Inwazja czy demograficzny trick?

  Od 2014 roku znacząco wzrosła liczba pochodzących m.in. z Syrii i Afganistanu imigrantów, próbujących nielegalnie dostać się do UE przez państwa Bałkanów Zachodnich.
Według danych unijnej agencji FRONTEX w pierwszych pięciu miesiącach 2015 roku liczba osób zatrzymanych przy próbie nielegalnego przekroczenia granicy UE z państwami bałkańskimi przekroczyła 50 tys. (teraz ta fala spotężniała i wzrosła co najmniej czterokrotnie. MSW Węgier poinformowało, że liczba złożonych wniosków o azyl w bieżącym roku wynosi 150 611; wśród nich 50 413 wniosków zostało złożonych przez obywateli Syrii).

emigranci
Tym samym przewyższyła ona liczbę osób zatrzymanych przy próbie przedostania się do UE najpopularniejszą trasą przez Morze Śródziemne do Włoch i na Maltę. Dotychczas państwa regionu, które nie są docelowymi krajami migracji, nie podejmowały zdecydowanych działań hamujących nielegalny przepływ osób, a nawet sprzyjano ich szybkiemu tranzytowi. Znaczny wzrost liczby migrantów do UE, który doprowadził do sporu wśród państw członkowskich, dotyczący m.in. redystrybucji uchodźców w państwach członkowskich UE spowodował większą aktywność Węgier w tej kwestii. Sięgając po ostrą retorykę i przedstawiając kontrowersyjne rozwiązania – m.in. wzniesienie płotu na granicy serbsko-węgierskiej – Budapesztowi udało się zwrócić uwagę na narastający problem migracji także w tym regionie. Ponadto Węgrzy zostaną wyłączeni z systemu podziału u- chodźców w UE. Budapeszt uzyskał wsparcie polityki migracyjnej z Komisji Europejskiej w wysokości 8 mln euro. Działania te nie rozwiązują jednak problemu znacznego wzrostu liczby nielegalnych imigrantów trafiających do UE przez Bałkany, a wedle prognoz trend ten będzie się w dalszym ciągu nasilać. Przedstawione rozwiązania ograniczające się do wzmocnienia kontroli granic spowodują jedynie modyfikację trasy przepływu migrantów.
Bałkański szlak
Już w 2014 roku unijna agencja FRONTEX odnotowuje znaczny wzrost liczby osób próbujących nielegalnie przekroczyć granicę pomiędzy UE a państwami bałkańskimi. Przy czym do największej liczby zatrzymań dochodzi na 175-kilometrowym odcinku granicy pomiędzy Węgrami a Serbią. Wzrost ten wynikał ze zwiększenia popularności tej trasy wśród osób pochodzących z Syrii oraz Afganistanu, a także gwałtownego exodusu obywateli Kosowa. Intensywną migrację Albańczyków, trwającą od listopada 2014 do marca 2015 roku, udało się zahamować. Zostało to osiągnięte dzięki wzmocnionym kontrolom na granicach oraz akcji informacyjnej w Kosowie skierowanej do Albańczyków, że nie mają oni szans na uzyskanie legalnego pobytu w UE.
W pierwszym półroczu 2015 roku znacząco wzrosła natomiast liczba migrantów z Afganistanu, a przede wszystkim z Syrii uciekinierzy(Jednego dnia w Macedonii przedostało się ostatnio kolejnych 5,6 tys. imigrantów, prawie dwukrotnie więcej niż wynosi dzienna średnia, która waha się między 2 tys. a 3 tys. osób. Wśród nich jest blisko 1000 dzieci, którym nie towarzyszą bliscy. Procedura rejestracji napływających do Macedonii osób pozwoliła na razie ustalić, że 80 proc. z nich to Syryjczycy). W obliczu wzmożonych kontroli we wschodniej części Morza Śródziemnego trasa biegnąca przez Grecję i Macedonię lub Bułgarię, a dalej via Serbia na Węgry jest obecnie najtańsza, najbezpieczniejsza i najszybsza, a co więcej pozwala od razu przedostać się do strefy Schengen i dalej do docelowych państw migrantów – najczęściej Austrii, Niemiec i Szwecji. Intensyfikacji przepływów migracyjnych przez Bałkany sprzyja także polityka Grecji, która wbrew regulacjom unijnym przeważnie nie rejestruje przybywających do tego państwa uchodźców i pozwala na ich dalsze przemieszczanie się do Europy Zachodniej. Tym samym osoby te wciąż mają prawo do złożenia wniosków o status uchodźcy w bogatszych państwach UE.
Reakcja Węgier
Węgry jako państwo tranzytowe dla imigrantów nie podejmowały znaczących działań mających ograniczyć liczbę migrantów. Według danych węgierskiego Urzędu ds. Imigracji i Obywatelstwa ok. 80% osób opuszcza Węgry w pierwszych 10 dniach po złożeniu wniosku o status uchodźcy. Obecna aktywność Węgier związana jest ze wzrostem fali uchodźców z kierunku bałkańskiego i zapowiedzi państw docelowych migracji (głównie Niemiec i Austrii), że zamierzają skuteczniej egzekwować przepisy unijne i odsyłać na Węgry osoby, które w tym państwie po raz pierwszy złożyły wniosek o status uchodźcy. Węgry ogłosiły nawet 23 czerwca zawieszenie stosowania przepisów unijnych w tej kwestii. Jednak ostry protest Austrii, grożącej przywróceniem kontroli granicznej spowodował cofnięcie tej decyzji. Podnoszenie znacznego wzrostu napływu migrantów jest także elementem presji na partnerów z Unii Europejskiej. Węgierski rząd postuluje zwołanie na jesieni szczytu UE w Budapeszcie, argumentując, że UE poświęca uwagę jedynie szlakowi śródziemnomorskiemu (na wrzesień planowany jest szczyt na Malcie). Węgry są także przeciwne wprowadzeniu obowiązkowych kwot rozdziału uchodźców między państwami UE. Propozycja ta została odrzucona przez Radę Europejską 25–26 czerwca, a w ramach dobrowolnego rozdziału kwot Węgry i Bułgaria mają mieć specjalny status, ze względu na wysoką presję migracyjną. Węgierskie władze zapowiadają także wprowadzenie szeregu regulacji, które mogą być niezgodne z prawem UE, m.in. prawa do przetrzymywania osób ubiegających się o status uchodźcy w ośrodkach zamkniętych (koszty tego pobytu trzeba będzie odpracować), skrócenie rozpatrywania wniosków oraz ułatwień w deportacji nielegalnych imigrantów. 17 czerwca rząd Węgier zapowiedział także budowę płotu o wysokości czterech metrów na 175-kilometrowym odcinku granicy z Serbią (koszt to ok. 20 mln euro).
Wegry powołały Ochotniczą Straż Graniczną. Węgierskie władze dają nielegalnym imigrantom tydzień na opuszczenie ich kraju. Po tym okresie wchodzą nowe przepisy, według których będą traktowani jak przestępcy.
W tej chwili na Węgrzech panuje okres przejściowy po uchwaleniu nowych przepisów imigracyjnych. Daje on czas wszystkim nielegalnym przybyszom na opuszczenie terytorium naszego państwa – przypomniał Viktor Orban.
Nowe prawo wchodzi w życie 15 września. Nielegalne przekroczenie granicy, albo uszkodzenie płotu granicznego stanie się przestępstwem karanym więzieniem.
Do tego czasu, jak zapewnia węgierski premier, całkowicie uszczelniona zostanie też granica z Serbią.

Marta Szpala
Andrzej Sadecki

O co chodzi Niemcom?

W zeszłym roku wniosek o przyznanie statusu uchodźcy złożyło w Niemczech 200 tys. osób. W tym roku niemiecki rząd szacuje, że będzie ich czterokrotnie więcej. Samorządy zmuszane są do zapewnienia uchodźcom schronienia. Są więc oni umieszczani w barakach socjalnych i halach sportowych. Przyjezdni wegetują tam do czasu otrzymania pozwolenia na pracę, rzadko zapewniane są im lekcje języka niemieckiego. W dodatku ośrodki atakowane są przez skrajną prawicę – od początku roku doszło do ponad 300 takich ataków, w tym 50 podpaleń.
Kilka takich ośrodków dla azylantów odwiedzili w zeszłym tygodniu prezydent Niemiec Joachim Gauck i kanclerz Angela Merkel, aby zademonstrować solidarność z osobami szukającymi schronienia.
Niemiecki minister spraw wewnętrznych Thomas de Maizière zaproponował kilka dni temu utworzenie do końca roku „unijnych hotspotów” w Grecji, Włoszech oraz Turcji – ośrodków selekcji służących rozróżnieniu osób, którym może przysługiwać status uchodźców w Europie, od nielegalnych migrantów ekonomicznych.
Trzy dni temu napłynęła odpowiedź od prezydenta Turcji, Recepa Tayyipa Erdogana. I jest ona negatywna. Erdogan nie godzi się na powstanie finansowanych przez UE „ośrodków selekcji” na tureckiej ziemi.
Berlin zaproponował nam, byśmy przyjęli wszystkich uciekających Syryjczyków, a potem Berlin sobie kilku wybierze. Co to za postawa? Nie rozumiem tego —podkreślił turecki prezydent w rozmowie z „CNN”. Według niego to Zachód ponosi winę za kryzys w Syrii, więc powinien przyjmować wszystkich, jak leci.
Turcja przyjęła ponad 2 miliony uchodźców. A oni nie mogą przyjąć kilku tysięcy? Co oni sobie myślą? —pytał.
Tymczasem szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zaproponował, by „rozdzielić” pośród krajów członkowskich ponad 120 tys. „uchodźców” z Afryki i Bliskiego Wschodu. Jak twierdzi niemiecki tygodnik „Der Spiegel” już niedługo KE ma przedstawić klucz, według którego maja zostać rozdzieleni.
Będą brane pod uwagę takie kryteria jak siła gospodarcza danego kraju, jego ludność oraz liczba imigrantów, których już przyjął —pisze tygodnik. Polsce, jak wiadomo z nieoficjalnych doniesień, ma przypaść nieco ponad 10 tys. imigrantów.
W Niemczech żyje już ponad 8 milionów imigrantów – wynika z najnowszych danych niemieckiego urzędu statystycznego.
8 152 968 – tylu imigrantów w Niemczech na koniec ubiegłego roku doliczył się Destatis. To dotychczasowy rekord oraz o 519 340 osób więcej (+6,8%) niż jeszcze przed rokiem i aż 1 435 853 więcej (+21%) niż jeszcze 10 lat temu. Tak duży skok liczby emigrantów, jak obecnie, odnotowano w prowadzonych od 1967 r. statystykach tylko dwukrotnie – w 1992 r. (+613 500) i w 1991 r. (+539 800).
Jak nie trudno się domyślić, najliczniejsze grono imigrantów stanowią Turcy, których za naszą zachodnią granicą mieszka ponad 1,5 miliona. Co ciekawe, liczba tureckich imigrantów spadła w ubiegłym roku o 1,5%, co miało związek z ich naturalizacją.
Druga lokata przypadła Polakom, których w Niemczech żyje 647 152 – to o 10,5% więcej niż w 2013 r. Nad Renem wciąż szybciej przybywa Rumunów (355 343, + 32,9%), Bułgarów (183 263, +24,8%) i Węgrów (156 812, +15,6%).
Politycy i kręgi gospodarcze twierdzą, że Niemcom potrzebny jest napływ imigrantów. Jakiego zdania jest całe społeczeństwo?
Niemcy przez długi czas unikały dyskusji o napływie imigrantów. Najpierw upierano się, że Niemcy w ogóle nie są krajem napływowym; politycy zapierali się i nie przyjmowali do wiadomości faktu, że w RFN było coraz więcej cudzoziemców. Nic nie wyrażało tej postawy tak dobrze jak pojęcie, jakim ich określano: Gastarbeiter (robotnik-gość), podobnie jak potem pojęcie Zuwanderung (napływ). Także to pojęcie miało w sobie jakiś pierwiastek tymczasowości – i taka była właśnie intencja tego językowego zawoalowania. Przede wszystkim partie chadeckie unikały jak diabeł święconej wody pojęcia „imigracja”, po części nawet do dziś, a wszystko tylko, dlatego, żeby nie zrazić do siebie wyborców.
Ale tymczasem nie trzeba nawet zagłębiać się w roczniki statystyczne, żeby wiedzieć, że Niemcy są po Stanach Zjednoczonych drugim pod względem popularności krajem napływowym na świecie. Niemcy stały się zdecydowanie bardziej kolorowe i żaden z liczących się polityków już nie twierdzi, że Republika Federalna nie jest krajem imigranckim.

Różnica między być i chcieć
Pomimo to wielu polityków miesza opis sytuacji z postulatem. Stwierdzenie, że Niemcy są krajem imigracyjnym jeszcze zupełnie nie oznacza, że MA być krajem napływowym. Przynajmniej polityka i koła gospodarcze w większości są pozytywnie nastawione do imigracji. Tam zadaje się już wręcz następne pytanie: o JAKICH imigrantów chodzi? Nadszedł najwyższy czas na publiczną debatę na ten temat. Inne kraje dużo wcześniej niż Niemcy zabrały się za ten temat, formułując kryteria przyjmowania cudzoziemców. Na świecie toczy się bowiem walka o najtęższe głowy. Niemcy prezentowały się w tej batalii bardzo słabo. Miało to często przyczyny językowe, biurokratyczne czy wręcz polityczne.
Brało się to także z tego, że Niemcy właściwie wcale nie widziały siebie w roli kraju, który musiałby o kogokolwiek zabiegać.

Mile i niemile widziani
Kto popiera takie otwarte Niemcy, ten musi zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie może mieć ta otwartość.
Należy uwzględnić, że międzynarodowy wyścig o najtęższe głowy już dawno podzielił świat na kraje wygrane i przegrane.
Po pierwsze, kto wyraźnie mówi, kto jest tu mile widziany, ten określa jednocześnie, kogo sobie nie życzy. Bardzo często zabieganie o wykwalifikowanych pracowników wrzuca się do jednego worka z politycznymi azylantami, w przypadku których ekonomiczny interes państwa nie odgrywa żadnej roli. Przebojowi politycy i przedsiębiorcy szybko zorientowali się bowiem, że wśród potencjalnych azylantów są także tacy, którzy mogą być cenni dla niemieckiej gospodarki, jeżeli pozwoliłoby się im tu pracować: Kwestia, czy przysługuje im prawo do azylu politycznego zeszła w takim modelu na ostatni plan. Ale co zrobić z całą resztą? Wartość uchodźca – człowieka – sprowadza się wtedy szybko do jego zawodowych kwalifikacji.

Zwycięzcy i przegrani
Po drugie należy uwzględnić, że międzynarodowy wyścig o najtęższe głowy już dawno podzielił świat na wygranych i przegranych. Z biedniejszych krajów uciekają utalentowani ludzie; taki brain drain jeszcze bardziej ogranicza ich możliwości budowania u siebie dobrobytu. Bogate kraje natomiast na dłuższą metę mogą stawiać na armię średnio opłacanych pracowników o wysokiej motywacji. Jeszcze nie dawno przez media przewijała się informacja, wedle której w angielskim Manchesterze pracuje więcej lekarzy z Malawi niż w samym Malawi. Niezależnie od tego, czy to prawda czy nie, zasad- niczy problem istnieje.
Na ironię losu europejskie organizacje pomocowe wyrównują potem braki personelu lekarskiego w Malawi lekarzami z Europy, opłacanymi z darowizn na cele charytatywne. Dysproporcje między krajami utrwalają się także w samej Europie. Jak ma stanąć na nogi kraj taki jak Grecja, jeżeli wyjeżdżają stamtąd najzdolniejsi? Może posłużyć to oczywiście jako argument, by utrudnić prze- mieszczanie się ludzi, ale skłania to już do refleksji.
Trudna integracja
Poza tym trzeba uwzględnić jeden czynnk, który jest chyba najważniejszy w tej dyskusji: akceptację imigrantów. Kiedy niemieccy pracodawcy biadolą na brak rąk do pracy, mają oni na myśli przede wszystkim interesy ekonomiczne, które niewiele mają wspólnego z dobrem ogółu.
Gospodarka jest szczęśliwa, kiedy może skorzystać z fachowców, którzy kształcili się w innych krajach i w zasadzie nie stawiają tak wysokich wymagań, jak rodzimi pracobiorcy. Tak, jak w Niemczech na stałe pozostali „gastarbeiterzy”, tak przypuszczalnie zadomowią się w RFN na dłużej także „fachowcy”, i to pewnie nawet wtedy, jak nastąpi załamanie koniunkturalne.
Pomyśleć, zanim coś się zrobi
Jeżeli celem wszystkich zabiegów ma być zastąpienie w Niemczech całego pokolenia wyżu demograficznego, które idzie teraz na emeryturę, to w grę wchodzi napływ ponad 10 milionów imigrantów w okresie kilku lat. Kto da gwarancję, że społeczeństwo poradzi sobie w ogóle z tak potężnym napływem i będzie w stanie tych ludzi integrować? Oprócz tego kompletnie nie wiadomo, czy rozwinięte systemy ekonomiczne w przyszłości będą potrzebowały tak wielu pracowników jak obecnie. A ludzi nie można przesuwać jak pionki.
To wszystko absolutnie nie przemawia przeciwko debacie imigracyjnej – wręcz przeciwnie. Najwyższy czas, żeby w Niemczech zaczęto o tym poważnie rozmawiać. Chodzi bowiem o ustalenie parametrów, które poważnie i trwale zmienią społeczeństwo. Dlatego trzeba się dobrze nad tym zastanowić, co się robi.

Christoph Hasselbach

­•••

„Moi mili, ja jestem muzułmaninem i mnie nikt kitu ani ciemnoty nie wciśnie. To co się dzieje to jest regularna inwazja, nazywana w islamie Hijra (Hidżra), czyli zdobycie terenu wroga poprzez zasiedlenie, najczęściej pokojowe, bez walki” – pisze Michael Waldorf Kappersteen.
„Ja się tego boję bardziej niż większość z was bo wiem jak to się prawdopodobnie skończy. Nikt mi nie powie że setki tysięcy młodych mężczyzn w wieku poborowym jadą tutaj ze strachu przed wojną. Nikt mi nie powie, że ludzie wychowani na Bliskim Wschodzie i w Azji dostosują się do naszych, tak, naszych europejskich wartości. Jestem europejskim muzułmaninem , religia jest moją prywatną drogą czczenia Boga, a nie stylem życia czy doktryną polityczną. Na pierwszym miejscu jestem Europejczykiem, a wszystkie izmy zostawiam w domu. Boje się ich, ponieważ oni narzucą nam w przeciągu kilku lat swój średniowieczny, feudalny i antydemokratyczny porządek, a ci którzy się nie dostosują będą prześladowani. Matematyka nie kłamie: każdy z samotnych ma pozostawioną gdzieś rodzinę, która korzystając z prawa UE ściągnie tutaj prędzej czy później, więc liczbę imigrantów należy już teraz pomnożyć razy 3 lub 4, dzietność muzułmańskich rodzin z tamtego obszaru to 3 dzieci w górę, więc jeśli teraz mamy milion muzułmańskich małżeństw w Europie to za 20 lat będzie ich 3 razy więcej, optymistycznie licząc” – pisze Kappersteen.
„Jeszcze jedna rzecz która mi się rzuca w oczy: ci uchodźcy twierdzą że za przejazd do Europy muszą płacić po kilka tysięcy dolarów – skąd takie rzesze rzekomo biednych ludzi którzy wszystko stracili, maja takie pieniądze? Ja nie mam złudzeń że jest to zaplanowana, gigantyczna akcja kolonizacji Europy” – podsumowuje autor wpisu.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.