Internet kłamie

Czy teraz, kiedy wybory prezydenckie USA już się zakończyły, będziemy mogli wreszcie oczyścić sterty kłamstw i oszustw, które były tak swobodnie podczas nich rzucane?
Spora część oszustw i kłamstw pozostaje niejasna, ponieważ internet zniekształca nasze zbiorowe postrzeganie prawdy. Sondaże pokazują, że wielu z nas zamyka się we własnych zakamarkach, do których docierają jedynie echa i szczątkowe informacje.
Przez wiele lat technolodzy i inni utopiści twierdzili, że wiadomości w internecie byłyby dobrodziejstwem dla demokracji. Nie był to przypadek.
Ameryka od dawna oczarowana jest teoriami spiskowymi. Ale internetowe żarty i towarzyszące im teorie zdawały się być bardziej zjadliwe niż te poprzednie, wymyślane offline. Były też liczniejsze i bardziej trwałe.
internetNie jesteśmy racjonalni
Źródłem problemu z wiadomościami w internecie jest coś, co od początku brzmiało świetnie: mamy o wiele więcej materiałów do wyboru.
W ciągu ostatnich 20 lat, internet opanował poranne wydania gazet i wieczorne pasma telewizyjne. Stał się jak „szwedzki stół” oferujący różnorodne źródła informacji – od dobrze finansowanych czasopism online po piorących brudy facetów w klubie.
Szeroki wybór źródeł informacji miał być rzekomo bastionem wieku racjonalnego – „rynku idei”, jak nazywali go entuzjaści.
To jednak tak nie działa. Psycholodzy i inni naukowcy z zakresu nauk społecznych wielokrotnie wykazywali, że ludzie rzadko działają racjonalnie i w sposób obywatelski, gdy mają do wyboru różne informacje. Zamiast tego poddajemy się z góry wydawanym sądom i uprzedzeniom, a zazwyczaj robimy to, co zrobić jest najłatwiej – chłoniemy te informacje, które potwierdzają nasze poglądy, a unikamy tych, które są z nimi sprzeczne.
Brak siły dowodów
Technologia cyfrowa pobłogosławiła nas i pozwoliła na lepsze sposoby pozyskiwania i rozpowszechniania wiadomości. Wszędzie istnieją aparaty fotograficzne i dyktafony. Tak szybko, jak tylko coś się dzieje, można znaleźć na to podstawowy dowód w świecie online.
Można by pomyśleć, że lepsza dokumentacja doprowadziła do lepszego porozumienia kulturowego w kwestii „prawdy”. W rzeczywistości stało się wręcz przeciwnie.
Naukowcy wykazali, że dwie osoby o różnych punktach widzenia mogą patrzeć na ten sam obraz, wideo lub dokument i wynoszą z niego uderzająco różne pomysły na temat tego, co przedstawiają.
To zjawisko dało się w tym roku we znaki wielokrotnie.
Niektórzy ludzie traktują ujawnione przez WikiLeaks dane o Hillary Clinton jak dowody winy, podczas gdy inni twierdzą, że to nic wielkiego, a poza tym, zostało to „zmanipulowane” lub „wyrwane z kontekstu”.
Kłamstwa jak instytucje
Jedną z najbardziej oczywistych zalet wiadomości online jest możliwość ciągłej weryfikacji faktów (tzw. fact-checking). Obecnie, gdy ktoś mówi coś nieprawdziwego, dziennikarze mogą udowodnić, że kłamie. Jeśli więc strony fast-checking będą dobrze wykonywać swoją robotę, będą wyświetlane przez wyszukiwarki i na portalach społecznościowych, zapewniając szybki dostęp dla tych ludzi, którzy chcą poprawić rekord.
Na razie nie całkiem się to jednak udało. Dziś dziesiątki serwisów informacyjnych rutynowo sprawdza swoich kandydatów i wiele innych rzeczy w internecie. Przedsięwzięcie „fact-checkingu” okazało się w dużej mierze nieskuteczne w obliczu tak ogromnej fali oszustw.
Stało się tak również dlatego, że kłamstwa są dziś zinstytucjonalizowane. Istnieją całe strony, których jedynym celem jest publikowanie skandalicznych, całkowicie fałszywych informacji. Nieprawdziwe wiadomości są dziś takim samym biznesem, jak rzetelne informacje.
abraham-lincoln-internet-lieBuzzFeed zanalizowało niedawno facebookowe fanpage najpopularniejszych partii politycznych. Z analizy wynika, że informacje publikowane na Facebooku były fałszywe średnio w 30 procentach.
„Kiedyś żarty były udostępniane przez babcie cioteczne, które nie rozumiały internetu. Dzisiaj dezinformacje, które krążą w internecie, są wzmacniane przez polityczne kampanie, politycznych kandydatów i grupy ludzi na Twitterze, które wokół tych kampanii pracują” – powiedziała Caitlin Dewey , reporterka „The Washington Post”.
Kolumna Dewey pojawiła się w 2014 roku, ale pod koniec ubiegłego roku postanowiła zawiesić wykonywany przez siebie fact-checking, ponieważ miała wątpliwości, czy kogokolwiek w ogóle przekonuje.
„Demaskowanie oszustw pod wieloma względami jedynie wzmocniło poczucie wyobcowania lub oburzenia ludzi odnośnie konkretnego tematu. Ostatecznie wychodzi na to, że zrobiłeś więcej szkody niż pożytku” – powiedziała.

