Leśnie dzieci

W  Dublinie była jesień. Ciepła i pastelowa. Przyjechałam w ciemno z moim kumplem Marianem (tak naprawdę Jarosław mu było, dopiero potem stał się Mańkiem) szukać pracy i szczęścia.
Nie, że nam tego kiedykolwiek w Polsce wcześniej brakowało. Trafił się jakiś taki dzień sierpniowy i nadwiślany, mocniej powiał wiatr zmiany i postanowiliśmy wyruszyć w nieznane. Kiedy na ekrany kin wszedł film w reżyserii Seana Penn’a „Into the Wild” (którego tytuł niefortunnie przetłumaczono  jako „Wszystko za życie”), nie pracowaliśmy już „na szmacie” w szpitalu – Maniek dostał fuchę w stadninie koni,  a ja przyjęłam rolę pokojówki w niewielkim B&B w Ballsbridge. Siedzieliśmy w kinie z zapartym tchem, a w naszych, żądnych przygód i wyprawy w nieznane, umysłach z chrzęstem obracały się tryby wyobraźni.  W czapce schowaliśmy butelkę shiraza Jacob’s Creek i ukradkiem raczyliśmy się nim podczas seansu. Wyszliśmy w dżdżystą, dublińską noc z mocnym postanowieniem – my też tak kiedyś uciekniemy. into-the-wildZłapiemy stopa, przejedziemy Stany, poznamy mnóstwo dziwaków, popracujemy tu i tam, a potem znikniemy gdzieś między skarlałymi świerkami i słuch o nas zaginie. Wiadomo było, że kart kredytowych ciąć nie będziemy, bo jak tu niszczyć coś, czego się nie ma, że nikt z nas nie będzie miał siły zastrzelić łosia i że musimy wystrzegać się trujących jagód. Nigdy doniknąd nie uciekliśmy, ja i ten Marian. Życie nas szybko wyprostowało, odrębne nurty poniosły nas za inne horyzonty.

Natknęłam się potem na jakąś miażdżącą recenzję filmu, który dla nas szybko stał się kultowy. Krytyk zarzucał historii miałkość, bohaterowi naiwność, a reżyserowi skłonność do idealizowania. Może i miał rację – może wyprawa na miarę Christophera McCandless’a, prawdziwa ucieczka od współczesnego świata, cywilizacji, materializmu i praw rządzących życiem w społeczeństwie stoi dziś na granicy cudu. Im głębiej w rejony dzikie i słabo zaludnione dociera prąd, coca-cola i kleenex, tym bardziej mitycznie brzmią mi w uszach słowa „Society” –  jednej z piosenek Eddiego Veddera  będącej muzyczną ilustracją wspomnianej filmowej opowieści. Historia jednak była prawdziwa, nawet jeśli wyidealizowana. Ciało Chrisa znaleźli traperzy. A autobus nadal stoi, gdzie stał. Zdarzają się tacy, którzy wędrują dwa dni przez pustkowia i przeprawiają się przez rwącą rzekę tylko po to by go zobaczyć na własne oczy.

Lato zawsze zabiera mnie w różne podróże sentymentalne. Pomimo tego, że lwia część życia upłynęła mi w dużych miastach – nigdy nie czułam się królową betonowej dżungli. Natura raczej ciągnęła mnie w stronę lasu. Lepiej orientuję się w gatunkach drzew niż w sezonowych wyprzedażach szpilek. Choćby takie wyprawy na grzyby – dla wielu zjawisko niepojęte. Tylko prawdziwy grzybiarz wie ile niepokoju wzniecić może zapach buczyny, z jakim napięciem i oczekiwaniem przeczesuje się wzrokiem kępki traw, borówkowych krzewów, mchy i kupki igliwia. I w końcu – jakie to uczucie, gdy kolejny zbrązowiały niby-liść okazuje się kapeluszem czerwonego kozaka albo, co lepsze, prawdziwka! Kiedy byłam mała zbieracze wyprawy na grzybach nigdy się nie kończyły – chodziliśmy do lasu po jeżyny, borówki, drzewo na opał, po zioła. OLYMPUS DIGITAL CAMERA Parchowatka.. OLYMPUS DIGITAL CAMERA Parchopwatka :.:.:Potem schły pod powałą naszej górskiej chatki naręcza dziurawca, krwawnika, mięty i macierzanki (wybierając się po którą należało pamiętać o nożyczkach – macierzanka ma bardzo mocne gałązki i wyrywa się wraz z korzeniami, łatwiej ją uciąć przy samej ziemi). Nie było lepszej herbaty niż tamta – ziół, słońca, halnego wiatru i beztroski pełna. W górach nie było prądu, gazu ani bieżącej wody. Były czytane przy świecach na dobranoc legendy śląskich górników, schnące na sznurach między jesionami pranie, zabawy w Indian, podchody, wypasanie krów z wiejskimi dziećmi i wieczorne ogniska. Towarzystwa też nie brakowało – każdego roku zjeżdżali do nas znajomi rodziców z namiotami, psami i dziećmi w różnym wieku. Nikt nie miał iPadów, komórek i laptopów. Idea interentu nie istniała w naszych umysłach. Główną atrakcją były wieczorne słuchowiska radiowe nadawane przez Program Pierwszy Polskiego Radia – jedyny, który odbierało nasze radio Major na płaską baterię. Do zabawy wystarczał duży, płaski kamień, dwa kije różnych gabarytów, płaski kawałek hali i dobra drużyna – całymi dniami potrafiliśmy grać w pliszki, grę przypominającą trochę palanta a trochę baseball, która nieraz kończyła się siniakami i rozciętą skórą na głowie.  Dziś pewnie zapobiegliwi rodzice przyciśnięci społeczną presją kazaliby nam grać w kaskach ☺. Zazwyczaj schodziliśmy do miasta z ostatnim redykiem, kiedy przekwitały wrzosy – to tam, w Beskidzie Sądeckim był nad dom, nasz azyl, nasz raj na ziemi. I to tamtą drewnianą chatkę widzę, gdy myślę „dom”. Takich wakacji  nie przeżyje się na żadnej Kubie i Arubie.

Za dzikość i Naturę najbardziej lubię Kanadę. Wstyd się przyznać – w ciągu sześciu ostatnich lat, które upłynęły mi po tej stronie oceanu nigdy nie było czasu ani okazji na wyprawę canoe do chociażby Algonquin… Marzy mi się Nowa Fundlandia i Labrador. Wciąż marzy mi się własna wersja „into the wild”. Na szczęście nie trzeba jechać daleko, by rozbić namiot we względnie bezludnym miejscu nad jeziorem, rozpalić ogień, wyskoczyć na kurki, a nocą leżąc w mokrej trawie w milczeniu obserwować wygwieżdżone niebo.

Podczas ostatniego weekendowego wypadu na nie tak daleką północ,  wybrałam się na poranny spacer do lasu. Maszerując wąską ścieżką i odganiając się od natarczywej chmary komarów doszłam do wniosku, że w życiu to jednak nigdy nie jest tak, jak w filmie. W kinie nikogo nie gryzą czarne muszki, nie obłażą czerwone mrówki, komary nie piłują przestrzeni za uszami, a droga nie kończy się groźnym napisem „Private property. NO Terrespassing”.  Takich efektów specjalnych multiplexy jeszcze nie opanowały.  A i tak jakoś smutno było z lasu wracać. Musiałyśmy zostawić naszego prawie oswojonego chimpmunka, który zjadał nam z ręki ziarenka słonecznika.

REKLAMA_argentyna_kolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com
 

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.