Lokomotywa Trumpa?

„We should be unfaithful to ourselves if we should ever lose sight of the danger to our liberties if anything partial or extraneous should infect the purity of our free, fair, virtuous, and independent elections.”           

— John Adams, 1797

Lokomotywa Trumpa?

 „Now we’re winning, winning, winning the country, and soon the country is going to start winning, winning, winning!”
– Donald Trump (after Nevada cacus‘ results)

America, what a place! Prawdziwa Republika, bliska ideałowi prawnej równowagi sił w państwie, autorstwa Monteskiusza, choć już nie filozoficznej refleksji o ludzkiej naturze Platona.
8769753-donald-trump-900-554Kto z naszych Czytelników potrafi wymienić, alfabetycznie albo też w kolejności, w jakiej „they have joined the Union”, wszystkie 50 stanów USA, zachęcam do sprawdzianu. Okazja jest ku temu znakomita, co kilka dni bowiem dostajemy informacje z kolejnych ‚cacuses‘ – czyli stanowych, partyjnych wyborów kandydata na kandydata, na Urząd Prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Here goes Nevada!
Donald Trump, jak owa legendarna lokomotywa pod pełną parą, owa niesamowita maszyna 2-10-2, zmiótł był właśnie opozycję w walce o nominację Republikanów do wyścigu o Biały Dom w “śnieżnym” z hiszpańskiej nazwy, stanie. Tak przynajmniej opisuje starcie republikańskich pretendentów konserwatywny “Patriot Post”. W samej rzeczy, prawie 46 procent, słownie – czterdzieści sześć! – robi wrażenie. Obaj latynoscy pretendenci oscylują na poziomie dwudziestu %, nawet razem nie zagrażając Trumpowi. Jakieś pytania z Południa, które powinno wszak popatrzeć życzliwie na ‘kubańskich’ kandydatów – choćby tego syna “a Cuban bartender” – jak zachwala się jeden pretendent.
Co dalej? Republikański establishment, czyli te same elity, które od tylu lat nie potrafiły wystawić wiarygodnego kandydata przeciwko paradzie demokratycznych osobliwości – po rezygnacji Jeb’a Busha – są w kropce. Donald Trump zaczyna zdobywać przewagę swoją, może populistyczną, ale bardzo wpasowaną w obecną sytuację wielu Amerykanów, narracją. Klasa średnia jest zawsze i wszędzie podstawą demokracji. Bogaci bowiem rządzą się sami (często prostym zakupem demokratycznie wybranych reprezentantów ludu!), a biedni nie chcą jakiejś tam księżycowej demokracji, opisywanej przez jajogłowych “intelektualistów” na państwowych posadach, tylko darmowego rozdawnictwa – zboża, wina, oliwek i igrzysk. Lwy czy teczki, co za różnica.
Amerykańska klasa średnia potrzebuje wsparcia, na nią bowiem spadają skutki rozmaitych kryzysów. Donald Trump samym tonem swojej kampanii spełnia ludowe marzenie o tym, że w polityce, jak w widowisku –  ma się dziać. Jest patriotą, i to zawsze się sprawdza, bo Amerykanie kochają Amerykę bezwarunkowo. To nie żabojady czy inne “europejczyki” sprzedające duszę za brukselskie posady czy mrzonki.
“I believe in America!”
A poza tym, przeciętny Amerykanin, który przędzie cienko, żyje w sklejkach, z trudem spłaca mortgage i martwi się o rachunki za college dla dzieci i lekarza, a robi w pracy za dwóch – chciałby, żeby tym na górze, co do których wiemy, że są na górze i tam pozostaną, no matter, what; ktoś, choćby jeden z nich samych, “dokopał”.
Senator Bernie Sanders, powszechnie szanowany i godny szacunku za swoją klarowną postawę, chce “tych na górze” zmusić do innych zachowań, do zachowań solidarystycznych z resztą społeczeństwa, do bardziej sprawiedliwego rozdziału dochodu narodowego największej gospodarki świata.  Niestety dla syna żydowskiego emigranta z Limanowej, jego demokratyczny ‘elektorat’ czuje, że to niewykonalne. Piękne, owszem – ten bunt wobec wszechmocy Wall Street. Zapewne Bernie Sanders, z uwagi choćby na rodzinne doświadczenia i uwarunkowania, potrafi celnie rozpoznać bolączki Republiki Amerykańskiej. Czy jednak porwie demokratów, zakochanych w Obamie i przekonanych, że “teraz” prezydentem ma być kobieta?
A Donald Trump? On się “nie pęka!!!” Mówi to, co myśli…. wielu Amerykanów. A ich opinie o świecie zewnętrznym, o Chinach czy Meksykanach są dalekie od tego, czego oczekuje od ‘liberalnego elektoratu’ elita uniwersytecka z Wschodniego Wybrzeża. Tak, ta “illiberal democracy” – którą tropią w Polsce lub na Węgrzech i uwielbiają opisywać uniwersyteccy profesorowie na dożywotnich kontraktach (którzy w życiu nie zrozumieją człowieka pracy, który właśnie w czterdziestym roku życia stracił robotę) – podniosła głowę w Ameryce. I głosuje na Trumpa. Pytanie, czy całą, I czy rzeczywiście “na” Trumpa, czy “przeciw” temu, co widzi dookoła siebie.
Kiedy słyszę lub czytam o “illiberal democracy”, tej straszliwej hydrze gotowej otwierać mityczne “Polish concentration camps” dla imigrantów i innowierców – przychodzi mi na myśl inny, popularny w swoim czasie, i równie gorąco propagowany przez amerykańskich profesorów ze sławnych uniwersytetów, termin – “demokracja socjalistyczna”. Ludowy dowcip określał tę intelektualną konstrukcję marksistów, przywołując różnicę między krzesłem i krzesłem elektrycznym!
Gwarantuję szanownym Czytelnikom, z doświadczenia, iż polska mądrość ludowa w niczym nie ustępuje, a czasem przewyższa ową wiedzę amerykańskich profesorów, którzy przy okazji, nadal wierzą, iż centralne planowanie z komputerami byłoby dla USSR wydajne, Miedwiediew w głębi duszy jest demokratą, no i nie ma już śniegu na Kilimandżaro!

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.