Gdzie szosy biała nić, tam, bracie, chce się żyć

  Święta minęły, kończy się stary rok, Jędrzej postanawia wyruszyć w drogę i nowy przywitać u naszej siostry w Albuquerque.
Nie poleci samolotem, nie pojedzie Greyhoundem. Jędrzej chce do Nowego Meksyku dostać się autostopem. Każdy, komu mówi o tym pomyśle, puka się w czoło i każdy ma tysiąc dobrych rad, choć nigdy sam autostopem po kontynencie północnoamerykańskim nie jeździł. Kupujemy w Staples fluorescencyjny pomarańczowy karton i gruby, czarny marker. Jędrzej na pierwszej ćwiaphotortce pisze „Detroit” i planuje noclegi w kolejnych miastach na trasie przez couchsurfing. Wieczorem 26 grudnia piszę do siostry: „No to trzymaj kciuki za Kierowców po drodze!!! Młody wyrusza stopem do ABQ”. W sobotę rano Jędrzej zaczyna podróż na parkingu przy Tim Hortons w Woodstock zaraz przy wylocie na Hwy 401. Przystanek Woodstock. W samo południe napisał „ Jestem w Sarnia, zaraz wjeżdżam do USA. Dam znać wieczorem. Podziękuj M. i Tobie dziękuję za wszystko, do zobaczenia po drodze, jesteśmy w kontakcie”. Trzy godziny później układ szkiełek w kalejdoskopie przechodzi w zupełnie nowy pejzaż. Już nie taki kolorowy. Wieczorem spotykamy się w London.
„Pospieszyłem się. Podróż do Stanów i z powrotem do Toronto zajęła mi jeden dzień. Spotkanie ze służbą graniczną Stanów Zjednoczonych przypomniało mi, że nie można się tak spieszyć, że trzeba po kolei. W London zatrzymałem Angelę, 46-letnią Kanadyjkę z niewinną historią kryminalną, niejasnymi papierami emigracyjnymi i bardzo długim, pokręconym życiorysem. Zanim wpuściła mnie do auta, wypytała o narkotyki, broń, wizę, cel podróży. Stwierdziła, że chyba po prostu mam duże oczy i nie jestem groźny, więc mogę przejechać granicę z nią, ona jedzie tylko po zimowe opony, bo wszystko w Stanach tańsze. Nie bała się mnie zabrać, zawsze bierze autostopowiczów, wcześniej miała psa, a teraz wozi to – To – powiedziała wyciągając ogromny młotek spod siedzenia i uśmiechając się do mnie dobrodusznie. Bała się, że to jej nie przepuszczą i będę musiał jakoś sobie radzić sam, pieszo, na moście u ujścia rzeki St. Clair do jeziora Michigan, na przejściu samochodowym bez przejścia dla pieszych, w Sarnia, Ontario/Port Huron, Michigan. Ale to ona musiała radzić sobie ze m(vicinity)_March_1936ną, bo ja okazałem się problemem. Nie dość, że byłem autostopowiczem, to jeszcze z Polski, tego już było za dużo. Gdziekolwiek by się to państewko nie znajdowało, w Stanach jest oczywiście masa Polaków, a jeszcze więcej chce się nielegalnie zakraść do tego konsumpcyjnego El Dorado. Na pewno przeszedłem skomplikowaną procedurę aplikacyjną i spędziłem miesiąc w Toronto po to, żeby móc się nielegalnie wyprowadzić do USA. Na pewno miałem jakiś związek ze strzelaniną na granicy w Detroit przed tygodniem. Na pewno chciałem wykorzystać i zabić tę bogu ducha (a komuś tam odszkodowanie) winną obywatelkę Kanady, niegdyś mężatą z Amerykaninem, wcześniej i później z innymi mężczyznami, matkę dwójki dzieci, poszkodowaną na zasiłku socjalnym. Najpierw zostałem przesłuchany przez życzliwą panią oficer, potem zakuty w kajdanki i przeszukany przez dwóch innych służbistów, którzy pytali o to gdzie kupiłem spodnie i czy moje włosy są prawdziwe. Na pytanie o najgorszą sytuację, jaka przydarzyła mi się podczas moich podróży odpowiedziałem, że to właśnie sytuacja bieżąca. Odmówiono mi wjazdu do USA mimo wizy, za którą zapłaciłem pół tysiąca złotych i mimo pozwolenia na pracę