Lenistwo, czyli wymarzony sposób spędzania rodzinnych wakacji

Większość z nas, wyłączywszy oczywiście pracoholików, z niecierpliwością czeka na rozpoczęcie urlopu. Tęsknimy za słodkim lenistwem trwajacym dwa lub nawet więcej tygodni. Jednak urlop może również oznaczać stres związany ze zmianą trybu życia.
Jeśli nasza praca jest stresująca na co dzień (a która taka nie jest…), może się zdarzyć, że odchorujemy to w czasie wolnym.
Mobilizując się każdego dnia, gdy tylko nasz osłabiony organizm poczuje, że już może pozwolić sobie na chwilę słabości – reaguje chorobą.
Czas przygotowaniawakacje-Widok-2
Spokojne spędzenie urlopu wymaga odpowiednich przygotowań. I nie chodzi tu wcale o dobry wybór oferty biura podróży. Tuż przed datą nadejścia upragnionej wolności, staramy się dopiąć sprawy zawodowe na ostatni guzik, spodziewając się, że w trakcie naszej nieobecności wszystko runie. Po tak intensywnej pracy w ostatnich dniach, trudno nam „wyhamować” prędkość i odprężyć się całkowicie podczas wakacji.
Życie na pełnych obrotach tuż przed urlopem, powoduje, że dopiero w drugim tygodniu naszego pobytu poza biurem naprawdę zaczynamy wypoczywać. Marnujemy tym sposobem całe 7 dni naszego cennego czasu.
Możemy temu zapobiec poprzez zwolnienie nieco tempa w ostatnich dniach pracy.
Warto również uwierzyć, że mimo naszej absencji koledzy i koleżanki, którzy nas zastępują, poradzą sobie z obowiązkami doskonale.
Kolejną wskazówką na dobre spędzenie urlopu jest nie rozpoczynanie niczego nowego w pracy tydzień przed wyjazdem. Zamiast tego, skupmy się na dokończeniu tego, co już rozpoczęte.
Kontakt z firmą
Dbanie o dobry wypoczynek nie kończy się jednak wraz z naszym wyjazdem. Wielu z nas nie może się oprzeć pokusie zabrania pracy ze sobą, niekoniecznie dosłownie – w postaci pliku dokumentów do przejrzenia, ale również w postaci komórki służbowej czy laptopa. Choć pozornie wydaje się to godne potępienia jako pierwsze objawy pracoholizmu, czasami takie postępowanie może mieć swoje dobre strony.
Zdobycze najnowszej techniki powodują, że możemy być w kontakcie z pracą niezależnie od odległości. Bycie dostępnym 24 godziny na dobę skutecznie utrudnia nam relaks podczas wolnego czasu, ponieważ tak naprawdę go wówczas nie mamy. Im dalej wyjedziemy od naszego miejsca zamieszkania, tym bardziej (choćby symbolicznie) oddalimy się od biura i stresów z nim związanych.
Również długi okres urlopu zwiększa szan- sę nie myślenia o pracy.
Zmiana trybu życia
Najlepszy sposób na wypoczynek to zmiana stylu życia o 180 stopni, czyli:
• jeśli masz w pracy ciągły kontakt z ludźmi – ogranicz go maksymalnie podczas urlopu;
• masz pracę siedzącą – spróbuj spędzić urlop aktywnie;
• twój kalendarz jest zawsze pełen spotkań i terminów – nie planuj urlopu, wypełniając go kolejnymi wycieczkami, spędzaj czas spontanicznie.
Ale tak naprawdę jedyny nakaz, jakiego bezwzględnie powinieneś przestrzegać to:
• rób to, co sprawia ci przyjemność.
Powrót do pracy
Po udanym spędzeniu wakacji czeka nas powrót do pracy, który często wywołuje stres i uczucie lęku. Z pewnością nie pomożemy sobie go przełamać, snując ponure wizje wstawania przez kolejne 11 długich miesięcy o godzinie 6.00. Co więc zrobić, aby to przejście przebiegło jak najbardziej bezboleśnie?
Podstawową trudnością po powrocie do uregulowanego dnia powszedniego jest zmieniony rytm doby. Aby uniknąć tych negatywnych skutków urlopu, należy się starać zmienić rozkład dnia pod koniec wakacji, tak aby przystawał bardziej do naszego zwykłego trybu życia. W innym przypadku, nasz organizm przyswoi sobie nowe porządki dopiero w okolicach czwartku pierwszego tygodnia pracy.
Pamiętaj o tych wszystkich wskazówkach a z pewnością powrócisz z urlopu wypoczęty, zadowolony i pełen energii.

•••
Zanim urodziło nam się dziecko razem z żoną powtarzaliśmy, że jesteśmy podróżnika- mi, a nie turystami. Nienawidziliśmy wszystkiego, co łączyło się z biurami podróży i z zasady unikaliśmy hoteli, zatrzymując się w pensjonatach lub kwaterach prywatnych. Ale gdy tylko pojawiło się dziecko nasze pojęcie o idealnych wakacjach przeszło drastyczną przemianę. Nie jestem pewien, jak to się stało. Nawet teraz wstydzę się przyznać, jak szybko zrezygnowaliśmy z wyznawanych wcześniej zasad podróży. Pamiętam, jak dwie zimy temu siedziałem w salonie w znoszonej bluzie pachnącej odrobinę dziecięcymi wymiocinami i wpatrywałem się tęsknie w zdjęcia z katalogów biur podróży, które kiedyś przyprawiłyby nas o ból głowy. Natarczywość, z jaką przyciągnęły nas miejsca, w których zasadniczo nie robisz nic oprócz wygrzewania się na słońcu, była prawie namacalna. Byliśmy zdeterminowani, by poczuć trochę ciepła na skórze i dlatego polecieliśmy z naszym 3-miesięcznym synem Holtem na Florydę. To był nasz pierwszy wyjazd z małym i byliśmy – mówiąc wprost – przerażeni.
Jak się potem okazało weekend w Clearwater Beach był jednym z najlepszych w naszym życiu, być może także dlatego, że zbiegł się w czasie z kolejnym skokiem rozwojowym Holta. Można to było zobaczyć w jego oczach. Mrugał, jakby chciał powiedzieć: „Hmmm, więc tutaj jestem. OK, jakoś sobie z tym poradzę”. Część mnie czuła się nieswojo, że mój syn staje się coraz bardziej świadomy otaczającego go świata na brzegu basenu otoczony otyłymi, spalonymi słońcem Amerykanami, ale – hej, mały, świat to nie tylko przyjemności.
Zatrzymaliśmy się w ośrodku Sheraton Sand Key Resort nad Zatoką Meksykańską. Jak przyjęło się w tego typu miejscach – nie robiliśmy praktycznie nic. Wsadzałem Holta do fantazyjnie zapiętej chusty i co jakiś czas przenosiłem z plaży na basen i z powrotem. Kiedy zabierała go mama, desperacko chciałem poczuć się jak dorosły, nawet jeśli miało trwać to tylko godzinę. Dziwne, że dorosłość równała się wtedy zabraniu o trzy ręczniki za dużo, przepchaniu się do leżaka i sączenia zdecydowanie za drogiej pina colady, wpatrując się w tę samą stronę książki przez 20 minut. I wiecie co? Było świetnie.
Dopiero w retrospekcji uderzyła mnie myśl – dlaczego poddanie się lenistwu stało się podstawowym sposobem spędzania rodzinnych wakacji? Cześć winy można złożyć na barki bólów rodzicielstwa, kiedy przestajesz być panem swojego czasu – dziecku udaje się wprowadzić specjalny rodzaj relatywizmu, zakrzywiać czas do dyktatu otworów własnego ciała. Młodzi rodzice zaświadczą, że mechaniczność codzienności jest tak wyczerpująca, że zaczynasz marzyć o tym, by choć przez pięć minut móc nic nie robić.
„Niewidzialne” dzieci
Wydaje mi się jednak, że chodzi jeszcze o coś – coś bardziej fundamentalnego niż nieuchronne znużenie nieustannym radzeniem sobie z płynami wydostającymi się z małego człowieka. Uważam, że winę za to, iż rodzice z całego kraju uciekają do tego typu ośrodków, ponosi po części państwo, które nie dostrzega, że dzieci naprawdę istnieją.
