Kręgi na wodzie

      Nie tak dawno temu, podczas jakiejś rozmowy o gwiazdach, ascendentach i przeznaczeniu, doszłyśmy (ja i taka jedna dziewczyna, której imienia nawet nie poznałam) do motywu czasu, który zatacza kręgi. Powiedziała mi wtedy, że tak naprawdę czas to nie idealne kręgi, a spirala uporczywie, równomiernie  i nieustannie zwijająca się w górę. Możemy wracać do różnych miejsc, wydarzeń czy ludzi i może nam się wydawać, że to dzień świstaka, że historia się powtarza, a jednak nic nigdy nie jest już takie samo. Czas nie oszczędza nikogo. Panta rei.
Uświadomiłam sobie kiedyś, że oto ląduję w Rio de Janeiro piąty raz. I że od tego pierwszego lądowania minęło ładnych parę lat. Każdy kilkudniowy pobyt w Mieście Boga był jednak zupełnie inny. Za pierwszym razem, podczas wieczornego spaceru brzegiem Copacabany, zaatakowała nas chmara dzieciaków, najstarszy błyskał w ciemności nożem, krzycząc coś po portugalsku, instynktowne, głośne wołanie policji spowodowało, że napastnicy rozpierzchli się we wszystkich możliwych kierunkach jak oślepione jarzeniówką karaluchy. Rio w kolejnych latach to Doktor Jurek pływający w ogromnych falach Atlantyku. Andrzej, który zgubił się w nocnej plątaninie zdarzeń amazońskiego Manaus, szczęśliwie odnalazł i dołączył do grupy dzień później, w Rio właśnie. Wycieczka rowerowa wzdłuż Ipanemy z Dorotą i Jerzym.DSC_1039  Przetańczona niedzielna noc z moją przyjaciółką Aline, kiedy to zdobyłyśmy się na odwagę i nocną jazdę miejskim autobusem. ŚDSC_0681wieży sok z jagód acai. Ogród botaniczny, w którym za każdym razeDSC_0656m padał ulewny, tropikalny deszcz. Zdjęcia z Jorge Selaronem na jego słynnych schodach w dzielnicy Lapa. Smutek, kiedy zmarł niespodziewanie w niewyjaśnionych okolicznościach kilka miesięcy później. Rio de Janeiro to pięć identycznych niemal ujęć z tego samego miejsca na szczycie Corcovado – inne chmury, inny odcień nieba, inne ciuchy, inni ludzie dookoła, ten sam potężny, kamienny Chrystus czuwający nad miastem. Zmieniające się co roku stroje tancerek samby w teatrze Plataforma. Szkoła w favelach. Magiczny poranek, kiedy Pão de Açúcar mieliśmy tylko dla siebie, pomimo faktu, że w porcie cumował akurat ostatni w sezonie statek rejsowy z czterema tysiącami głodnych nowych wrażeń i doznań turystów. Rozdział pełen treści i znaczeń, nie skończony jeszcze, niedopisany. Miasto, do którego wrócę przecież niedługo; świętować z przyjaciółmi, tańczyć na ulicach Santa Teresa, doczekać kolejnego wschodu słońca przy szklance caipirinhi.
Machu Picchu. Trzy różne wyprawy, trzy różne grupy, ta sama prastara, niepojęta energia. Zdobyta Huayna Picchu – Młoda Góra, najbardziej rozpoznawalny szczyt na pocztówkach z opuszczonego w niewyjaśnionych okolicznościach inkaskiego miasta (dziś pozwolenie na taką wspinaczkę trzeba wykupić minimum dwa tygodnie przed planowaną wędrówką). Deszcze powodujące błotne lawiny i opóźnienia pociągów. Spotkana przypadkowo koleżanka z podstawówki. Lamy perfekcyjnie wypełniające funkcję ekologicznych kosiarek do trawy. Widok spod Chatki Strażnika. Mały, pomarszczony jak rodzynek Indianin, grający na fletni Pana „Pieśń Kondora”. Trekking z Ewą i Jackiem do Wrót Słońca na szczycie Starej Góry (Machu Picchu). Plotki o mającej powstać wkrótce szklanej platformie widokowej, podobnej do tej w Wielkim Kanionie Kolorado i rychłym zamknięciu ruin dla ruchu turystycznego.
