Jak cię rozpoznać piękno? Pewnie po śladach…

kajaPodczas jednej z naszych amazońskich wypraw Lucivaldo, lokalny przewodnik z Manaus, zapytał mnie konspiracyjnym szeptem – jesteś lesbijką, prawda? Może nie chciał zakłócać pastelowej ciszy wieczoru, przez który leniwie płynęliśmy wąską łódką, niesieni prądem Paraná do Mamori. Dlaczego tak sądzisz? Nad taflą wody z wrzaskiem przeleciało stado białych, smukłych czapli. Masz krótkie włosy. Tylko lesbijki takie noszą.
Piękno jest wielowymiarowe i trudno je zdefiniować. W każdej kulturze znaczy coś zupełnie innego. W Brazylii długie włosy są symbolem kobiecości, seksapilu, ale również pewnych norm estetycznych i obyczajowych. Dla chłopaka z amazońskiej dżungli, pomimo tego, że miał okazję podróżować po Skandynawii i widział świat inny niż własny, kobiecość sprowadza się do tego pasma włosów, które można nawinąć pieszczotliwie na palec, opowiadając kolejnej piękności latynoskie bajeczki o uwielbieniu i wiecznym Brazyliaszczęściu. Żadna Brazylijka, która dba o swój wygląd i opinię, nie wyjdzie z domu bez opowiedniego  makijażu. Żadna dobrowolnie nie zetnie włosów. Włosom przypisywano magiczne własności w wielu kulturach dlatego, że posiadają jedną osobliwą cechę — w ciele ludzkim, co raz ucięte, nie odrasta, z wyjątkiem włosów (i paznokci) właśnie.  Słowianie celebrowali obrzędy postrzyżyn, które wprowadzały siedmioletnich chłopców w dorosłość, celtyccy wojownicy wierzyli, że splatając ciasno warkocze można wywołać sztormy, w Chinach obcięcie włosów wiązało się z wygnaniem, słynne koki odcinali też japońscy samurajowie kończąc służbę. U Indian długie włosy symbolizują silną wolę i waleczność ducha. W plemionach afrykańskich szamani i wojownicy noszą dready. NamibiaBuddyści golą głowy w ofierze jako symbol silnej woli i możności dotrzymania postanowienia. Długie, krótkie, rude, proste, kręcone, farbowane – co kto lubi. Co do jednego większość szamanów jest jednak zgodna – moc mieszka we włosach.
Dorastałam w czasach, gdy tatuaże uważane były za należne bardziej kryminalistom niż sztuce. W Polsce, bo w tradycji innych kultur od zarania dziejów miały znaczenie symboliczne i magiczne. Ogromną rolę odegrały u nowozelandzkich Maorysów. Tā moko – słynne w całej Polinezji tatuowanie twarzy – właśnie wraca do łask, po latach społecznego wykluczenia. W dawnych czasach na Nowej Zelandii Tā moko zarezerwowane były dla mężczyzn, głównie wodzów plemiennych i wojowników, świadczyły bowiem o wysokim statusie społecznym. Współcześnie ten rodzaj sztuki praktykują tak kobiety jak i mężczyźni  dla podkreślenia przynaleźności etnicznej, symbolicznego odrodzenia się języka i kultury maoryskiej. Tradycyjne wzory weszły też w sferę komercyjną – inspirują europejskie gwiazdy pop, kreatorów mody i designerów, a fascynaci sztuki tatuażu przylatują do Nowej Zelandii by podczas kilkugodzinnej sesji  uzyskać unikatowy wzór na własnej skórze. Wzorowane na Tā moko tatuaże powstają w wyniku rozmowy klienta z tatuażystą, który słuchając opowieści o życiu, marzeniach, porażkach, planach i emocjach szkicuje jedyny w swoim rodzaju, indywidualny wzór dla opowiadającego. Może to i tani chwyt marketingowy, bazujący na ludzkim egoizmie, potrzebie wy- wewnętrzenia się oraz poczucia wyjątkowości – działa jednak znakomicie.