Farhad Manjoo
„The New York Times”

***

Siła dzielenia się informacjami w sieci rośnie, internet staje się ich coraz większym dostawcą a media społecznościowe i nowe oblicze Web 2.0 zmienia sposób myślenia o interakcji. Jednak jest drobny, a właściwie większy problem – weryfikacja prawdziwości. Dziś okazało się, że niedawne badanie mówiące, że użytkownicy Internet Explorera mają niższe IQ niż użytkownicy innych przeglądarek jest nieprawdziwe. Informacja o badaniu błyskawicznie obiegła świat, użyło jej setki małych portali jak i giganci: BBC, Buisness Insider, Mashable, ZDNet, The Telegraph, The Daily Mail czy The Register. Dopiero BBC po kilku dniach ogłosiło, że strona AptiQuant (rzekoma firma badawcza) ma dopiero miesiąc, z samą firmą nie da się skontaktować, a fotografie zostały skopiowane ze strony francuskiego Central Test.

Dane przedstawione w raporcie o IQ użytkowników przeglądarek są nieprawdziwe. W zeszłym tygodniu wzbudziły one wiele kontrowersji – w końcu nikt nie lubi być nazywany głupim, a to słowo przewijało się non-stop w komentarzach do raportu.

Zastanawiający jest tutaj proces przepływu informacji. Który portal pierwszy użył nieprawdziwych danych? I dlaczego żaden gigant informacyjny nie sprawdził źródeł przed podaniem wiadomości? Odpowiedzi jest co najmniej kilka.

Najbardziej oczywistą jest pęd informacyjny. W czasach internetu liczy się prędkość. Kto pierwszy albo jeden z pierwszych poda wiadomość (z komentarzem lub bez) ten wygrywa kliki, szum i linkowanie do siebie. to rzecz bardziej cenna, niż się wydaje – informacja wtórna jest warta dwa razy mniej.

Po drugie przeciążenie informacją. Pęd generuje też większą ilość wiadomości, które muszą zostać przetrawione i selekcjonowane. Przy okazji pojawiają się seti nieznanych wcześniej źródeł, których po prostu nie ma czasu weryfikować, jeśli chce się być właśnie pierwszym. No i oczywiście bardzo wygodne jest wychodzenie z założenia “skoro serwis XYZ to podał, to to musi być prawdziwe i nie w naszym obowiązku leży sprawdzenie”.

Jasne, w czasach “starych mediów” też zdarzały się takie wpadki, ale jednak w takiej tradycyjnej prasie było trochę więcej czasu na weryfikację wiarygodności. Dziś dobry news jest niemal natychmiastowo publikowany.

Jest jeszcze jeden aspekt – w sieci choć news jest szybszy, to też szybciej się o nim zapomina bo błyskawicznie zastępują go nowe. Wiadomość o nieprawdziwości raportu na temat IQ odbiła się szerokim echem, bo ten był po prostu kontrowersyjny. Kto jednak pamięta historię o kobiecie, która wytatuowała sobie na ramieniu miniaturki znajomych z Facebooka? No właśnie. A to info, jak i wiele innych, również okazało się być nieprawdziwe.

Ironiczne powiedzenie “przecież to musi być prawda, bo było w internecie” nie wzięło się znikąd. Nie złowróżąc – z takimi pomyłkami i nieprawdziwościami będzie jeszcze gorzej z czasem. Informacji wciąż przybywa, “curation” na razie nie jest zbyt popularne, a coraz popularniejszy sposób docierania do informacji przez media społecznościowe i znajomych wcale nie weryfikuje specjalnie wiarygodności.

Internet też czasem kłamie i coraz mocniej przerzuca na odbiorcę konieczność weryfikacji.

 

Ewa Lalik

Internet kłamie. Jak nas oszukują w opiniach

Nieprawdziwe informacje o produktach w e-sklepach to nie pojedyncze przypadki, a prawdziwa plaga. Z fałszywymi komentarzami walczy m.in. Amazon. Sklep zdecydował się pozwać przeszło tysiąc osób za wystawianie fałszywych recenzji. Także serwis oceniający sklepy internetowe Opineo.pl walczy z fałszywkami, a porównywarka cen Ceneo.pl szykuje nawet skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tymczasem marketing szeptany pozwala nieźle zarobić.

Z badań przeprowadzonych przez firmę Gemius wynika, że aż 54 proc. polskich internautów kupuje w e-sklepach. Najczęściej w sieci są nabywane odzież, akcesoria i dodatki. Po nie sięga aż 73 proc. polskich konsumentów.

Z analiz wynika, że zdanie o produkcie czy firmie zostawione przez klientów ma decydujące znaczenie przy zakupie. Natomiast z badań przeprowadzonych we wrześniu przez serwis Ceneo.pl wynika, że aż 81 proc. klientów przed zakupem szuka opinii, rekomendacji i referencji na temat wybranych przez siebie produktów. To zdaniem internautów najlepszy sposób na sprawdzenie, czy dany e-sklep jest rzetelny, a oferowany produkt wart swojej ceny. Dlatego sklepy ostro walczą o pozytywne głosy w sieci. Niestety często walka ta jest nieuczciwa.

Siła rekomendacji

Z badań Ceneo.pl wynika, że 35 proc. e-klientów czyta opinie przed każdym zakupem, 40 proc. – tylko przy pierwszym kontakcie z danym sklepem, zaś co dziesiąty – tylko gdy zakupy mają dużą wartość.

– Internetowe opinie są wciąż najbardziej wiarygodną rekomendacją sklepu, całkowicie ufa im 7 proc. klientów, kolejne 20 proc. ufa tylko tym, które znajdują się w niezależnych serwisach zakupowych, a nie na przypadkowych forach dyskusyjnych czy na stronach własnych sklepów. 70 proc. klientów wierzy opiniom, choć podchodzi do nich z pewną dozą nieufności, zdając sobie sprawę z możliwych nadużyć – tłumaczy Anna Woźniak kierująca działem bezpieczeństwa i jakości w serwisie Ceneo.pl.

Walka z fałszywkami trwa od lat

We wrześniu 2013 roku generalny prokurator stanu Nowy Jork poinformował, że zawarł ugody z 19 firmami, które umieszczały fałszywe opinie w internecie. Były one publikowane przez użytkowników z Bangladeszu oraz Europy Wschodniej, którzy otrzymywali za każdy pozytywny wpis od 1 do 10 dolarów. Takie działanie zostało uznane za nieuczciwą reklamę, a firmy stosujące takie praktyki zostały ukarane wysokimi karami pieniężnymi.

Z procederem walczy też amerykański koncern Amazon. Gigant pozywa internautów, którzy stoją za nieprawdziwymi komentarzami, a także firmy, które za pieniądze publikują pochwalne komentarze w serwisie.

Amazon wymaga, aby osoby wystawiające recenzje dokonały zakupu za pomocą strony, zanim ich opinia będzie mogła zostać opublikowana. Ten prosty wymóg sprawia, że recenzować produkty mogą tylko klienci, których tożsamość została zweryfikowana, a jedna osoba może opublikować tylko jedną opinię dla danego produktu. Wszelkie zgłaszane do nas recenzje są wielokrotnie sprawdzane, aby upewnić się, że nie zawierają treści, które naruszają nasz regulamin. Jeśli klienci, w tym także producenci, zgłoszą zastrzeżenia do danej recenzji, ponieważ w ich odczuciu narusza ona nasze zasady, badamy taki przypadek i w ciągu kilku godzin podejmujemy odpowiednie kroki – tłumaczy Marzena Więckowska, rzecznik prasowy Amazon Polska.

Z oszustami na polskim podwórku zmaga się Opineo.pl, które stworzyło System Wiarygodnych Opinii. – Funkcjonujący w Opineo system umożliwia zbieranie opinii od klientów, ale tylko tych, którzy faktycznie dokonali zakupu lub skorzystali z usługi. Po dokonaniu zakupów klient otrzymuje od sklepu zaproszenie do wypełnienia ankiety – tłumaczy Paweł Kubiak, product develompent manager w Opineo.pl. Dzięki temu rozwiązaniu, jak mówią przedstawiciele serwisu, już prawie 2000 firm buduje wiarygodne marki w sieci. – Każda z uzyskanych w ten sposób opinii wnosi prawdziwą wartość dla innych klientów ponieważ wystawiona jest przez realnego klienta sklepu, który dokonał faktycznego zakupu – dodaje Kubiak.

Z oszustami od lat walczy też Ceneo.pl. 90 proc. pojawiających się w serwisie opinii jest pozyskiwanych w ramach prowadzonego od 2009 roku programu Zaufane Opinie (ZO). Pozostałe 10 proc. to zwykłe opinie dodawane poza ZO. Oznacza to, że może je dodać każdy użytkownik po zalogowaniu się w serwisie, ale niekoniecznie po dokonaniu zakupu. Natomiast Zaufane Opinie pochodzą wyłącznie od faktycznych klientów, którzy dokonali rzeczywistych zakupów.

– Każdego dnia użytkownicy Ceneo.pl wystawiają ok. 4,8 tys. Zaufanych Opinii i ok. 100 zwykłych. Każda z nich przed pojawieniem się w serwisie jest szczegółowo weryfikowana pod kątem jej rzetelności i uczciwości. Około 4 proc. Zaufanych Opinii i ok. 50 proc. zwykłych jest od razu ukrywanych, ponieważ znajdywane są powody świadczące o tym, że nie zostały wystawione przez prawdziwych klientów. Statystyki te wyraźnie pokazują, że skrypt Zaufanych Opinii jest mocno zabezpieczoną platformą, trudno przez niego dodać fałszywą opinię, a najwięcej nadużyć zdarza się właśnie wśród zwykłych opinii wystawianych poza programem ZO – podkreśla Anna Woźniak.

Przedstawiciele firmy nie zdradzają jednak know-how, które pozwala im odróżniać fałszywe opinie od tych prawdziwych. – Aspektów i narzędzi jest wiele, nie możemy jednak ujawnić konkretnych sposobów, w jaki sklepy fałszują opinie, żeby nie podpowiadać złych praktyk, i jednocześnie nie ujawniać naszego szczegółowego know-how, które pozwala nam coraz skuteczniej wykrywać fałszywe opinie. To trochę taka zabawa w kota i myszy, na szczęście kot jest zwinny, sprawny i ma bardzo dobry wzrok i węch – podsumowuje Anna Woźniak.

Marketing szeptany – czy to jest zgodne z prawem?

– Pisanie tzw. fałszywych komentarzy może być potraktowane jak działanie bezprawne na podstawie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji chroniącej prawa przedsiębiorców i na podstawie ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym chroniącej prawa konsumentów. Zgodnie z ustawą czynem nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy jest wypowiedź, która, zachęcając do nabywania towarów lub usług, sprawia wrażenie neutralnej informacji – wyjaśnia adwokat Marta Frankiewicz.

Jak mówią prawnicy, ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym stanowi, że nieuczciwą praktyka rynkową jest kryptoreklama, która polega na wykorzystywaniu treści publicystycznych w środkach masowego przekazu w celu promocji produktu w sytuacji, gdy przedsiębiorca zapłacił za tę promocję, a nie wynika to wyraźnie z treści lub z obrazów lub dźwięków łatwo rozpoznawalnych przez konsumenta.

Na pisaniu komentarzy można zarabiać

Na chwaleniu produktów w internecie można nieźle zarobić. Jak podaje Forbes.pl, w ciągu miesiąca doświadczony i sprawny agent marketingu szeptanego jest w stanie zarobić 5 tys. zł. Przeciętne stawki w branży marketingu szeptanego wahają się w okolicach 2-5 zł za post, w zależności od poziomu trudności tematu, który trzeba wypromować.

Okazuje się, że firmy, które zatrudniają tzw. szeptaczy, łamią prawo. Zdaniem prawników można mówić o bezprawnym działaniu takich firm. – Podmiot, który zlecił wykonanie reklamy naruszającej przepisy ustawy nie może zwolnić się od odpowiedzialności za taki czyn nieuczciwej konkurencji przez zawarcie umowy o opracowanie reklamy z firmą, która zawodowo zajmuje się taką działalnością – mówi Frankiewicz.

– Jesteśmy też świadomi skali zjawiska, jakim jest szeptany marketing. Bardzo nas niepokoi, że tego typu usługi są otwarcie oferowane przez wiele agencji marketingowych. Naszym zdaniem psuje to rynek i docelowo może obniżyć zaufanie i poczucie bezpieczeństwa u internetowych klientów – mówi Anna Woźniak. – Na bieżąco monitorujemy internet, wyszukujemy ogłoszenia oferujące pisanie opinii na zlecenie. Badamy działalność agencji i ich metod fałszowania opinii. W tej chwili zbieramy dokumentację, a nasz dział prawny przygotowuje się do podjęcia oficjalnych, systemowych kroków prawnych wobec tych podmiotów, które, oferując usługi marketingu szeptanego, robią biznes na nieuczciwości, oszustwie i niszczeniu wiarygodności polskiego rynku e-commerce – dodaje.

Jak odróżnić fałszywe opinie od prawdziwych?

linkolnOdróżnienie w sieci opinii prawdziwej od fałszywej jest często bardzo trudne. Jak tłumaczy dr Monika Kaczmarek-Śliwińska, doradca public relations i pracownik naukowy Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej, zarówno ta prawdziwa opinia, jak i fałszywa, mogą mieć podobne cechy. Dodatkowo „rynek” specjalizuje się i dziś osoby czy firmy zajmujące się tworzeniem fałszywych opinii reagują na bieżąco na uwagi użytkowników, którzy często podpowiadają, jak powinna wyglądać informacja, aby była uznana za prawdziwą.

– Zajmując się tą tematyką naukowo, zauważyłam, że można wyróżnić dwa rodzaje takich nieautentycznych działań – mówi dr Monika Kaczmarek-Śliwińska. – Pierwsze z nich (mimikra komunikacyjna online) polega na tworzeniu opinii przez podmioty o fałszywej tożsamości. Drugie zjawisko (mimezja komunikacyjna online) jest trudniejsze do zidentyfikowania przez użytkownika sieci, ponieważ polega na wytworzeniu fałszywego środowiska. Przykładem może być na przykład blog, utworzony z założeniem dokonywania nieautentycznych wpisów działających na rzecz określonej marki czy też dyskredytujących inną – tłumaczy.

– Z rzeczy praktycznych, na które z pewnością warto zwrócić uwagę, to na przykład pojawianie się w postach „użytkowników” dokładnych nazw produktów lub usług. Przeważnie, jeśli użytkownik dokonuje wpisu autentycznego, posługuje się nazwą potoczną czy skróconą, dość sporadycznie zamieszczając pełne jej brzmienie. Czasami takim wpisom towarzyszy używanie sloganów występujących w reklamach czy innych przekazach marketingowych – dodaje Kaczmarek-Śliwińska.

Robiąc rozpoznanie w internecie, zdaniem ekspertów zawsze należy zwrócić szczególną uwagę na datę wystawienia pozytywnych komentarzy. – W przypadku nagłego spiętrzenia się opinii w krótkich odstępach czasu może nam to wskazywać na duże prawdopodobieństwo manipulacji opiniami – mówi Paweł Kubiak z Opineo.pl.

– Jedną z najszybszych i najprostszych metod jest skopiowanie fragmentu opinii i wrzucenie jej do wyszukiwarki Google’a, często okazuje się, że autorzy szeptanek nie starają się nawet zmieniać swoich opinii wrzucanych na różnych forach, więc jeśli znajdziemy więcej niż jeden wynik z taką frazą oznacza to, że opinia jest efektem działań marketingowych – tłumaczy Jacek Karolak, strategy director w firmie K2.

Często też we wpisach, które są fałszywe, poza zachwalaniem produktu czy usługi pojawiają się uwagi krytyczne w stosunku do produktów czy usług konkurencji.

– Jeśli ktoś zna dobrze języki obce, może poszukać opinii i testów produktu także na zagranicznych serwisach, nawet jeśli w Polsce ktoś stara się manipulować opiniami, to już porównanie ich z opiniami z Niemiec czy Francji od razu pokaże, że coś jest nie tak. Do tego w niektórych krajach działają oficjalne instytucje chroniące konsumenta i robiące oficjalne testy porównawcze produktów z popularnych kategorii, to pewnie źródła obiektywnych informacji – wyjaśnia Jacek Karolak.

Zdaniem ekspertów internauci nie zawsze mają czas, aby rzeczywiście zebrać opinie mogące być podstawą decyzji zakupowych. Czasami po prostu szukają potwierdzenia swoich przypuszczeń czy wyrobionej wcześniej opinii. W takich sytuacjach fałszywe wpisy mają większą siłę rażenia i działają skuteczniej.

Tymczasem najbezpieczniej stosować zasadę ograniczonego zaufania i zwyczajnie weryfikować opinie poprzez poszukiwanie ich w różnych miejscach internetu. Zdaniem ekspertów warto też zwrócić uwagę na dane osób dokonujących wpisów. Jeśli podawane są dane personalne, ale nie można ich zidentyfikować na żadnym z portali społecznościowych, to trzeba zastanowić się nad ich autentycznością. Oczywiście nie musi być to regułą i nie każdy internauta ma konto na portalu społecznościowym, ale badania pokazują, że osoby dokonujące prawdziwych wpisów są aktywnymi użytkownikami sieci, dlatego powinny być obecne także poza miejscem dokonania wpisu.

– Wszystko zależy też od planowanego zakupu. Mam nadzieję, że użytkownicy z większą starannością weryfikują opinie, w przypadku planowania zakupów o znacznej wartości. Zawsze warto odwiedzić strony producenta produktu, kilka miejsc w internecie. Dobrą praktyką też jest poszukiwanie informacji u użytkowników, którzy przynajmniej teoretycznie są zarejestrowani swoimi prawdziwymi danymi osobowymi, na przykład na Facebooku – podpowiada dr Monika Kaczmarek-Śliwińska.

Skala problemu

Trudno szukać wiarygodnych badań obrazujących skalę problemu. Rozmawiając jednak z ekspertami, często problem fałszywych opinii w sieci określany jest mianem „duży”. – Z pewnością fałszywe opinie i rekomendacje są problemem. O ile w przypadku drobnych zakupów, których kwoty nie są wysokie, użytkownik w przypadku złego wyboru może czuć rozczarowanie, o tyle w sytuacji, gdy zakup jest obciążeniem finansowym albo jest wyczekiwaną niespodzianką, może wiązać się również ze znacznymi stratami – mówi dr Monika Kaczmarek-Śliwińska.

– Odrębną kategorią są usługi, które mogą zaważyć na zdrowiu lub życiu korzystających z informacji (fałszywe wpisy w obszarze usług medycznych) czy też polecające nierzetelnych specjalistów (doradców i specjalistów różnego typu) – dodaje.

– Póki co nadal ufamy opiniom w internecie, co oznacza, że albo to zjawisko jest w miarę opanowane, przynajmniej w największych serwisach, albo że sztucznie polecane produkty są i tak na tyle wysokiej jakości, że nie czujemy się oszukani – tłumaczy Michał Sławiński, social media innovation director w K2.

nellNell Przybylska Dziennikarka Onetu, Biznes.pl i Forbes.pl

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.