Ekwador – kraj wulkanów

mapa_ecuadorEkwador – znaczy równik. Kraj, w którym według zapewnień z internetu, najlepiej czują się kanadyjscy emeryci. Kraj niebosiężnych gór i słonecznego wybrzeża, przepastnej selwy i tajemniczych wysp Galapagos, ale po kolei najpierw lądujemy w stolicy.

Quito – z lotniska na Dworzec Północny dotarłem autobusem (0,25 USD), tu przesiadłem się do trolejbusu (0,25 USD) i po 10 min znalazłem się w centrum Nowego Miasta (Mariscal Sucre). Jest to najpopularniejsza i najbardziej bezpieczna część quitoQuito. Z łatwością możemy znaleźć tutaj nocleg, jednak nie tak tani jak podaje przewodnik LP. Ja nocowałem w rodzinnym Hostelu Nassau (J. Pinto 340; 7 USD za jedynkę, łazienka na korytarzu, mała biblioteczka). Kolejnego dnia postanowiłem zwiedzić Stare Miasto – z Mariscal Sucre plaza-grande-in-ecuador-gm483245070-70906531dostaniemy się tutaj trolejbusem zatrzymującym się na przystanku Plaza Grande – Zwiedzanie Starego Miasta rozpocząłem od głównego placu – Plaza de la Independica. Wędrując wokół placu moją uwagę przyciągały nie budynki z kolonialnych czasów, lecz dziesiątki ubogich dzieci zarabiających na ulicy czyszcząc buty. Z Plaza de la Independica w ciągu 10 min dojdziemy do wszystkich najciekawszych zabytków Quito. Na uwagę zasługuje tutaj olbrzymia Katedra z rzeźbami żółwi i mrówkojadów, najstarszy kościół w Quito – San Francisco oraz najbogatszy w zdobienia kościół La Compania de Jesus (wejście 5 USD). Z pośród kilku stołecznych muzeów polecam Muzeum Miasta (wejście 3 USD), przedstawiające historie Quito. Na koniec dnia wybrałem się na wzgórze El Panecillo, wznoszące się nad starą częścią metropolii. Nie był to jednak dobry pomysł ponieważ droga na wzgórze wiedzie przez slumsy, o czym przypomnieli mi ich mieszkańcy. Wracając do Mariscal Sucre przeszedłem przez park La Alameda, na którym img_1763niezależnie od pory dnia można spotkać koczujących mieszkańców Quito. Dla turystów chcących poczuć latynoskie rytmy polecam wieczorny clubbing wzdłuż ulic Reina Victoria i JL. Mera.
Mitad del Mundo i Krater Pululahua – aby dotrzeć do tych miejsc wybrałem najtańszą opcję, wpierw wsiadłem w Quito do miejskiego trolejbusu, jadącego ulicą Av America i po 15min wysiadłem na przystanku Cotocollao. Tutaj zmieniłem środek transportu na autobus udający się do miejscowości Calacali (0,35 USD). Poprosiłem kierowcę aby zatrzymał się przy drodze wiodącej do krateru Pululahua (5 km za Mitad del Mundo). Do krateru pozostało mi 3 km utwardzonej drogi. pululahua-craterNiezwykłość tego zerodowanego krateru polega na tym, iż w jego wnętrzu znajdują się pola uprawne oraz indiańska osada. Chcąc zejść na dno krateru musiałem zapłacić 5 USD za wejście do rezerwatu biosfery. Po godzinnej wędrówce dotarłem do małej, rodzinnej restauracji, niestety dość drogiej (śniadanie 3,5 USD). W drodze powrotnej do Quito wysiadłem w miejscowości Mitad del Mundo (z hisz. połowa świata). Nazwa tej miejscowości wywodzi się od równika, który dzieli ją na dwie części, co symbolizuje olbrzymi monument.
Otavalo – na dworcu głównym w Quito wsiadłem do autobusu jadącego do Ibarry i po 2,5 h otavalo-marketznalazłem się w Otavalo (2,3 h). Po ucieczce z hałaśliwej i zatłoczonej stolicy z przyjemnością spędziłem tu kilka dni. Głównym magnesem przyciągającym turystów do Otavalo jest indiański targ, zlokalizowany na Plaza de Ponchos. Na targu tym miejscowi sprzedają swoje rękodzieło, są to w większości wyroby z wełny alpaki. Głównym dniem targowym jest sobota, chociaż obecnie każdego dnia kwitnie handel. Poza targiem na Plaza de Ponchos odwiedziłem targ spożywczy (Mercado 24 de Mayo) oraz targ zwierzęcy, położony w zachodniej części miasta. Podziwiając targowe stoiska należy uważać z robieniem zdjęć, ponieważ większość Indian nie życzy sobie tego.