Zupełnie inaczej rzecz ma się w Japonii, gdzie tatuaże zarezerowane są dla mafiozów. Śnieżnobiała, krucha Japonka nie wytatuuje sobie nawet kiczowatego delfinka kawaii (z jap. „słodki”, „śliczny”) za żadne skarby Ginzy! Na ulicach Shibuya czy Hirajuku, najmodniejszych młodzieżowych dzielnic, spotkanie wydziaranego Japończyka graniczy z cudem. Tatuaż wskazuje na Yakuzę, przestępczy, szemrany światek lub… niepoprawnych, nieokrzesanych gajdzinów (z jap. „biały intruz”). Będąc po raz pierwszy w Tokio chciałam wykorzystać wolny czas na relaks w jednym z najbardziej znanych miejskich onsenów utrzymanym w stylu epoki Edo. Publiczne łaźnie są w Japonii niezwykle popularne, do wielu turyści wciąż nie mają wstępu, ten w dzielnicy Odaiba jednak gajdzinów przyjmował. Wszystko szło gładko do momentu gdy przy ostatniej bramce dzielącej mnie od kontuaru z ręcznikami zostałam zatrzymana przez pracownika i odmówiono mi wejścia. Na przeszkodzie stanęły tatuaże. To czy jesteś miejscowym czy turystą, czy wyglądasz jak członek japońskiej mafii czy nie – nie ma znaczenia. Tatuaże dyskwalifikują i koniec dyskusji. Onsen to miejsce relaksu, odpoczynku i każdy ma się czuć w nim komfortowo, a obecność mafioza komfortu raczej nie gwarantuje. Udało mi się tamtego dnia wejść do publicznej łaźni. Pomogła perswazja, błagalne spojrzenie i plastry dla sportowców, które wiedząc jakie trudności mogą mnie czekać, wcześniej nabyłam. Poobklejana jak żołnierz wracający z frontu zanurzyłam się w gorącej wodzie otoczona, nieskazitelnymi, filigranowymi Japonkami. Nie udało mi się osiągnąć nirvany. Czułam się jak intruz. Jak farbowany lis. I choć onsen w Odaibie polecić mogę każdemu, sama na pewno nie będę próbowała po raz drugi dostać się do środka za wszelką cenę.
Podczas gdy zdesperowane Amerykanki wydają fortunę na usuwanie różnorakich blizn i znamion, wielu innych uważa je za piękne, ważne i wyjątkowe. Każda blizna jest zapisem cierpienia, wiąże się z jakąś historią, symbolizuje bohaterstwo, umiejętność przetrwania i siłę. W najbardziej dzikich społecznościach afrykańskich blizny wskazują na przynależność plemienną – nacięcia różnych rozmiarów, często wykonywane na twarzach, są sposobem identyfikacji etnicznej, mają zastosowanie w medycynie, ale także ich celem jest podkreślenie urody. Potężne gliniane dyski wkładane w małżowiny uszne czy dolną wargę przez kobiety z plemienia Mursi w etiopskiej dolinie Omo, masywne kościane kolczyki w nosie przywodzące na myśl egzotycznych wojowników czy popularne w Południowym Sudanie wzroki uzyskiwane z upychanych pod skórą drobnych kamyków tajlandia 2013 (80)– tworzą kanony afrykańskiego piękna. Powszechna krytyka takich praktyk ze strony zachodniego świata podszyta jest hipokryzją i na niewiele się zdaje – barbarzyńskie „ozdabianie” swoich ciał – kolczykowanie (piercing), tatuowanie, a nawet skaryfikacja – bolesne tatuaże bliznowe, znajdują swoich zwolenników w wielu sferach świata uważanego za „cywilizowany”.
W Birmie i Tajlandii żyje lud Karenów.  Jedno z najbardziej znanych plemion świata w swojej tradycji pielęgnuje zwyczaj zakładania kobietom na szyje metalowych obręczy.  Kiedy dziewczynka kończy pięć lat zakłada się jej pierwsze obręcze i każdego roku dodaje kolejne. Dorosłe kobiety noszą zazwyczaj 25 obręczy jednocześnie, o łącznej wadze pięciu kilogramów. Wieść niesie, że kobiety Karen noszą obręcze od wieków, by uniknąć śmierci, na wypadek spotkania oko w oko z tygrysem, który atakuje skacząc do gardła. Kobiety ludu Karen uważają, że ich długie szyje są piękne. U Papuasów natomiast spotkać można kobiety dumnie pokazujące dłonie z obciętymi palcami. Każdy z brakujących symbolizuje stratę, każdy został odjęty na znak żałoby po kimś bliskim. Czyli te moje krótkie włosy to żaden wyczyn…

papua_colorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.