Łagodząc obyczaje

Moja licealna przyjaciółka Ewa miała mieszkanie przy Krupówkach. W trzeciej klasie jeździłyśmy więc PKSem do Zakopanego na każdy długi weekend, żeby dorobić co nieco do kieszonkowego.
W sobotę rano szłyśmy w okolice Morskiego Oka (nocnego klubu, nie tatrzańskiego jeziora), siadałyśmy na krawężniku – ja z gitarą, którą dostałam od dziadka na czternaste urodziny, obowiązkowo w żarówiasto-pomarańczowym kapeluszu z ręcznikowej frotte i wyciągniętym swetrze, Ewka z litrowym garczkiem w kolorze mojego kapelusza – i wyśpiewywałyśmy rzewne kawałki Wolnej Grupy Bukowiny, Starego Dobrego Małżeństwa, piosenki znane z harcerstwa, wędrownych obozów, pełne tęsknoty, ogniskowego dymu, porannej mgły, butwiejących liści i wygwieżdżonego nieba. Przechodnie reagowali bardzo różnie, ale zazwyczaj zostawiali kilka groszy w pomarańczowym garczku. Wystarczało na bilet do wieczornej dyskoteki, piwo i powrotny bilet do Krakowa. Czasem dostawałyśmy bułki, jakieś batoniki, raz podhalański bezdomny zostawił nam worek mleka. Może i wyglądałyśmy na tym krawężniku jak siódme nieszczęście – jednocześnie pełnymi garściami czerpałyśmy satysfakcję i przyjemność z faktu, że oto jesteśmy ulicznymi muzykantami. Nie na Krupówkach zaczęły się jednak moje muzyczne popisy. Postanowiłam podbić branżę wiele lat wcześniej, kiedy mój Ojciec pracował jeszcze w rozgłośni Radia Kraków. W jakimś ważnym dniu (może był do Dzień Ojca, może Dzień Dziecka, a może jakiś zupełnie inny Dzień) wystąpiłam na żywo na radiowej antenie śpiewając a capella piosenkę o Białej Mewie, z której potem jakiś podwórkowy band zrobił szlagier disco-polo. Jako dzMy beautiful pictureiecko, jak to dziecko, nie posiadałam tzw. obciachu, śpiewałam więc chętnie, głośno i donośnie na wszystkich możliwych akademiach, występach, w jasełkach, przedstawieniach i konkursach. W zuchach, w harcerstwie, na koloniach i jeszcze nawet podczas wigilii grona pedagogicznego w pierwszej klasie liceum, kiedy to bez pardonu, góralską gwarą, zawodziłam w auli V LO im. Augusta Witkowskiego „Oj Maluśki, Maluśki”. Potem pojawiło się uczucie obciachu i na jakiś (przyznaję krótki) czas śpiewania publicznego zaniechałam. Z Krupówek, oczarowana folklorem i jękiem góralskich skrzypiec, trafiłam do Zespołu Pieśni i Tańca UJ „Słowianki”. ZaczęMy beautiful pictureło się cygańskie życie – autobus, akordeon, walizy wypakowane strojami, próby, partytury, koncerty, festiwale, doplatane warkocze, doklejane rzęsy, międzynarodowe, roztańczone, rozśpiewane, rozedrgane w upale letnich greckich, włoskich, węgierskich, belgijskich i słowackich nocy. Śpiewaliśmy, poza suitami polskimi, pieśni ukraińskie, rosyjskie, macedońskie, chorwackie, serbskie, słoweńskie, czeskie i słowackie, a we wszystkich tyle było tęsknoty i piękna i miłości. Potem były jakieś konkursy, nieporadne próby niepodparte niczyimi plecami – a to przegląd młodych talentów, a to Debiuty Opole – serie rozczarowań, przeplecione potrzebą metafory, głębi i podskórnej niezgody na płaskie, popowe brzmienia. Mimo stałej pracy i dziennych studiów na dziennikarstwie już wtedy życie moje było niekończącą się podróżą, sinusoidalną trajektorią przeprowadzek, opuszczanych wraz ze wschodem słońca knajp, połamanych obcasów i serc. Ojciec słuchał, patrzył, i w końcu dotrzymał danego kilka lat wcześniej słowa – wraz z kolegami muzykami napisał dla mnie recital. Zaczął właściwie, bo na drodze mu stanął nowotwór i z planowanych kilkunastu piosenek powstało tylko siedem. Tytuł mówił sam za siebie – Przeprowadzki. Nigdy mnie w tym recitalu nie usłyszał. Premiera odbyła się w pierwszą rocznicę jego śmierci w krakowskim Teatrze Groteska. Chwilę potem wyjechałam z Krakowa i na dobrych kilka lat słuch we mnie zaginął. Nastał czas Podróży, czas samolotów, walizek, zmieniających się, jak w szalonym kalejdoskopie, krajobrazów. Tłem tych wszystkich wypraw, wycieczek i wędrówek była zawsze muzyka – peruwiańskie El Condor Pasa, brazylijska samba, argentyńskie tango, karaibska salsa, meksykańskie gitary i trąbki, tajskie gongi, bębny i ksylofony, balijskie cymbały, mongolskie morin chuur, rosyjskie bałałajki i madagaskarskie grzechotki. Egzotyczne ptaki, nocna amazońska selwa, przeciągłe gwizdanie wichru na boliwijskim Altiplano i miażdżąca bębenki cisza andyjskich jaskiń. Muzyka sama w sobie zawsze była dla mnie podróżą. Podróżą w głąb siebie, w głąb słowa, a ostatnio – w głąb historii.

P1310412

Idea załoP1310387żenia ze_AD26536społu powstała w matematycznym umyśle Ilony Kowalik-Urbaniak kilka lat temu. Odchowała trochę dwójkę dzieci i zadzwoniła do mnie w czerwcu. Nie ukrywam – początkowo pomysł wydał mi się bardziej szalony niż realny. Spotkałyśmy się we trzy na sushi – Ilona, ja i Irmina Somers. I tak powstało Trio z Rio. Widać w każdym szaleństwie jest metoda – kilka dni później Maestro Andrzej Rozbicki zaproponował nam udział w jesiennej gali Warsaw Concerto, dedykowanej 70. rocznicy Powstania Warszawskiego. Zaczęła się nasza wspólna podróż. Sanitariuszki przejechały setki kilometrów (próby, próby, próby), przeszukały kilka butików, second-handów i szaf w poszukiwaniu odpowiednich strojów i rekwizytów, prześpiewały tony nut, prześmiały dziesiątki godzin, przegadały telefonicznie mnóstwo spraw, urodziły nowe pomysły i, ku zdumieniu i niedowierzaniu wielu, nawet się zaprzyjaźniły. I oto zbliża się cel. Pierwszy, na pewno nie ostatni. Wielka Gala tuż tuż. Przebieramy nogami w niebotycznych szpilach, wstajemy każdego ranka z powstańczą piosenką na ustach. Debiutujemy. Choć wszystkie trzy zdarłyśmy niejeden komplet strun głosowych na różnych scenach – pierwszy raz staniemy ramię w ramię i gardło w gardło. Czujemy się wyróżnione, zaszczycone i nie możemy się już doczekać!

_AD26393Ja batuta lewa

Living Arts Centre mieszcząca tysiąc dwieście osób, orkiestra symfoniczna, maestro dr Andrzej Rozbicki i wielkie, operowe głosy z Polski – Katarzyna Dondalska, Zbigniew Macias i Rafał Bartmiński. Dla mnie to także podróż bardzo osobista, sentymentalna, wręcz międzypokole- niowa. W połowie lipca napisałam w liście do mojej prawie dziewięćdziesięcioletniej babci o jesiennym koncercie. Odpisała mi opisując wydarzenie z 1946 roku, kiedy to rok po zakończeniu II wojny światowej, pod czujnym okiem ubeckiej cenzury, w odrapanej sali oławskiego kina Odra, wraz z zastępem harcerzy, w szaroburym mundurku, śpiewała „Marsz Mokotowa”. Sześćdziesiąt osiem lat później te same nuty, te same słowa zabrzmią po drugiej stronie oceanu.
Mówią, że od muzyki piękniejsza jest tylko cisza. Niech się więc stanie. Zapraszam w najbliższą sobotę na 19:30 do Living Arts Centre w Mississauga na Warsaw Concerto. Udowodnimy, że muzyka łagodzi obyczaje.

Kaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Kaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.