice, okiennice i drzwi wejściowe. Na niebiesko pomalowane są ściany wewnątrz domów i schody. Nie można jednak powiedzieć, że jest to jeden i ten sam kolor.Odcieni błękitu znajdziemy tu setki. Niebieskie budynki cechuje także specyficzna falistość linii, która bierze się z niezliczonej ilości warstw gipsu i farb nakładanych w kolejnych latach.

Intensywnośc koloru sprawia, że ludzie po pewnym czasie też wydają się niebiescy. I choć olbrzymie nagromadzenie blekitu na dłużej jest męczące, to oczywiście dla wprawnego oka fotgrafa jest to olbrzymia uczta.
No a skoro do uczty doszliśmy, pytam moją przyjaciółkę o samki, które zapamietała najbardziej. O potrawy,które zostały jej w pamięci. Okazuje się, że w Maroku króluje kuskus, który podawany jest w przeróżnych kombinacjach, najczęściej z baraninom i jarzynami. Jest oczywiście też i tadżin, przygotowywany na wiele sposobów i zaspokajające najróżniejsze gusta kulinarne potrawy z wołowiny, jagnięciny lub ryby, z warzywami, migdałami, rodzynkami, doprawianej imbirem, miodem, szafranem…
Nie wiem jak Wy, ale ja idę coś zjeść. Może chleb z białym serem i pomidorami, żeby jakośc uprościć te kulinarna histerię na koniec wycieczki do Maroko. Rano znowu spojrzę w niebo, może zobaczę błękit Szafszawan, może wschód słońca okaże się tak piękny, że pozwolę sobie na tą krótka chwilę śmiałych marzeń, kiedy wydaje się, że wszystko jest możliwe – przynajmiej o poranku.
Agata Kusznirewicz
zdjęcia Justyna Skawińska

https://justynaagata.blogspot.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.