Okolice Otavalo – możemy objechać je samemu bądź w grupie zorganizowanej. Ja skorzystałem z obu form podróżowania. W pierwszej kolejności zdecydowałem się na usługi biura Runa Tupari (Calle Sucre y Quiroga). W kilkuosobowej grupie jeepem dowieziono nas do Laguny Cuicocha (z 724c565660e34a275555809ecbd86c40języka keczua jezioro świnki morskiej). To zalany wodą krater wulkaniczny z dwoma wyspami pośrodku. W ciągu 6 h, wraz z przewodnikiem opowiadającym o historii regionu i medycznym zastosowaniu napotkanych roślin, obeszliśmy jezioro, idąc po krawędzi krateru. Za jednodniową wycieczkę z przewodnikiem, wyżywieniem i transportem zapłacimy 20-30 USD. Znacznie tańszym sposobem, na poznanie okolic Otavalo jest wypożyczenie roweru (Hostal Valle del Amanecer; jeden dzień 8 USD). Przy pomocy tego środka lokomocji dotarłem na wysokogórski płaskowyż – Lagunas de Mojanda. Wiedzie tutaj siedemnastokilometrowa, brukowana droga. Po odwiedzeniu turystycznych klasyków wokół Otavalo, postanowiłem zwiedzić jego najbliższą okolicę. Idąc kilka wodospadkilometrów na północ od miasta dotarłem do wodospadu Peguche. Stąd udałem się oznaczoną ścieżką do Parku Kondor, w którym żyje kilkadziesiąt ptaków w tym olbrzymie kondory andyjskie (dorośli 2,5 USD; dzieci 1,5 USD). Po drodze przeszedłem przez osadę Peguche, w której zetknąłem się z realiami ekwadorskiej wsi. Tutejsi chłopi żyją w lepiankach z kamieni i gliny, większość swojego czasu spędzają na uprawie małourodzajnej ziemi; mimo tak trudnego życia napotkani Indianie odpowiadają – Buenos Dias – i serdecznie się uśmiechają. Idąc dalej na wschód po 15 min dotarłem do świętego drzewa miejscowych Indian – El Lechoro, a po 40 min znalazłem się nad otavalobrzegiem największego górskiego jeziora Ekwadoru – Laguna San Pablo. Dysponując 30 USD możemy udać się jeszcze w okolice wsi Cotacachi, aby spędzić jeden dzień z indiańską rodziną (w wykupieniu takich wycieczek pośredniczą agencje turystyczne z Otavalo).
Latacunga – miasto to nie jest atrakcją samą w sobie, jednak musiałem tu zajrzeć aby odwiedzić jego okolice. Do miasta tego dostałem się autobusem w 3,5 h z przesiadką w Quito (4 USD). Po krótkiej nocy w pensjonacie – Residencial Santiago (róg 2 de Mayo i Guayaquil; 6 USD za jedynkę z TV i łazienką; nie polecam pokoi od strony ulicy) wsiadłem do porannego autobusu jadącego na niedzielny targ do wsi Zumbahua. Autobus ten nie odjeżdża z dworca autobusowego, który o tej porze jest jeszcze zamknięty, lecz z rogu ulicy 5 de Junio i Panamericany. Już sama przejażdżka autobusem dostarczyła mi niezwykłych przeżyć – autobus był wyładowany po sufit wszelakimi towarami, łącznie z żywym inwentarzem, siedzący i stojący obok mnie Indianie śpiewali i bawili się, co ciekawe w autobusie tym byłem jedynym turystom. Po 3 h jazdy wysiadłem przy drodze prowadzącej na targ we wsi Zumbahua. Zmierzając w jego stronę mijałem Indian, którzy na lamach i mułach wieźli swoje towary na sprzedaż. Targ ten robi naprawdę duże wrażenie, wędrując pośród straganów zobaczymy prawdziwe oblicze mieszkańców Andów Ekwadorskich, a nie skomercjalizowaną papkę. Sprzedaje się tutaj wszystko co można zjeść bądź wyhodować od bananów, kukurydzy, herbaty, kawy czy ziół po ryby, wnętrzności lam i głowy kóz. Ze wsi Zumbahua przejechałem wynajętym pickupem (7 USD w dwie strony) do najpiękniejszego post_display_cropped_open-uri20131019-5405-pemwrskraterowego jeziora Ekwadoru – Laguna Quilatoa. To potężne jezioro o turkusowej wodzie „wryte” w surowe i nagie skały. Mając kilka godzin czasu możemy zejść na jego dno bądź zjechać na mule, ja niestety musiałem wracać. Wpierw do wsi Zumbahua a potem już autobusem do Latacungi.

Bartłomiej Klocek cdn.

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.