Zanim się zdenerwujecie, wysłuchajcie mnie. Od czasu tych wspaniałych dni na plaży na Florydzie razem z rodziną przeprowadziliśmy się do Szkocji. W międzyczasie wiele podróżowaliśmy z Holtem. Przekroczyliśmy Atlantyk pięć razy; zabraliśmy go też (być może niezbyt rozsądnie) w rejs wzdłuż wybrzeża Norwegii. Po każdym z tych wyjazdów nabierałem lepszej perspektywy na problem tego, jak różne kraje traktują osoby  podróżujące z dziećmi.
W Wielkiej Brytanii przeznacza się znacznie więcej środków na dzieci niż w Stanach Zjednoczonych. To oczywiście generalizacja, ale z moich obserwacji wynika, że dla Szkotów rodzina jest zawsze na pierwszym miejscu. Odbija się to nie tylko na ogólnym podejściu Szkotów do pracy jako koniecznej, ale nie najistotniejszej części życia, ale także na poziomie prawnym, co można dostrzec w niesłychanie hojnym (i obowiązkowym) urlopie macierzyńskim i tacierzyńskim (52 tygodnie w Wielkiej Brytanii).
Wysokie krzesełko poszukiwane
Także infrastruktura przestrzeni publicznej bierze pod uwagę obecność dzieci. Na lotnisku w Edynburgu znajdziecie trzy „place zabaw”, dostatek wysokich krzesełek dla najmłodszych i stanowiska przeznaczone dla rodzin. Możecie zamówić mleko dla dziecka, które zostanie wam dostarczone do hali odlotów. Jest nawet osobny przytulny pokój przeznaczony dla karmiących mam.
Porównajcie to z doświadczeniami w Stanach Zjednoczonych. Na lotnisku w Newark nie ma takiego pomieszczenia. Po wytrwałych poszukiwaniach ustaliliśmy, że na cały Terminal C jest tylko jedno wysokie krzesełko. Taszcząc je przez lotnisko wyglądaliśmy jak rodzina Beduinów. Szukasz pomysłu na lukratywny biznes? Wypożyczaj wysokie krzesełka w amerykańskich restauracjach.
Ale nie chodzi tylko o braki infrastrukturalne: wożąc Holta po USA nieustannie napotykaliśmy spojrzenia w stylu „Naprawdę? Co wam wpadło do głowy, żeby To tu przywozić?”. Tak jakby ludzie w sekrecie chcieli, byśmy umieścili nasze dziecko w luku bagażowym, by nie przeszkadzało im w graniu w Candy Crush.
W czasie zeszłorocznych Świąt Bożego Narodzenia jechaliśmy zatłoczonym pociągiem do Waszyngtonu. Szukaliśmy, ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć stolika do przewijania niemowląt. Zapytaliśmy konduktora, a on wskazał nam toaletę dla niepełnosprawnych.
“Wydaje mi się, że tam powinno coś być” – powiedział. Nie było. Moja żona musiała przebrać Holta na wstrętnej podłodze toalety, podczas gdy kałuże niezidentyfikowanych sub- stancji niebezpiecznie zbliżały się do jego głowy w rytm kołysania pociągu.
W ciemnościach szkockiej pogody nadal marzę o wiecznym słońcu Florydy i jej dobrowolnych, nadmorskich, rodzinnych „zakładach karnych”. Ale odkąd przeprowadziliśmy się do Europy nie nawiedza mnie już ta desperacja, którą często odczuwaliśmy podróżując po Stanach Zjednoczonych z dzieckiem – to uczucie „proszę, zabierzcie mnie wreszcie do miejsca, w którym ludzie nie będą na mnie tak krzywo patrzeć”.
Każdy był kiedyś mały
Niedawno wzięliśmy Holta do National Museum of Scotland w Edynburgu. Była tam ogromna interaktywna „Galeria Marzeń” zaprojektowana wyłącznie z myślą o dzieciach. W kawiarni, w której można było zjeść przyniesione przez siebie jedzenie, były wysokie krzesełka dla dzieci, a na każdym piętrze toalety dla rodzin. Kiedy wychodziliśmy z muzeum jeden ze strażników powiedział nam, że gaworzenie Holta to najlepszy komentarz do wystaw, jaki udało mu się usłyszeć tego dnia.
Wychodziliśmy, czując, że tutaj przynależymy. W końcu jak mawiają Szkoci: „Każdy z nas był kiedyś malcem”.

Reif Larsen
/The New York Times

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.