Floating – narzędzie medytacji dla leniwych

Od tysięcy lat jogini, rishi i mistycy Wschodu zaczynali wszelkie praktyki od uciszenia swojego umysłu. Umysł ludzki porównywali do pijanej małpy, która skacze, wrzeszczy, szaleje, ale efekty tego wysiłku nie przynoszą mu żadnego pożytku.

Jeśli chcemy coś dogłębnie zrozumieć, poznać trudne tematy, musimy osiągnąć głębszą koncentrację, wyciszyć swój umysł, uspokoić tę pijaną małpę. Cóż dopiero mówić o prawdziwym kontakcie z własną Jaźnią i światem duchowym bez wyciszenia umysłu. Już św. Augustyn mówił – Wejdź w samego siebie, we wnętrzu człowieka mieszka prawda. Stopień jej poznania zależy od głębokości penetracji w pogrążonym ciszą umyśle. Późniejsza nauka zachodnia zgłębiała ten problem wraz z pojawieniem się wielu nerwic, chorób psychosomatycznych, kiedy wprowadziła do terapii tzw. treningi autogenne Schulza i Jacobsona.

Floating – Termin nie mający jeszcze polskiego odpowiednika, określający deprywację sensoryczną, polegającą na odcięciu bodźców zewnętrznych (wzrokowych, słuchowych i dotykowych) poprzez zamknięcie się w kapsule wypełnionej roztworem czterosiarczanu magnezu.

Ćwiczenia te, wprawdzie bardzo skuteczne, ale wymagające wysokiej świadomości pacjenta i samozaparcia w systematycz- ności nie są zbyt popularne.
Człowiek Zachodu zawsze dążył do ominięcia trudnych metod treningów autogennych, długich medytacji stosując ich sub- stytuty w postaci środków psychodelicznych, które skracały ten czas, ale nie dawały pożądanych efektów. Dopiero w 1954 roku w trakcie sporów o to, czy świadomość jest tylko zjawiskiem reaktywnym, czy też powstaje samodzielnie w umyśle, neurobiolog John Lilly opracował nowatorski sposób zbadania tego problemu: należało odizolować umysł od wszelkich źródeł zewnętrznej stymulacji i sprawdzić, jak wtedy będzie się zachowywał. Dziwnym trafem miejsce pracy Lillego, Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego w Beteździe, w Maryland, posiadał dźwiękosz- czelny zbiornik zbudowany w czasie II wojny światowej do badań nad metabolizmem nurków głębinowych. W ten sposób narodziła się pierwsza komora deprywacyjna. Przypominała ona wielką, postawioną pionowo trumnę, w której pływak był zawieszony w wodzie, mając na twarzy gumową maskę do oddychania. Pomimo tej ponuro wyglądającej aparatury, w czasie swych sesji floatingu Lilly dostrzegł, że umysł wcale nie jest reaktywny i że „wiele, wiele stanów świadomości” wyłania się z całkowitej izolacji. Lilly połknął bakcyla floatingu.
W 1972 roku programista komputerowy Glenn Perry uczestniczył w jednym z warsztatów Lillego i tak zafascynował się floatingiem, że następny rok poświęcił na skonstruowanie pierwszej niedrogiej komory do prywatnego użytku. Do dziś jego komora deprywacyjna „Samadhi” (nazwa nawiązuje do najgłębszego stanu medytacji) jest jedną z najbardziej popularnych typów komór,
Wybitne osobistości kultury, takie jak Gregory Bateson i guru samodoskonalenia Werner Erhard odwiedzali dom Lillego, aby wypróbować jego komorę. Wieść się rozeszła. W 1979 roku Perry otworzył pierwsze komercyjne centrum floatingu w Beverly Hills.
Popularność floatingu nabrała rozpędu po premierze kultowych Odmiennych Stanów Świadomości w 1980 roku. Film ten – psychodeliczny SF z odrobiną horroru – opowiadał o dr. Edwardzie Jessupie,

Film “Odmienne stany świadomości” (Altered States) z 1980 r.https://www.cda.pl/video/12827389

wzorowanym na Lillym naukowcu, który w trakcie serii wzmocnionych przez środki halucynogenne sesji floatingu przeżywa kolejne etapy ewolucji hominidów „poza masę i materię, a nawet poza energię, z powrotem aż do pierwszej myśli”. Sukces filmu dowodził rodzącego się mistycznego czaru floatingu. Po tym jak zespoły takie jak Philadelphia Eagles i Philadelphia Phillies zainstalowały komory deprywacyjne w swoich centrach treningowych w 1980 roku, wygrały one Super Bowl i World Series. W połowie lat 80-tych celebryci tacy jak John Lenon i Robin Williams zakupili własne komory deprywacyjne.
Obecnie wiele osób, niekoniecznie bogatych jest właścicielami takich osobistych kapsuł deprywacyjnych, gdzie w odpowiad jącym sobie czasie dokonuje floatingu. 60 lat udoskonalania eksperymentów Lillego zaowocowało prawie doskonałą aparaturą. Przeczytajmy co na ten temat mówi jeden z takich właścicieli.
Kładę się na plecach, drzwi dokładnie nad moją twarzą. Zamykam je. Całkowita ciemność, jak nocne, bezgwiezdne niebo. Woda ma przyjemną temperaturę – 34 stopnie Celsjusza, aby dorównać temperaturze ciała – i tak nasycona solą Epsom (400 kg!), że wydaje się, że pływasz w ciekłym jedwabiu. Faluję, jak szczątki wraku bądź zbędny balast wyrzucony za burtę (mój umysł zaczyna analizować różnice pomiędzy tymi określeniami, próbując uchwycić się czegoś, czym mógłby się zająć). Cisza ogłusza, zwykle przerywam ją kilkoma głębokimi oddechami. I tak zaczyna się 90-minutowa sesja.
Jeśli próbujesz opisać komuś floating, to mało kto potrafi cię zrozumieć. I są ku temu powody: floating jest dziwny. W zasadzie we wszystkich dziedzinach życia spędzanie czasu wolnego opiera się na wyraźnej obietnicy stymulacji zmysłowej. Większość czasu i pieniędzy, jakie ludzie przeznaczają na rozrywkę idzie w kierunku doświadczania dokładnego przeciwieństwa tego, co oferuje kapsuła: bogactwa smaków, dźwięków, zapachów i widoków.
Wolność jaką daje nam kapitalizm, jest niczym innym niż wolnością pobudzania zmysłów, kiedy i w jaki sposób tego pragniemy. Tego rodzaju wolność jest tym, co wielu uważa za osiągnięcie naszych czasów, stąd odmawiamy jej naszym więźniom. Pragniemy większych, głośniejszych, bardziej spektakularnych rzeczy. Kina IMAX, kluby z wieloma parkietami, kilkudaniowe posiłki – czysta uczta zmysłów, „hedonistyczna karuzela”, która koreluje bezpośrednio z ceną. Łakniemy tego naszą ewolucyjną biologią, tak jak łakniemy cukru, chociaż wiemy, że od niego tyjemy. Pusta utopia Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya jest przykładem logicznego rozwoju tej tendencji: społeczeństwo świadomie poświęca swą wolność w zamian za „idiotyczne szczęście” nieustających doznań zmysłowych.
Wiele badań naukowych sugeruje, że floating pomaga w kreatywności, poprawia sprawność fizyczną i umysłową, poprawia wyniki w gimnastyce, łucznictwie, w piłce nożnej, nawet muzyce.
Istnieją solidne dowody, że kapsuła zmniejsza stres poprzez obniżenie poziomu kortyzolu i kwasu wanilino migdałowego we krwi. Substancje te są hormonami adrenalinowymi. Obniżenie poziomu tych hormonów służy między innymi złagodzeniu nadciśnienia i uporczywego bólu. W badaniu z 2011 roku, pacjenci z syndromem bólu zwanym fibromialgią stwierdzali średnio 30 procentowy spadek poziomu stresu i 33 procentowy spadek napięcia mięśni, trwający ponad dwa dni po każdorazowej sesji floatingu.
Badania sugerują, że floating może łagodzić bóle reumatologiczne, bóle karku, uporczywy ból dolnego odcinka kręgosłupa, migreny i syndrom przedmiesiączkowy.

Na koniec, istnieją dowody, że floating może pomóc w leczeniu chorób psychicznych. Redukuje on lęk i depresję, pomaga przeciwdziałać psychicznemu wypaleniu i łagodzi symptomy zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. W jednym z badań wyraźnie potwierdzono przydatność floatingu w łagodzeniu zaburzeń snu. Istnieją dowody, że zarówno zachowania nałogowe, jak i zaburzenia jedzenia można złagodzić dzięki sesjom w kapsule floatingowej. Jednym z najbardziej interesujących obecnie zastosowań floatingu są jego możliwości terapeutyczne w zespole stresu pourazowego, szczególnie wśród weteranów wojennych.
Wszystkie dane wskazują, że częstsze doświadczanie tego, czego wielu świadomie stara się uniknąć – wyciszenia zmysłów – może pomóc w wielu dolegliwościach. To sprawia, że zaczynam się zastanawiać: dlaczego floating wciąż jest tak niszową formą terapii? Tak bardzo boimy się nudy, stawania „twarzą w twarz z samym sobą”, że wolimy raczej pozostać chorymi niż tego doświadczyć?
Wkrótce po tym, jak ciało zaczyna doświadczać nieważkości, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Komora deprywacyjna można powiedzieć jest metodą, która jest najbliższa doświadczeniu psychodelicznemu bez zażywania psychodelików. Czas traci swój zwykły kształt. Podobnie przestrzeń. Wydaje się, jakbym wolno wirował, jak szprychy wielkiego koła. Następnie koziołkuję, powoli, najpierw głowa, później pięty. Ginie wszelki porządek rzeczy. Otwiera się przede nami olbrzymia kraina pomiędzy snem a jawą.
Siedemnastowieczny francuski filozof Blaise Pascal stwierdził, że „wszystkie problemy ludzkości mają swoje źródło w tym, że człowieka nie potrafi spokojnie i w samotności usiąść w swoim pokoju”. Czyż nie miał racji?. Henry David Thoreau znał doskonale tę niezdolność człowieka. „Łatwiej jest”, pisał, „żeglować tysiące mil w zimnie, burzach i niebezpieczeństwie kanibali na rządowym statku z 500 marynarzami do pomocy, niż przemierzyć własny ocean, Atlantyk i Pacyfik bycia samemu”. Dlaczego tak jest? Dlaczego ta naga samotność jest tak uciążliwa? I, co ważniejsze, co można zyskać znosząc ją? Odprężenie? Kreatywność? Boga? Spróbujmy sami sobie odpowiedzieć.

Józef Łącki

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.