Europa, Europa

Kiedy myślę o Europie z perspektywy czasu, podróży i oceanu, który nas dzieli, niezmiennie przychodzi mi na myśl początek Mickiewiczowskiej Inwokacji – (…) Ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił. Często nie doceniamy miejsc, zjawisk i ludzi do momentu, w którym przyjedzie nam zmierzyć się z poczuciem straty. Mieszkając w Europie nigdy jej chyba wystarczająco nie doceniałam. Przyznaję – nie znam jej zbyt dobrze. I, o zgrozo, nie byłam nawet w czeskiej Pradze.

Venezia, Italy

DSC_0120DSC_0121DSC_0126DSC_0069DSC_0090DSC_0108DSC_0011DSC_0039Z

 

Previous Image
Next Image

info heading

info content

początkiem lipca Paweł, Maestro Andrzej Rozbicki i trzydzieścioro uczniów klas 11 i 12 lecą do Gdańska by po raz trzeci rozpocząć edukacyjną podróż zatytułowaną „Music & History Grade 11/12 Credit Course”. Po raz trzeci czerwcowe popołudnia upływają mi na przygotowywaniu prezentacji na nasze ostatnie przedwyjazdowe, organizacyjne spotkanie i po raz sama nie wiem który łapię się na tym, że w wiele miejsc, które znalazły się na trasie chciałabym albo pojechać, albo wrócić. To, że byłam w Londynie, nie znaczy, że znam Wielką Brytanię. To, że zgubiłam się w labiryncie weneckich uliczek, nie znaczy, że znam Włochy. Magia Europy tkwi w szczegółach. W ornamentach, dokładności projektu i precyzji dłuta, historycznej wartości każdego niemal kamienia. W monumentalnej, pełnej klasy i estetyki architekturze. Mocno zapadł mi w pamięć zimowy Paryż pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia, kiedy dwa lata temu leciałam na Mauritius.

W wigilię popijałam z termosu barszcz gorący kubek w kolejce do odprawy na JFK w Nowym Jorku, a rano, już po drugiej stronie Atlantyku, wsiadłam na lotnisku w pociąg i po trzydziestu minutach wysiadłam tuż przy katedrze Notre Dame. Chodziłam po mieście jak zaczarowana z wysoko zadartą głową. Chodziłam po mieście cały dzień. Bukiniści nad Sekwaną. Malarze z Montmartre. Panorama Paryża sprzed bazyliki Sacré-Coeur. Bagietka z brie, pomidorami i sałatą. Cappucino w każdej możliwej kawiarence. Bożonarodzeniowy jarmark na Polach Elizejskich.

Pierwszy raz byłam tu w sierpniu 1997 na Światowym Spotkaniu Młodzieży z papieżem. To wtedy widziałam Mona Lisę w Luwrze, pierwszy wielokulturowy tłum (tak, naprawdę robiłyśmy sobie zdjęcia z murzynami w metrze), wtedy pierwszy raz w życiu jadłam naprawdę śmierdzący ser, a w ekscytację popadłam z powodu wizyty na cmentarzu Père Lachaise. Miałam szesnaście lat, włosy ścięte na jeża i generalnie, jak każda nastolatka, szukałam Drogi. Po latach Paryż wydał mi się jeszcze piękniejszy. A najlepsze kasztany są na Placu Pigalle.

Skandynawia zawsze obiecująco pachniała magią i tajemnicą. Te wszystkie trolle, czarownice, wikingowie, ludzie lodu, północny wiatr – rozbudzały wyobraźnię i pozwalały marzyć. Miałam w liceum profesora od historii – nie tylko zapalonego miłośnika antyku ale i niezwykłego pedagoga – podróżnika. Każdego roku organizował wyprawy, na które zabierał uczniów wybranych według tylko sobie znanego klucza. Najpierw, za siermiężnych czasów, były wycieczki krajoznawcze, zimowiska i górskie obozy wędrowne, potem kraje za żelazną kurtyną, w latach 80. m.in. Indie – Nepal, Grecja, Egipt i Ziemia Święta, a także te, które zaowocowały niezwykłymi spotkaniami – Szkocja z postacią legendarnego dowódcy I Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka oraz Anglia z Wandą Piłsudską, córką marszałka. W 1994 z młodzieżą z V LO w Krakowie przejechał Jedwabnym Szlakiem: Kazachstan, Turkmenia, Uzbekistan, Chiński Pakistan u zbiegu najwyższych pasm górskich Hindukusz – Himalaje – Karakorum.

Kilka lat później śp. prof. Marek Eminowicz zabrał nas do Norwegii. I każde z nas, szczęśliwców, którzy mogli pojechać, przyznaje po latach – to była wyprawa życia. Przejechaliśmy wtedy autokarem przez całą Polskę, promem przeprawiliśmy się do Szwecji, dojechaliśmy przez Finlandię na Nordkapp i potem, zachodnim wybrzeżem fjordowym dotarliśmy z powrotem do Szwecji. Były suszone dorsze na Lofotach, białe noce na dalekiej północy, mgła, namioty, odgrzewanie pulpetów ze słoika na turystycznej kuchence gazowej (cały prowiant na trzy tygodnie wyprawy jechał z nami w bagażniku, grupa była podzielona odgórnie na pięcioosobowe „kołchozy”, które miały się żywić we własnym zakresie poczynionych wcześniej zakupów), wizyta w wiosce św. Mikołaja w Rovaniemi, drewniane szkunery w muzeum w Sztokholmie, Oslo, Bergen, Trondheim, Droga Trolli i całe to nieogarnione, niewysłowione ascetyczne i surowe piękno skandynawskich przestrzeni. Czasy się zmieniły. Nikt już nie wyrusza w drogę autokarem wyładowanym namiotami i prowiantem. Niewielu jest już też takich ludzi, jak prof. Eminowicz. Ludzi pełnych pasji nie tylko do nauczania i wychowania, ale także do podróży, ludzi, którzy wiedzą, że edukacja nie kończy się w szkole, że właściwie dopiero poza nią się zaczyna.

Patrzę na Andrzeja Rozbickiego i zazdroszczę trochę dzieciakom, które 2 lipca wsiądą w Toronto do samolotu, a kilka godzin później będą spacerować Długim Targiem i wdychać słone, bałtyckie powietrze. Patrzę na Pawła i choć wiem, jak wiele pracy każdego roku wkłada w przygotowanie programu i trasy cieszę się, bo wróci pełen światła, optymizmu, satysfakcji i świeżej energii do pracy. Patrzę na młodzież i jestem pewna, że nie będą chcieli wcale wracać do Kanady. Że to co zobaczą i przeżyją zostanie w nich na zawsze. Przywilejem podróżujących w młodym wieku jest nie tylko otwartość i ogromna ciekawość świata, ale też zupełny brak oczekiwań i wyobrażeń. Młody człowiek nie ma jeszcze wykształconej roszczeniowej postawy do świata, która tak często towarzyszy dorosłym turystom. Młody umysł nie jest skażony stereotypowym myśleniem, goryczą doświadczeń – beztroska pozwala głębiej wchłaniać i lepiej trawić wszelkie bodźce i wydarzenia.

Jest mnóstwo białych plam na mojej mapie Europy. Portugalia, kraje byłej Jugosławii, Hiszpania, Grecja, Francja, Włochy z Florencją i Rzymem, do których nigdy nie udało mi się dotrzeć. Kiedyś zarzekaliśmy się, że Europę zostawimy sobie na emeryturę. A przecież Stary Kontynent to niekończąca się nigdy opowieść. To różnorodność, z której większość obywateli obu Ameryk nie zdaje sobie nawet sprawy. Czasem, żeby docenić to, co się ma pod nosem, trzeba wyjechać bardzo daleko. Percepcja zmienia się wraz ze stopniowym poznawaniem obcych kultur, miast o egzotycznie brzmiących nazwach, przyswajaniem bylejakości na jakiej bazuje wiele krajów i odbrązawianiem mitów. Może do Europy trzeba dorosnąć. Może do Europy uda mi się kiedyś wrócić. Niekoniecznie na emeryturę…

FrancjaKaja Cyganik

www.wycieczki.ca

kaja.cyganik@gmail.com

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.