Kto wybiera Prezydenta USA?

„(…) All these advantages will happily combine in the plan devised by the convention; which is, that the people of each State shall choose a number of persons as electors, equal to the number of senators and representatives of such State in the national government, who shall assemble within the State, and vote for some fit person as President. (…)
The process of election affords a moral certainty, that the office of President will never fall to the lot of any man who is not in an eminent degree endowed with the requisite qualifications. Talents for low intrigue, and the little arts of popularity, may alone suffice to elevate a man to the first honors in a single State; but it will require other talents, and a different kind of merit, to establish him in the esteem and confidence of the whole Union, (…) for the distinguished office of President of the United States.

Alexander Hamilton, „The Mode of Electing the President“.
New York Packet, Friday, March 14, 1788.

Kto wybiera Prezydenta USA?

To pytanie może zaskoczyć naszych Czytelników, którzy obstrumpelectederwują sprawy amerykańskie z oddali. Jak to kto? Obywatele! I właśnie niedawno, 8 listopada, wybrali Donalda Trumpa. Czyż nie?
Tak, ale nie… bezpośrednio. Ojcowie założyciele Amerykańskiej Republiki świadomi byli zagrożeń, na jakie narażone jest młode państwo, nie mieli też złudzeń co do możliwego stanu umysłów wyborców. Powszechne wybory to znakomita okazja dla rozmaitych malwersantów, lub wrogich potęg, aby wpływać na ludzkie decyzje: demagogią, przekupstwem, pochlebstwem bądź strachem. Stąd wzięła się skomplikowana dla postronnego obserwatora, „stanowa” metoda wyłaniania głowy państwa i szefa rządu. Stany Zjednoczone, jak sama nazwa wskazuje, są państwem federalnym. Mamy zatem stanowe prawa jazdy, sądy, szkolnictwo, rządy, gubernatorów. I wybory władz federalnych odbywają się w oparciu o głos poszczególnych stanów. Każdy stan posiada zagwarantowaną liczbę senatorów, oraz proporcjonalną do liczby mieszkańców, liczby reprezentantów w izbie niższej Kongresu. Kiedy więc przychodzi do wyboru prezydenta, ich liczba staje się podstawą dla wyłonienia stanowych elektorów. Prezydentem USA zostaje nie ten kandydat/kandydatka, który otrzyma najwięcej głosów w skali kraju, lecz ten, który zapewni sobie odpowiednią liczbę elektorów. Może się zatem zdarzyć, iż pretendent wygrywający większość wszystkich głosów, a nawet mając za sobą większość stanów, może nie uzyskać magicznej liczby 270 głosów w Kolegium Elektorów.
Pomysł, iż do elektorów należy ostateczna decyzja, czy uznać wynik narodowego głosowania, datuje się od końca XVIII wieku, a jego autorem jest jeden z założycieli USA, Alexander Hamilton. Wielokrotnie proponowano zmianę tego systemu. I oto pod koniec 2016. roku, ci sami politycy, którzy uważają model elektorów za przestarzały, nagle oparli na nim swą ostatnią nadzieję na zatrzymanie Trumpa.
Argumentem elit, wzywających Kolegium Elektorów do odrzucenia głosu wyborców jest „troska o odpowiedni poziom moralny oraz kwalifikacje kandydata do najwyższego urzędu”.
wa-electorsLekceważony i znienawidzony przez liberalne elity Donald Trump zdobył 306 głosów elektorskich! Amerykańska elita (oraz ci, którzy w jej cieple chcą się odnaleźć), zatrzęsła się w posadach! Veto! Nie ma zgody! – krzyczeli celebryci oraz medialni „eksperci“, którzy zajęci swymi sondażowymi modelowaniami nie zauważyli dziesiątków milionów niezadowolonych ludzi, na których Waszyngton machnął ręką. Porażka boli – obrażonym na demokratyczny wybór obywateli większości stanów objawiła się myśl. Mamy zasadę Hamiltona! I nastąpił lament elit skierowany do elektorów. – „Wykonajcie swoje zadanie, wspomnijcie rady naszych Ojców Założycieli. Macie obowiązek wybrać osobę godną i kwalifikującą się do urzędu! Nie pozwólcie, aby jakieś (obce?) machinacje rządziły naszym krajem!!!” Aktor Martin Sheen, który chyba uważa się za byłego prezydenta (po roli w serialu „West Wing“), nakręcił specjalne wideo. Zdegustowany wyborem swych członków, establishment partii republikańskiej, zorganizowany pod hasłem #NeverTrump, także popierał ideę postawienia tamy ruchowi Trumpa w Kolegium Elektorów.
Na co liczyli do poniedziałku, 19 grudnia, przeciwnicy Trumpa? Na przekonanie 37 stanowych elektorów, aby machnęli ręką na wolę swych stanowych wyborców i oddali głos na kogoś innego. Byle kogo! Chodziło o obniżenie liczby głosów elektorskich poniżej magicznej granicy 270 głosów. Gdyby więc na Trumpa głosowało ich zaledwie 269, wtedy decyzję o wyborze prezydenta podejmowałaby Izba Reprezentantów. A tam establishment obu partii mógłby dokonać „cudu nad urną“!
„Cudu” nie było! Tradycja i szacunek dla woli wyborców zatriumfowały. Jedynie sześciu elektorów zdecydowało się na opcję „faithless electors“ Ironią losu, czworo z nich (ze stanu Waszyngton) nie zagłosowało na… Hilary Clinton, lecz na republikanina, Collina Powella!
19 grudnia 2016 roku, na mocy decyzji Kolegium Elektorów, Donald J. Trump został wybrany 45. Prezydentem USA. Ale dopiero 20 stycznia zostanie zaprzysiężony. Do tego czasu establishment może marzyć o jakimś zrządzeniu losu, które zmieni bieg historii.

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.