Kowboje i Indianie. Część 1. Teksas

kajaW latach 90. na naszym osiedlu, przy ulicy Stojałowskie-go, w zwykłym, czteropokojowym mieszkaniu na parterze istniała Miejska Biblioteka Publiczna.
Podczas gdy w szkolnej dostępne były głównie lektury obowiązkowe, uzupełniające i klasyka – tu znaleźć można było pozycje cieszące się większą popularnością wśród czytelników, niekoniecznie lubiane przez wydział oświaty. Żeby przeczytać kolejną część Sagi o Ludziach Lodu norweskiej pisarki Margit Sandemo (złożona z 47 pozycji seria opowiadająca dzieje  Ludzi Lodu na przestrzeni od XVI do XX, których przodek, Tengel Zły, aby otrzymać nieśmiertelność, zawarł pakt z diabłem) czy dostać w swoje ręce jedną z części „Rodu Rodrigandów” Karola Maya, należało zapisać się na listę i cierpliwie czekać, wierząc, że zostanie oddana w terminie. Obok Muminków, Dzieci z Bullerbyn, Braci Lwie Serce i Ronji Córki Zbójnika, naszą wyobraźnię kształtowały skandynawskie trolle, wiedźmy i czarownice, skalpujący wrogów  Indianie, napadający na pociągi Kowboje, wyjęci spod prawa bandyci i szeryfowie małych miasteczek, którzy w mgnieniu oka potrafili wyciągnąć z kabury kolt i oddać jeden, jakże celny, strzał. Rio Grande, Chaco, Durango, Austin, Grand Canyon,  Arizona czy Monument Valley – nazwy, których nikt z nas nie potrafił nawet umiejscowić na mapie, niosły ze sobą potężny ładunek magii, przygody i złotego piasku, wypłukiwanego na szerokich sitach przez poszukiwaczy cennego kruszcu. Każdy z nas, dzieciaków wychowanych na niedzielnych westernach, chciał mieć konia, domek na prerii i plakat z własną podobizną i napisem „WANTED”. Nikt nam jakoś wtedy nie uświadomił, że rancho to odpowiednik naszego gospodarstwa rolnego, a słynni kowboje zajmują się głównie wypasem bydła.


Z początkiem sierpnia zaczęliśmy się niepokojąco kręcić po domu. Niby Paweł ledwo wrócił z Europy, niby większość lata upłynęła mi na rowerowych wyprawach, aktywnie, ciekawie, a tu jednak się okazuje, że to mało. No nie usiedzi na tyłku. Wypożyczenie jeepa w Houston w Teksasie na dziesięć dni bez limitu kilometrów kosztowało nas lekko ponad dwie stówy. Bilety znalazły się za punkty w programie aeroplan. I jak tu nie lecieć? Przecież chodzi nam po głowach nowy program wycieczki od dłuższego czasu, przecież trzeba przejechać, sprawdzić, zobaczyć. Lądujemy więc w Houston. Środek nocy. W drodze do hotelu na stacji benzynowej chcemy kupić jakąś wodę. Stacja niby czynna – nocne okienko, kraty, obok zaparkowane trzy samochody podejrzanie wyglądających czarnoskórych maruderów. Nieźle się zaczyna.  Rano wyjeżdżamy w kierunku Austin. GPS świruje – autostrady nowe, lśniące oślepiającą bielą w jadowitym, porannym słońcu, otwarte niedawno, bo stelaże na tablice informacyjne są jeszcze puste, budki do pobierania opłat częściowo nieczynne, oznakowanie niedokończone, ruch prawie niedostrzegalny. W Austin stajemy właściwie tylko przy centrum informacji turystycznej – nie miast szukamy, a zagubionych w czasie, kowbojskich miasteczek Dzikiego Zachodu. Pierwsze godziny szkicują pejzaż raczej nudnawy – rozległe, płaskie tereny o niczym, kołchozowe osiedla mieszkaniowe zbudowane na jedną modłę, odlane z jednej i tej samej formy, ogrodzone eleganckim murem zapewniającym prywatność i bezpieczeństwo oraz przerażające kilometry sklepów, centrów handlowych i sieciowych restauracji z fast-foodem. Teksas w wersji miejskiej wydaje mi się pusty, zorientowany nazbyt materialistyczny i  stereotypowo przygłupawy. Im dalej w pastwiska i pustkowia tym lepiej. Nie ma wielkich krowich farm, jakie widziałam kiedyś w Kaliforni (przynajmniej nie widać ich z drogi) – mućki pasą się swobodnie, wylegują w cieniu karłowatych krzewów. W  Luckenbach wiem już na pewno, że jesteśmy we właściwym wymiarze – żeby tu trafić trzeba przede wszystkim wiedzieć, że takie miejsce w ogóle istnieje. Przy drodze 290 nie ma znaków na Luckenbach, jedna z bocznych ulic nazywa się Luckenbach Rd., zakładamy więc, w oparciu o amerykańską prostotę i logikę, że musi prowadzić do miasteczka. Miasteczko to też lekkie nadużycie – dwie drewniane budy, scena, kilka ławek, spory parking. Mówi się, że tu każdy zna kogoś. Historia tego miejsca zaczęła się w 1849, kiedy przybyli tu pierwsi, niemieccy emigranci. Powstał punkt wymiany handlowej, jeden z wielu słynnych w Ameryce trading post, a August Engel otworzył kilka lat później pocztę, sklep i bar w jednym i tym samym budynku. Na brzegach Grape Creek zbudowano pierszą młockarnię bawełny, pojawili się pionierzy farmerstwa, kuźnia, niewielka szkoła. Ponad sto lat później, w 1970 roku w lokalnej gazecie pojawiło się ogłoszenie „miasto na sprzedaż” – Luckenbach – sercu towarzyskiego i handlowego życia Gillespie County, pozostającego przez ponad wiek w rękach rodziny Engel groził smutny koniec. Na szczęście koniec nie nastąpił – miasteczko rozpoczęło drugie, niespodziewanie barwne, życie. Hondo Crouch i jego kohorta – nowi właściciele Luckenbach, znani z nadpobudliwej, szalonej wyobraźni postanowili stworzyć tu prawdziwie westernowe siedlisko. Hondo ogłosił się merem, swoją przyjaciółkę Marge mianował szeryfem, wyznaczył ambasadorów obcych krajów, zaczęły się imprezy, festiwale, jarmarki i koncerty.  Do dziś przez całe lato w Luckenbach, każdego popołudnia pod pięćsetletnim dębem, odbywają się spontaniczne występy, wspólne muzykowanie, gitarowe popisy, a także zorganizowane koncerty znanych gwiazd muzyki country. Bar ma niesamowity klimat i kilka rodzajów teksańskiego piwa, a niewielki sklep z kowbojskimi pamiątkami nawiązuje do tradycji trading post. Każdy zna tu kogoś, bo każdy przybysz po pierwszym piwie i dwóch piosenkach nie jest już obcy. Luckenbach zachował coś, co wiele miejsc na świecie utraciło bezpowrotnie – autentyczną atmosferę miejsca, czasu i ludzi.
Mijamy winnice przed Frederiksburgiem, teren zaczyna falować w okolicach Kerrville. Bandera, którą właściwie mieliśmy ominąć, ale w Kerrville powiedziano nam, że warto zajrzeć, wywołuje u mnie szaleńczy wręcz zachwyt. Musieliśmy gdzieś po drodze przejechać jakieś wrota czasu. Niewielkie miastecz- ko chlubi się tytułem oficjalnej kowbojskiej stolicy świata. Nigdzie nie ma chyba tylu tematycznych imprez i koncertów, co tutaj. W dolinie rzeki Guadelupe rozległe rancha oferują podróżnym noclegi i wszelkie atrakcje nawiązujące do kowbojskiego stylu życia – można ujeżdżać byki, przyglądać się profesjonalnym popisom rodeo, przeganiać bydło i spędzić noc pod gwiazdami.  Albo w lokalnym barze. W Banderze można poczuć się jak Old Shatterhand, jak Butch Cassidy albo Billy Kid – przez chwilę stać się częścią legendy.
Chyba tylko w USA można z pasienia krów zrobić tak istotną część kultury. Zbudować na kawałku prerii, butelce whiskey i pętli lasso marzenia setek dzieci z całego świata. Tylko w Ameryce niemożliwe staje się możliwe.

REKLAMA_argentyna_kolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca
kaja.cyganik@gmail.com

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.