Jak być bogatym

Po głębszym... namyśle


Nie ma to jak chwytliwy tytuł, prawda? Na tym opierają się współczesne media i radzą sobie dobrze, więc może i ja zdołam przyciągnąć Państwa uwagę. Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule jest prostsza niż można by pomyśleć: po pierwsze więcej zarabiać, a po drugie mniej wydawać. Pomogło? Pewnie nie, a to dlatego, że sprawy finansowe nie do końca zależą od nas samych.
Na początek mała dygresja literacka. Niedawno kupiłem książkę Ignacego Karpowicza „Cicho, cichutko”. Planowałem ten zakup już wcześniej, a temat wrócił po wysłuchaniu arcyciekawego wywiadu z autorem. Ku mojej uciesze znalazłem wspomnianą książkę na półce w lokalnej księgarni. Jeszcze więcej radości dostarczyła mi jej cena – obniżona o 30%. Uradowałem się, że mniej wydam, ale pojawiła się refleksja na temat wartości książek w kontekście cen jakie za nie płacimy. Co kształtuje cenę? Mamy wolny rynek, a więc są koszty „produkcji”: honorarium dla autora, papier, druk, transport, itp. Do tego wszelkie możliwe marże dla wyda- wnictwa oraz księgarni. Mówi się, że produkt jest wart tyle, ile kupujący jest gotów zapłacić. Niby się zgadza, ale czy ta zasada powinna mieć zastosowanie także do „produktów książkowych”? Coś mi tu nie pasuje. Książki (mam na myśli prawdziwe książki – zainteresowani tematem zrozumieją o co chodzi), podobnie jak inne dzieła artystyczne, nie powinny być obwarowane prawami rynkowymi jak, nie przymierzając, kapusta lub chleb powszedni. Czy obniżenie ceny książki o 30% świadczy, że jej wartość stała się o niemal jedną trzecią niższa? Książka przeterminowana? Mam na myśli wartość, jaką niesie treść dzieła, a nie wartość, powiedzmy, makulaturową. Swoją drogą ciekawe, czy książki niesprzedane, które poddawane są procesowi recyklingu, służą do produkcji papieru, na którym drukuje się kolejne wydania? To tak jak z niektórymi obrazami, często uznanych mistrzów, gdy zdarza się, iż pod warstwą farby znajduje się inne dzieło, które prawdopodobnie nie znalazło uznania autora, lub „klientów”. Niezbadane są losy książek…
Z uporem maniaka piszę o książkach, ale problem jest dużo bardziej powszechny. Polityka kształtowania cen towarów i usług wymyka się moim zdolnościom poznawczym (a te uważam za nad wyraz rozwinięte). Nie rzeczywiste koszty produkcji, ale często spekulacje giełdowe, decydują o tym, ile płacimy za towar czy usługę. Plotki, wrzutki, sztucznie rozdmuchane kryzysy i konflikty podbijają lub obniżają ceny surowców. Widzimy to na co dzień płacąc za paliwo. Przewidywane załamanie pogody w Teksasie albo kiepskie nastroje ajatollahów w Iranie powodują, że płacimy więcej, pomimo, iż ropę i gaz czerpiemy z innych źródeł. Niejeden wyzwie mnie od socjalistów, ale przemyślana formuła kontrolowania cen byłaby tu chyba wskazana. Przecież benzynę kupujemy nie z wyboru, ale raczej z konieczności. Ktoś powie, że można się przesiąść do elektryka lub tramwaju, ale wiemy, że póki co to rozwiązania nie dla wszystkich.
Kolejna sprawa: masowy import z Chin i masowa produkcja bezużytecznych gadżetów w ogóle. Nie tyle kontenery, ale wręcz całe kontenerowce ubrań, zabawek i innych jednorazowych dupereli zalewają sklepy, a następnie zawalają wysypiska śmieci. Koszty produkcji pewnie niskie, więc co się sprzeda, to się sprzeda, z odpowiednią marżą i oczywiście zysk będzie. A reszta na śmietnik. Gdyby marnotrawstwo było mniejsze to pewnie i cena jednostkowa byłaby niższa, a tak wszyscy przepłacamy za nieudolne planowanie. Wolnorynkowi fundamentaliści często powtarzają, że głównym kluczem do obniżenia kosztów jest zwiększenie produktywności. W ten sposób całą winą obarczają wiecznie nie dość wydajnych praco- wników, jakby nie widząc problemów u siebie. Zamiast masówki może lepiej wyprodukować tyle, ile ma szansę się sprzedać?
Zatem wracając do odpowiedzi na tytułowe pytanie – nie dajmy się wpuścić w maliny nachalnym reklamom i kontrolujmy naszą konsumpcję i wydatki. Jeżeli mechanizmy wolnorynkowe faktycznie są receptą na wszystkie problemy świata, to nasze samoograniczanie powinno wywołać stosowną reakcję producentów i importerów. Niech to będzie nasz wkład w naprawę świata.

Paweł Gębski

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: