Hand made in China

kaja50th.jpgLubię patrzeć na pociągi towarowe przecinające kanadyjskie i amerykańskie przestrzenie. Wijące się w nieskończoność gąsienice wiozące na grzbietach blaszane kontenery pełne jakiś zupełnie nieistotnych, chińskich towarów, które z niezrozumiałego dla mnie powodu są ludziom koniecznie potrzebne do życia.

Przeraża mnie masowa produkcja dóbr, zalewająca świat fala bylejakości, zastanawia zasadność istnienia chociażby ręczników we wszystkich możliwych odcieniach. Doszliśmy (my – ludzkość) do niepokojącego momentu, w którym wydobycie ropy, dostar- czenie jej do rafinerii, przetworzenie na plastik, wyprodukowanie z niego plastikowej łyżeczki, dowiezienie jej (i miliona innych) do sklepu, wyjście po zakupy, sam zakup i dostarczenie jej do gospodarstwa domowego uważamy za mniejszy wysiłek niż umycie metalowej łyżeczki po skończeniu posiłku. Produkujemy wszystko w krajach, gdzie siła robocza jest na tyle tania, że nawet transport morski, a potem lądowy kalkulują się lepiej, niż otwarcie linii produkcyjnej w kraju rodzimym. Trzeba się naprawdę nagłowić i nastarać, by z egzotycznej podróży przywieźć oryginalne, ładne, wartościowe pamiątki. I żeby nie dać się po drodze oszukać. Turysta w wielu miejscach świata to spacerujący na dwóch nogach bankomat – łatwowierny kąsek dla naciągaczy. W oszustwach i matactwach przodują kraje azjatyckie, głównie Chiny i Indie. W Chinach, jako że turystyka jest odgórnie sterowana i kontrolowana przez partię, nie sposób ominąć słynnych wizyt w fabrykach. A to hodowla pereł, a to warsztaty rzeźbienia w jadeicie, a to jedwab, a to lecznicze specyfiki na wszelkie możliwe schorzenia. Schemat jest zawsze taki sam: uprzejme, wyuczone prymuski oprowadzają po w

ystawie związanej z produkcją danego dobra, pokazują jak co powstaje, można z bliska przyjrzeć się ciężkiej pracy artystów i rzemieślników, następnie przechodzi się do eleganckiego, lśniącego czystością salonu, gdzie wystawione są produkty końcowe, odpowiednio wyeksponowane i oświetlone. Ceny zazwyczaj sięgają tu zenitu, ale w zamian ma się gwarancję oryginalności produktu, co poświadcza odpowiedni certyfikat jakości. W Indiach dochodzi element emocjonalności i beznadziei – jedwabie tkane są pokazowo w słabo oświetlonych katakumbach przez przeraźliwie chudych, amorficznych ludzi. Wielu turystów przymknie oko na ewidentnie zbójecką cenę, poprawiając sobie zakupami samopoczucie i wierząc przy tym, że wydane dolary zasilą domowe budżety zabiedzonych prządek.

Z lokalnymi targami rzecz ma się trochę lepiej  – tu mamy przynajmniej wolną rękę i pozorną wolność kupowania. Na targu trudno zastać ciszę i spokój, te jednak nie idą w parze z jarmarcznym charakterem targu samego w sobie, trudno więc wymagać komfortu upłynniania gotówki. Na każdym targu lokalnego rękodzieła obowiązuje zasada nawoływania. Nagabywanie, namawianie, zachwalanie swojego towaru przyjmują różne formy – w Peru starowinki płaczliwymi głosami zawodzą „señora, mira, look, baby alpaka”, próbując sprzedać wełniane swetry, czapki i koce, których żywot kończy się zazwyczaj przy pierwszym praniu. W Wietnamie i Tajlandii kiedy kupi się jedną, konkretną, upatrzoną rzecz, natychmiast jest nam oferowane kilka następnych, w cenach znacznie bardziej przystępnych, w pakietach i zestawach. Kupiłam jeden jedwabny szlafrok w chińskie smoki? Na pewno potrzebuję drugi dla mamy albo dla najlepszej przyjaciółki. Nie potrzebuję? To może t-shirt dla męża albo koronkowy wachlarz, przecież taki dziś upał… Niełatwo się odgonić od naprzykrzających się na każdym kroku sprzedawców, niełatwo zachować cierpliwość i przyjemność kupowania. Na azjatyckich targowiskach piętrzą się podróbki markowych torebek, zegarków, okularów przeciwsłonecznych, butów czy kosmetyków. Przoduje PatPong w Bangkoku, uważany za najlepszy targ najbardziej oryginalnych fałszywek. Za kilkadziesiąt dolarów można tu nabyć falsyfikat każdego dowolnego dokumentu – na pierwszy rzut oka nie do rozróżnienia. Bułgarskie prawo jazdy? Legitymacja pracownika lotniska w Singapurze? Somalijski paszport? Na PatPongu podobno nie podrabia się jedynie legitymacji FBI.
Handlarze w wielu popularnych turystycznie miejscach świata posiedli tajemną wiedzę w dziedzinie handlu zagranicznego, której nie zdobędzie się na żadnej uczelni. Zrobili ten wysiłek by w kilku językach (w tym polskim) nauczyć się paru podstawowych zwrotów. W ten sposób w Świętej Dolinie Inków kupić można świeżo wyciskany siok pomarańciowy, przy świątyni buddyjskiej Borobudur koło Yogyakarty usłyszeć nawoływania: łyżka do kartofli czy bardzo ładna pami-ontka, a nawet, przy kolejnej odmowie kupna zupełnie nam niepotrzebnej, kiczowatej maski – agresywne – targuj się!
Najpiękniejsze, najbardziej prawdziwe, powstające w przydomowych warsztatach rękodzieło widziałam na Bali, wyspy której mieszkańcy są wyjątkowo uzdolnieni plastycznie. Powstają tu przepiękne (słynne na całym świecie) balijskie rzeźby z kamienia i różnego rodzaju drewna, bogato zdobione meble,  tęczowe batiki, obrazy i ozdoby ze srebra. Najbardziej urzekła mnie jednak produkcja pamiątkarska na Madagaskarze. Nigdzie dotąd nie widziałam tak rozwiniętego przemysłu wytwórczego opartego o recycling. Garnki z odzyskiwanego aluminium w Ambatolampy to nic przy produkcji miniaturowych samochodzików z cynowanej blachy pochodzącej z puszek po przecierze pomidorowym i misternie wykonanych rowerków z drutu, blachy, żyłki, kawałeczków drewna robiących za siodełka i fragmentów przeźroczystych rurek z przeterminowanych zesta- wów kroplówkowych, świetnie imitujących opony. Miejscem jeszcze bardziej niezwykłym okazało się Atelier Artystyczne, w którym wykonuje się ozdoby i sztukę użytkową z rogów zebu. Atelier, słowo w samym znaczeniu niosące pewną dozę elegancji, w wersji malgaskiej jest drewnianą półbudką krytą blachą falistą, gdzie przy szlifierce wykonanej z silnika od starej pralki, z ostrzem wyciętym z dna beczki na wodę z ręcznie wyrżniętymi ząbkami i szczotką do polerowania ze starych dżinsów produ

kuje się cuda z rogu, od naszyjników, bransolet i kolczyków, przez kuchenne łyżki do sałat, miseczki, kubki, zestawy domino i kości do gry po piękne rzeźby. Kości oddzielone od rogu we wrzątku mieli się na proch i użyźnia nimi ziemię pod uprawy. Nic się nie marnuje. Niczego się nie wyrzuca. Wszystko można powtórnie wykorzystać.
Ładny jest też ukłon w stronę folkloru i tradycyjnego wzornictwa w projektowaniu pamiątek z Polski. Motywy łowickich wycinanek, góralskich parzenic czy kurpiowskich ornamentów roślinnych pojawiają się na torebkach (szczególnie linia etno od Goshico), zeszytach, kalendarzach, kubkach, serwetkach, zegarkach i poduszkach (zobaczcie na www.folkstar.pl). A Basia, moja koleżanka z podstawówki, otworzyła właśnie z siostrą w Krakowie przy Nadwislańskiej 11 sklep z rzeczami od polskich producentów i projektantów, głównie bazując na polskim rzemiośle współczesnym. Bo meble można zrobić nawet z drewna ze starych łodzi flisackich…

REKLAMA_marchbreak_kolor

Kaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.