w Kanadzie, która jest na pewno lepszym miejscem do pracy, szczególnie w przypadku posiadania pozwolenia. Mimo to wyrzucono wszystko z mojego plecaka, ściągano mi buty, kazano czekać, aż stary sprzęt do ściągania odcisków palców zacznie działać. Zaczarowane Stany Zjednoczone nie pozwoliły sobie na ryzyko dopuszczenia mnie do swoich tłustych bebechów. Miałem scyzoryk w plecaku, za mało gotówki i brak biletu wyjazdowego, więc na pewno chciałem się wśliznąć do chicagowskiego rynsztoka i parać się drobnymi przestępstwami, by jakoś związać koniec z końcem w bejsmentach polskiego Jackowa. Pocieszyli mnie, że tym razem przynajmniej moja wiza nie zostanie anulowana i odesłali z powrotem rozklekotaną mazdą za czterysta dolarów. W amerykańskiej bazie danych na pewno już znajduje się hiperlink pomiędzy mną a Angelą, z którą wróciłem na kanadyjską stronę i dalej do London, do jej domu. Potem się okazało, że Angela wcale nie jechała na zakupy, ale właśnie była na swoim własnym zakręcie, w drodze po amerykańskie sny, więc gdyby nas puścili, to prawdopodobnie pojechalibyśmy razem aż do Albuquerque z naszym młotkiem i scyzorykiem, jak Bonnie i Clyde. Niewykluczone, że jeszcze pojedziemy, teraz się znamy już całkiem nieźle, nikt jej nie zarzuci, że bierze obcych z drogi, mają tę informację w swoich komputerach. Tymczasem wpadliśmy do rezerwatu Indian Onaida po fajki i garnki i już bez grama stresu dotarliśmy do jej domu. Spędziliśmy ze sobą prawie cały dzień, więc byłoby co opowiadać. Na razie wniosek z tych wszystkich historii jest taki, że są dobrzy i źli ludzie na całym świecie, ale jak straż graniczna, to tylko w Rosji.  Jak przechodziłem granicę rusko-łotewską, zadeklarowałem 8 paczek papierosów. Okazało się, że można dwie, ale jechałem z dwiema osobami w samochodzie, więc celnik zasugerował: Weźmiesz dwie, dwie koleżanka i kolega dwie, a pozostałe dwie ja wezmę. I wziął, w kieszeni schował sobie”.autostop
Nowy Rok zamiast na wysokogórskiej, mroźnej pustyni Nowego Meksyku Jędrzej wita więc z nami w niemniej mroźnym, ale bardziej śnieżnym lesie na Kaszubach. Jego wielkie oczy robią się jeszcze większe, gdy oświadczam mu, że z braku planu zrodził się spontaniczny wypad do Wilna, że zatrzymamy się w domu, który wynajęli znajomi, przy ulicy Szczipior i że mamy duże szanse na zimne piwo Żubr podawane w jedynej wioskowej tawernie. Dojeżdżamy nocą, tawerna zamknięta, żywej duszy, cisza. Nowy Rok nadchodzi niepostrzeżenie, gdy biegamy po zimowym lesie i wypatrujemy gwieździstych konstelacji na dalekim, mroźnym niebie. Luksusowa jest zimna i gęsta, w opuszczonej szopie mieszkają dwa grube koty i porozrzucane w nieładzie, opuszczone i przykurzone książki, z czego najbardziej zapada nam w pamięć ta zatytułowana „muzyka dla nieproszonych gości”.  Rozmawiamy trochę o planach na przyszły rok, trochę o różnych ludziach, ale najwięcej o „human design” – nauce tłumaczącej nasze uwarunkowania charakterologiczne w oparciu o astrologię, czakry, Księgę Przemian Yijing i kabałę. Świat pełen fajerwerków, strzelających korków od szampana, krzyków, wiwatów, bijących północ zegarów, składanych życzeń i obietnic został gdzieś bardzo daleko. Jest noc, las i niezwykła, pradawna, zagubiona w wielkomiejskiej codzienności energia.
Na Amerykę przyjdzie jeszcze czas. Następnym razem na pewno się uda, możecie się o tym sami przekonać na blogu Jędrzeja:

www.strumienzdumien.blogspot.com

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.