Pisane z pamięci

"Umierać za Kijów?"


Od kilku tygodni wiedziona głosami ekspertów opinia publiczna Zachodu, po obu stronach Atlantyku, zastanawia się, co planuje w stosunku do Ukrainy prezydent Rosji, V.V. Putin. Jak na jego posunięcia powinny zareagować UE i USA. Czego chce Putin? Czego oczekuje Rosja?
Bezstronnego badacza polityki Zachodnich Demokracji – USA, Kanady czy Europy – zaintryguje w przyszłości kwestia politycznej ślepoty ekspertów dyplomatycznych wobec polityki wielkich dyktatur. Dyktatorom można wiele zarzucać – ale w jednej kwestii są oni kryształowo uczciwi. Mówią otwarcie, iż nie podoba im się istniejący układ polityczny i że zamierzają go zmienić, każdym możliwym sposobem, wojny nie wyłączając. Oczywiście, dyktatorzy preferują środki dyplomatyczne dla osiągnięcia swych celów. Swego czasu kanclerz Hitler otwarcie przedstawił swą wizję dziejów oraz preferowaną formę współpracy międzynarodowej między III Rzeszą oraz zachodnimi demokracjami. Ba, podpisał nawet układ z Paryżem i Londynem, o granicach kraju, co do którego żywił poważne zastrzeżenia.  
Współcześnie, prezydent Putin dawno już jasno określił, iż rozpad ZSSR u kresu Zimnej Wojny był największą katastrofą geostrategiczną XX wieku. Nade wszystko - zagrożeniem bezpieczeństwa Rosji. I nie ukrywał, iż swoją rolę widzi jako tego, który od nowa – zgodnie z wielosetletnią tradycją władców Moskwy – zbierze ziemie dawnego “Imperium Carów & Sowietów”. Jedynym bowiem motywem jego polityki są bezpieczeństwo i pokój.  
W kryzysowym roku 2008 prezydent Putin nie tylko uporządkował nieco sprawy rosyjskiej ‘bliskiej zagranicy’ na Kaukazie, ale także dał jasny wykład swoich poglądów na kwestie relacji Rosji i Ukrainy. “Ukraina to nie państwo” - tłumaczył swemu amerykańskiemu partnerowi, prezydentowi Bushowi. I w specjalnym artykule wyjaśnił groźne dla pokojowych perspektyw Europy i świata niezrozumienie faktu, iż Rosja i Ukraina są jednością - “One People”.   
W bieżącej retoryce Kremla jeden element wydaje się obecnie dominować przekaz skierowany do Zachodu. Pokój i bezpieczeństwo zależą od ustalenia na nowo zasad wzajemnych relacji. Rosjanie nie pragną niczego innego, niż powrotu do rozsądnych relacji z Zachodem. Rozsądnych, to znaczy stabilnych i przewidywalnych, w których każde mocarstwo operuje w bezpiecznym otoczeniu, szanowanej przez adwersarzy ‘strefy wpływów’. Inni mają milczeć! Co w tym złego? Najdłuższe lata pokoju w Europie, to czasy wzajemnie uzgodnionej i respektowanej parcelacji stref wpływów! Wiedeń 1815 i Jałta 1945 to dobre, sprawdzone wzory.  
Dla elit Rosji Putina rozpad ZSSR, przejęcie wpływów pzez NATO w krajach ‘bliskiej zagranicy’ - dawnego Układu Warszawskiego - to była zdrada Zachodu. Nie na taki koniec Zimnej Wojny zgadzał się Kreml w negocjacjach z Ameryką Reagana i Busha-Ojca. Ale jeżeli tę stratę Moskwa z bólem przyjęła, to sięgania po część samego ZSSR nigdy nie zaakceptowano.  
Trzeba przyznać, iż Waszyngton starał się dotrzymać słowa. George H. Bush zdawał sobie sprawę z niezmiennych wektorów rosyjskiej polityki zewnętrznej i jej wewnętrznych uwarunkowań. Rozpad ZSSR nigdy nie był w planach USA! Kto bowiem miałby być odpowiedzialny za bezpieczeństwo nad terenem post-sowieckim? Kto miałby przejąć nuklearne arsenały państw wyłaniających się z deklaracji z Białowieży?        
Prezydent “H” Bush jeździł zatem na Bałkany, (wzywając do zachowania Jugosławii) i do Kijowa, przekonując Ukraiński Parlament, iż “niezależność” nie musi oznaczać“niepodległości”. Z punktu interesów Moskwy i Waszyngtonu - na próżno.
- W grudniu 1994 roku Zachód i Rosja zdołały uporać się z problemem kilku tysięcy głowic nuklearnych pozostających w rękach władz Ukrainy. Za cenę mglisych obietnic w Budapest Memorandum, potwierdzających granice niepodległej Ukrainy ale bez ich traktatowych gwarancji - goniący ostatkiem sił rząd w Kijowie, licząc na gospodarcze wsparcie, zdał w ręce Moskwy swój nulearny arseanał. Pozostała kwestia politycznej przynależności nowego państwa. Obecny kryzys to finalny akt dramatu. Kijów musi wybrać... Wschód czy Zachód?  
***
“Czy USA pomogą zbrojnie Ukrainie?”  
- jest pytaniem tyleż naiwnym co fałszywym. (Prezydent Biden już na nie odpowiedizał!)
Po 'Afganistanie 2021' wiara w interwencje zbrojne Ameryki uległa erozji. I obecny kryzys jest tego stanu rzeczy odbiciem. Ale nawet jeżeli taka perspektywa bylaby realna to mamy pytnie – “pomóc komu?”  
Ewentualna inwazja nastąpi w znanej z przeszłości formie “bratniej pomocy” - jakiejś grupie oficjalnie starającej się "ustabilizować kraj" w poprawnych, partnerskich a nie konkurencyjnych, relacjach z Moskwą. Będzie to gest pomocy tym siłom, które same odrzucają integrację z Zachodem – UE czy zwłaszcza NATO! W dzisiejszych analizach ewentualnej rosyjskiej inwazji eksperci oczekujący oporu zapominają także, iż ‘Ukraina’ (czy ‘Białoruś’) to nie są ustalone byty histo- ryczno-polityczne, a raczej terytoria składowe dawnego imperium. Donieck czy Odessa nie mają wiele wspólnego z Kijowem, o Lwowie nie wspomnając. Lokalne elity na wschodzie kraju, nawet mówiące lokalnym językiem, nie muszą przejawiać tak głębokiego przywiązania do obecnej formy samodzielności politycznej, jak wschodnio-europejscy sąsiedzi Ukrainy: Polacy, Czesi, Słowacy czy Serbowie. Czy Armia Ukraińska potraktuje zatem wejście Czerwonej jako akt wrogi? Czy też zachowa się rozsądnie - tak, jak na Krymie?                       

WMW

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: