Granice absurdu

Każdy, kto przekraczał lądową granicę między Kanadą a USA, zna przynajmniej jedną, absurdalną historię, którą można by tu przytoczyć.

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Kiedy Europa się otwierała, a narodowe stacje telewizyjne transmitowały relacje z likwidowania strażniczych budek i wspólnego przecinania szlabanów, granica między Stanami Zjednoczonymi i Kanadą zaczęła się coraz bardziej uszczelniać. Od 2009 roku Kanadyjczycy nie mogą wjechać na terytorium Stanów bez paszportu. Prawo jazdy już nie wystarczy. A i tak pierwsze pytanie, które pada to pytanie o narodowość, tak jakby wręczony chwilę wcześniej paszport nie zawierał odpowiedzi.  Schody zaczynają się jednak dopiero przy temacie wwożenia artykułów spożywczych, alkoholu czy papierosów. Kiedy pierwszy raz dwa lata temu leciałam z Toronto do mojej siostry do Albuquerque w Nowym Meksyku, wiozłam całą walizkę polskiego jedzenia. Kiszone ogórki, majonez, słodycze, przyprawy, śledzie, pączki, twaróg, powidła… wszystko, czego nie można kupić na ziemiach Navaho.  Okazało się wtedy, jak wieloma mitami obrósł problem przewozu jedzenia. Dla potrzeb własnych (czyli nie na handel) przewieźć można legalnie z Kanady praktycznie wszystko – poza cytrusami i innymi tropikalnymi, świeżymi owocami oraz kubańskimi cygarami, objętymi ścisłym zakazem. Jabłka, które wyrosły i dojrzały w regionie Niagary, kiełbasa od Eddies’a odpowiednio zapakowana i oznaczona (skład, miejsce produkcji plus rachunek zakupu), oleje roślinne, sosy, wypieki, słodycze, twarde sery (żółte, pleśniowe czy  twarogi), produkty mleczne, produkty zapuszkowane i pakowane próżniowo, ryby i owoce morza (świeże, mrożone, suszone, wędzone, puszkowane, gotowane), suszone owoce, soki (w oryginalnych opakowaniach producenta), kawa i herbata, miód i pochodne, suszone przyprawy (oprócz nasion i cytrusopochodnych), produkty mączne, surowe i suszone grzyby (oczyszczone z ziemi i grzybni) wjadą do Stanów Zjednoczonych bez żadnego problemu. Nikt nie powinien kwestionować jakichkolwiek orzechów (jeśli są bez łupinek), aloesu, kokosów, obranego czosnku czy imbiru,  (w razie wątpliwości dotyczących owoców i warzyw przez wyjazdem sprawdźcie ich status w rejestrze FAVIR). Do Stanów z Kanady wwieźć można karmę dla zwierząt domowych, przetworzone produkty mięsne zawierające wołowinę, wieprzowinę, drób, cielęcinę, mięso bizona i dziczyznę. Obecnie zakazem objęte są produkty zawierające mięso owiec i kóz, a myśliwi mogą przewozić mięso upolowanych zwierząt (konieczna licencja myśliwska). Jest jednak jedna, święta zasada –  wszystkie produkty spożywcze należy zgłosić, jeśli zostaniemy o nie zapytani. Niezgłoszenie może zaowocować karą nawet do 10,000$, bo tu już chodzi nie o fakt próby przemytu trzech jabłek, a o próbę okłamania urzędnika państwowego.

Kolejna kwestia to zakupy w Stanach. Odkąd mieszkamy w Niagarze, przysłowiowy rzut beretem od granicy, zdarza nam się (czy też bardziej – do niedawna nam się zdarzało) robić okazjonalne zakupy w Buffalo. Wiadomo – taniej, lepsze promocje, a wracając można dotankować o jedną trzecią prawie tańsze (podobno kanadyjskie) paliwo. Dowiedzieliśmy się od kogoś, że zmieniono przepisy w czerwcu ubiegłego roku i że można z takiego kilkugodzinnego wypadu przywieźć zakupy o wartości do 200 USD nie płacąc przy tym cła. I kursowaliśmy tak, a to do TJ Maxx, a to do outletu, za każdym razem wyraźnie deklarując na granicy co kupiliśmy, w jakiej cenie, z rachunkami potwierdzającymi naszą prawdomówność i dobrą wolę. I wszystko szło gładko do dnia, w którym trafiliśmy na wyjątkowo dociekliwego celnika. Celnik (z nieukrywaną satysfakcją) oświadczył nam, że dziurawą mamy wiedzę o przepisach, bo zakupy, owszem i można, do 200 USD bez cła, ale tylko wtedy, gdy przebywało się poza Kanadą przynajmniej 24 godziny. Na nic się zdały dyskusje, zapłaciliśmy frycowe i już do Buffalo na zakupy nie jeździmy.

Najbardziej mrożące krew w żyłach momenty przeżyliśmy jednak nie tu, a na południu, na granicy amerykańsko-meksykańskiej i to całkiem niedawno, bo w ostatnie dni grudnia. Byliśmy wtedy w Kalifornii i mieliśmy jechać z San Diego do Palm Springs, ale plany się nam po drodze zmieniły i wylądowaliśmy na noc w Mexicali, po drugiej stronie granicy. Meksykańska kontrola ograniczyła się do otwarcia bagażnika i informacji dokąd jedziemy. Nikt nawet nie zajrzał na nasze paszporty. Rano sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Amerykański celnik nie uwierzył w naszą stuprocentowo prawdziwą historię o tym, że do Meksyku wjechaliśmy tylko przenocować, bo hotele były o niebo tańsze. W bagażniku mieliśmy winogrona, banany, sery i pół butelki whiskey z meksykańskiej kolacji kupionej w lokalnym supermarkecie.  Samochód przeszukano od podłogi do sufitu, od schowków po podwozie, przy pomocy lusterek, psów i kilku postawnych, groźnie wyglądających oficerów straży granicznej. Nikt nie powiedział słowa na temat owoców i alkoholu. Oddali nam dokumenty i pozwolili jechać dalej. Szukali narkotyków. A nam podczas kontroli przed oczami, w tej samej sekundzie, przewinęły się wszystkie zasłyszane historie o turystach-jeleniach, którym bez ich wiedzy, nocą, na parkingu, podklejono pod samochodem kilka kilogramów heroiny…

Przepisy celne Chile należą do najbardziej restrykcyjnych na świecie. Nie można wwieźć niczego, co mieści się w kategorii „organiczne”. Pierwszy przykład na to, jak daleko posunięta jest obsesja Chilijczyków i ich strach przed zarazą, która mogłaby zniszczyć główną gałąź gospodarki – hodowlę owoców i warzyw) mieliśmy kilka ładnych lat temu, gdy latem, z narciarzami jechaliśmy z argentyńskiego Las Lenas do Portillo. Najstarszy w Chile resort narciarski leży przy samej granicy, tym bardziej więc dłużył się nam czas oczekiwania, kiedy całą grupę zatrzymano na granicy z powodu jednego, niespotykanej urody, skręconego korzenia, który jeden z narciarzy zabrał na pamiątkę z wycieczki do wnętrza wygasłego wulkanu. W Chile zarekwirowano nam także indiańską maskę z peruwiańskiej Amazonii i dokonano rytualnego niemal spalenia worka ziemniaków. Chilijskich zresztą, przewiezionych do Argentyny i z powrotem, podczas eskapady do Patagonii.

Podobnie surowe przepisy posiadają Australia i Nowa Zelandia. Niezadeklarowanie australijskiego miodu skończyło się dla jednej z naszych podróżniczek karą 400$. Tu, podobnie jak w USA czy Chile zadeklarować należy każdą żywność, łącznie z batonami energetycznymi. Do Singapuru nie wolno wwozić gumy do żucia, zapalniczek w kształcie rewolwerów, petard, materiałów obscenicznych oraz pirackich płyt CD, oprogramowań komputerowych i filmów. W Indonezji od powszechnie przyjętych standardów odbiega zakaz wwożenia dużych odbiorników telewizyjnych, wież hi-fi, radioodbiorników i magnetofonów.  Za próbę wwozu lub wywozu narkotyków grożą za to surowe kary, łącznie z karą śmierci, podobnie jak w Singapurze czy Tajlandii. I nijak ma się to do powszechnej sprzedaży narkotyków na ulicach Kuty na Bali czy zupełnie legalnych grzybków halucynogennych. Tymczasem z Gdańska można przejechać na Sycylię z pełnym bagażnikiem spirytusu i trzeba mieć naprawdę dużego pecha, by kogokolwiek to zainteresowało. Więc gdzie leżą granice absurdu?

Kaja Cyganik
REKLAMA_portugalia_kolorwww.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.