Kowboje i Indianie. Część 2. Nowy Meksyk

Gdzieś w przepastnej czeluści kartonowych pudeł zalegających na balkonie mojej mamy musi istnieć moja pierwsza (i do tej pory jedyna), ręcznie napisana i zilustrowana powieść.
Powieść to może za dużo powiedziane. Opowiadanie bardziej pasuje do krótkiej historii małego Indianina, które nazwano Mokra Pielucha, z powodu równie oczywistego, jak okrutnego, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, że prototypem głównego bohatera był mój najmłodszy brat. Ten sam, który w międzyczasie dorósł i przemierza właśnie góry Ałtaju. Obok kowbojów Dzikiego Zachodu, wojownicze indiańskie plemiona wypełniały pochmurne, jesienne wieczory naszego dzieciństwa. To, że Karol May swój talent literacki odkrył siedząc w więzieniu, a do USA po raz pierwszy przybył długo po napisaniu i wydaniu swoich największych dzieł, których akcja działa się na Dzikim Zachodzie, nie miało żadnego znaczenia. Co więcej – udowodnił w ten sposób, że nie trzeba znać realiów, miejsc akcji, krajobrazów  – wystarczy wyobraźnia, kreatywność, fantazja i przygotowanie teoretyczne. Kiedy jednak moja siostra oświadczyła, że któregoś dnia znajdzie  sobie indiańskiego męża nikt nie dawał wiary jej słowom. Gdzie bowiem miałaby go znaleźć? Na Brackiej? Pod Giewontem? Na Mońciaku? Indianie istnieli tylko w telewizji, w świecie odrealnionym, wymyślonym, niedostępnym. Nikt nie przewidział, że nadejdzie czas, gdy podróże za ocean staną się bardziej dostępne, a filmowa fikcja okaże się rzeczywistością.
Zakończywszy poszukiwania kowbojskich miasteczek w Teksasie przejechaliśmy przez Nowy Meksyk do Kolorado. Głównym celem naszej podróży było doroczne, międzyplemienne święto Pow Wow w Gallup oraz krótka, istotna dla pointy wątku indiańskiego tej opowieści, wizyta w Albuquerque. Moja siostra dotrzymała słowa. Znalazła Indianina. A historia, na podstawie której można by napisać bestseller, znalazła swoje szczęśliwe zakończenie w pojawieniu się na nowomeksykańskiej pustyni polsko-lakockiego potomka w cudownie brzmiącym imieniu Titan Henryk Red Feather.
Pow Wow w Gallup (Inter-Tribal Indian Ceremonial) to dwudniowe obchody poświęcone tak tradycyjnym, jak i współczesnym aspektom kultury indiańskiej, organizowane nieprzerwanie od 1921. Pierwszego dnia rano głównymi ulicami miasta przechodzi indiańska parada, w której uczestniczy również prezydent narodu Nawaho.

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Festiwalowe namioty rozstawiane są w parku stanowym Red Rock w księżycowej scenerii czerwonych formacji skalnych. Jest festiwal tańca Pow Wow i konkurs tradycyjnych tańców Nawaho, wystawy indiańskiego malarstwa, targ sztuki i rękodzieła, rodeo, wybory miss i oczywiście okupowane przez wygłodzonych performerów i obserwatorów stoiska z indiańskim fast-foodem. Nawaho burger ma prawdopodobnie milion kalorii, składa się z dwóch smażonych w głębokim oleju kawałków ciasta nazywanego frybread, dwóch konkretnych mielonych kotletów burgerowych, musztardy i dużej ilości frytek. Zaspokoiłam głód butelką wody, kawą i setką zdjęć, które na sportowym trybie strzelały jedno po drugim, w rytm indiańskich bębnów. Dzień zakończyliśmy ze sta- tusem kuguarów (plastikowa karta członkowska) w indiańskim kasynie Fire Rock. Gracze czekali w oparach dymu i gigantycznej kolejce do automatów i karcianych stołów.
W podniebnym mieście Acoma, które odwiedziliśmy dwa dni później, szokiem okazała się nie bogata i stara jak świat historia tego miejsca, a absurdalnie wysokie ceny lokalnego rękodzieła. Musieliśmy gdzieś podczas którejś podróży zgubić lwią część tolerancji dla ekonomicznej prostytucji i nagminnego robienia turystów w bambuko. Acoma Sky City znane jest jako najstarsza, nieprzerwanie zamieszkana od ponad 800 lat, osada indiańska w USA.