DSC_0164Zmieniająca się w oczach, z roku na rok, z miesiąca na miesiąc Amazonia. Ta, gdzie ciemność zapadała, kiedy wyłączali agregat o 22.00, a zaraz po 4 rano wszystko budziło się z wrzaskiem do życia. Bohaterem poranków bywał ptak plum-plum wydający wyjątkowo irytujące dźwięki przypominające kapiącą z kranu wodę oraz dziki czarny kurak, który towarzyszył nam podczas sjesty na nadbrzeżnym patio, gdzie DSC_1103wylegiwaliśmy się w hamakach, trawiąc peruwiańskie przysmaki podawane na liściach banana i kokubabasu – tłuste, białe larwy żyjące w orzechach drzewa nazia, bogate w proteiny i lekko słodkawy posmak kokosa. Czas płynął zupełnie inaczej, nie przeszkadzał mu ciągły dzwonek telefonu, brzęczenie DSC_0178wiadomości tekstowych, „like on Facebook”, wieczorne, nadawane na żywo, wiadomości . Tamten kwiecień, kiedy można było godzinami siedzieć i patrzeć przed siebie – na deszcz, na rzekę, na niekończącą się, podtopioną zieleń. I jakiś powrót (z tych nagłych i wstydliwych, niezabawnych), gdy amazońskie poranki zamiast nawoływaniem papug huczały głośną muzyką płynącą z tranzystorów na przeciwległym brzegu rzeki, a wieczorne kumkanie żab i pogwizdywanie ibisa zakłócała błękitna łuna telewizorów. Ten sam pomost. Ta sama rzeka. Nowy kabel, którym bezustannie płynie do serca zielonego piekła prąd elektryczny. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że ludzie żyjący w Amazonii za wszelką cenę dążą do cywilizacji, od której my tak usilnie próbujemy choć na chwilę uciec. A mimo tego, to przecież mój kolejny, niezamknięty jeszcze rozdział.
Zanim jednak znów wciągnę w płuca lepkie, słoneczne powietrze południa, zanim spirala czasu zakręci i odciśnie się kolejnym wspomnieniem na płycie międzynarodowego lotniska Galeão–Antonio Carlos Jobim, wyruszę w inną, równie, a może nawet bardziej, sentymentalną podróż. Mogłam się jej spodziewać, mogłam ją przecież przewidzieć, a jednak zaskoczyła mnie, stanęła na drodze, nie pozwoliła przejść obok siebie obojętnie. Nie moją miała być podróżą. Stała się tą najmojszą. Jest prawdopodobnie czwartek i jadę przez stan Nowy Jork, przez ośnieżone lasy i opuszczone miasteczka  do Vermont. Jadę i wiozę te wszystkie kiszone kapusty na bigos, debrecynę od Eddies’a, kaszanki, kiszone ogórki, zakwas na żurek, garkuchnię, narty i gitarę. Jadę tą samą drogą szósty raz. Spirala czasu wygięła się w kolejny okrąg. To samo miejsce. Ci sami ludzie. Inna rzeczywistość. Kolejne życie.  Wiem w którym miejscu w słoneczne dni powietrze gęstnieje od żywicznego zapachu świerków.  Mam nadzieję, że Ana, tancerka z Buenos Aires, wciąż sprzedaje empanady w małej, niebiesko-żółtej budce przy pośredniej stacji gondoli.Killington_273_Acor_Studio_2014 IKillington_048_Acor_Studio_2014 że w SPA in The Woods wciąż mają w ofercie żurawinowy masaż. I że Cruise CKillington_053_Acor_Studio_2014ontrol będzie, jak zawsze, idealnie wyratrakowany. I że wyczarujemy wszyscy ten sam specyficzny rodzaj atmosfery, która pojawia się w miejscach, do których się wraca, między ludźmi, których widuje się raz w roku, w tych miejscach właśnie – coś jakby rodzinnego, rodzimego, jakaś jedność, ciepło, wspólnie przeżywana radość.
Kręgi rozeszły się po gładkiej tafli jeziora. Lustro wody znów jest niezmącone, przejrzyste i milczące. Japończycy mówią, że w dniu, w którym zaniechasz podróży, dotrzesz do celu. A to przecież podróż sama w sobie, a nie jej cel, jest najważniejsza.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.