Położona strategicznie na wysokiej mesie wioska stanowi ceremonialne centrum puebla i wiążą się z nią najważniejsze wydarzenia z historii Indian Acoma. Osada składa się z trzech rzędów piętrowych domostw zbudowanych z gliny adobe,  kilku błotnistych ulic, pięknego, starego kościoła San Estevan Del Rey Mission, wzniesionego przez Hiszpanów w  pierwszej połowie XVII wieku i kilkunastu kramów ze wspomnianym rękodziełem. Wypalana z miejscowej gliny, ręcznie malowana misa Acoma o przeznaczeniu wyłącznie ozdobnym kosztuje tu zaledwie pięćset dolarów. Sprzedawczyni i artystka w jednym grzecznie tłumaczy, że to dlatego, że autentyczna, a nie z Chin. Chyba właśnie zaczynam szanować masową produkcję chińskich fabryk – przynajmniej nikt nikomu nie mydli oczu.  Kupuję jednak jeden drobiazg – łapacz snów zrobiony przez Bellamino – siwowłosego artystę, od którego ciągnie fascynujący spokój. Pod wieczór dojeżdżamy do Parku Narodowego Kultury Chaco. Słońce powoli zachodzi, poza kilkoma zającami nie widać żywej duszy. Światło Gran Chacoodkłada się miękko i złociście na ścianach ruin dawnej osady indiańskiej. Między 850 a 1200 n.e. Chaco Canyon zamieszkiwali przodkowie dzisiejszych Indian Pueblo. To jedno z niewielu miejsc przybliżających realia życia Indian przed kolonizacją Ameryki. Największe wrażenie robi na nas jednak Park Narodowy Mesa VerdMesa Verde, COe leżący już na terenie stanu Kolorado. To kolejne miejsce potwierdzające naszą opinię – takich parków, jak te w USA, nie ma nigdzie na świecie. Wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO 1978 roku kompleks to niesamowite, wykute w ścianach głębokiego kanionu prekolumbijskie osiedla mieszkalne typu pueblo, Ouray, jeep jeepowi nierownyzbudowane przez Indian Anasazi. Ułożone tarasowo budynki  powstawać miały między VI a XIV wiekiem, kiedy to ostatecznie lud Anasazi z niewyjaśnionych przyczyn opuścił skalne osady. Na płaskowyżu mesy (Mesa Verde po hiszpańsku znaczy tyle co „zielony stół”) uprawiano kukurydzę, fasolę i kabaczki, polowano na drobne zwierzęta, wypalano garnki i wyplatano kosze – nie istniała jednak tradycja piśmiennictwa, stąd historia Anasazi pełna jest tajemnic i niedomówień. Z niewyjaśnionych przyczyn łapiemy gumę. Najpiękniejsze góry Kolorado – pasmo San Juan – przejeżdżamy na małym, zapasowym kole i z duszą na ramieniu, gdy okazuje się, że jeep jeepowi nierówny i rozległe, kamieniste przełęcze ciężko pokonać stosunkowo nisko zawieszonym Patriotem. Widoki i wieczorne piwo w Ouray rekompensują wszystko. Ale to, podobnie jak wysokogórskie kopalnie złota, ruiny górniczych osad i spotkane świstaki, to już zupełnie inna historia.

REKLAMA_argentyna_kolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.