Doping we krwi

Tomasz Zieliński i Adrian Zieliński, polscy sztangiści i członkowie kadry olimpijskiej, trafili w ostatnich dniach na czołówki krajowych portali i gazet. Powód? Niestety nie wyniki sportowe, ale zastosowanie dopingu.
Sprawa wyszła na jaw w poniedziałek, 8 sierpnia. Polscy kibice żyli wówczas nieudanymi występami naszych szablistek i pływaków oraz porażkami siatkarzy plażowych. O ciężarowcach nie mówiono do tego momentu w ogóle – ich starty przewidziane były dopiero na koniec tygodnia. Młodszy z braci Zielińskich – Tomasz, swojego startu nie doczekał, bo wieczorem (czasu polskiego) na jaw wyszedł dopingowy skandal z jego udziałem.
ciezaryPolak na igrzyska pojechał jako aktualny mistrz Europy w kategorii do 94 kg. W Rio miał poprawić swój wynik z Londynu, gdzie był dziewiąty. W dniu przyjazdu do Brazylii, 31 lipca, został wezwany na kontrolę antydopingową. Ta wykazała podwyższony stan nandrolonu, choć do potwierdzenia brakowało jeszcze wyników próbki B.
Dopingowa wpadka Zielińskiego spotkała się z oburzeniem – tak członków misji olimpijskiej, jak i kibiców. Prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów Szymon Kołecki zwołał specjalną konferencję, na której zapowiedział swoją dymisję.
– Jest mi przykro i wstyd za to co się stało. Chcę szczerze przeprosić wszystkich Polaków, że muszą się podczas igrzysk olimpijskich wstydzić przed całym światem z powodu afery wywołanej przez przedstawiciela podnoszenia ciężarów – mówił Kołecki.
Sam Zieliński uważał się za niewinnego i sugerował spisek, podkreślając, że nandrolon utrzymuje się w organizmie przez 18 miesięcy, a on w ostatnich tygodniach przeszedł szereg kontroli. 25-latek nie wspominał jednak o tym, że ich wyniki nie zostały jeszcze opublikowane.
– Przed wyjazdem do Brazylii miałem trzy kontrole. Jakim cudem nandrolon miał się znaleźć w moim organizmie? Dla mnie to chora sytuacja. Od 10 lat startuję dla tego kraju, w tym roku wygrałem wszystko co się da. Znalazłem się tu (w Rio) pomimo wielu przeszkód i musiałbym być skończonym debilem, żeby stosować niedozwolone środki. Będę bronił swoje imienia – zapowiadał, przekonując o swojej niewinności.
Bronił go też brat, Adrian, mistrz olimpijski z Londynu w kategorii do 85 kg. – Przed samym wyjazdem byliśmy co tydzień badani. To jest niemożliwe, żeby brat wpadł tutaj na kontroli. To dla mnie niewytłumaczalne. Mamy najlepsze maszyny, więc w świecie ciężarowym krąży opinia, że jak przeszedłeś polską kontrolę to możesz jechać na każde zawody świata, bo wiadomo, że jesteś czysty. Jeżdżę z nim od 10 lat na zgrupowania, zawsze mieszkamy razem, wszystko robimy razem. To jest niemożliwe – podkreślał.
Tomasza Zielińskiego w Rio miało w ogóle nie być. Kilka miesięcy przed igrzyskami 25-latek został wyrzucony z kadry wraz z Krzysztofem Szramiakiem za niesubordynację.
– Obaj lekceważyli sobie cykl przygotowań do igrzysk, nie przyjeżdżali na obowiązkowe zgrupowania, przysyłali zwolnienia lekarskie, swoją absencję tłumaczyli różnymi, dziwnymi powodami. Chcieli trenować wyłącznie w klubach, a na to nie ma zgody. O konkretnych powodach nie chcę mówić, ale jedno jest bezsporne – zawodnik przygotowujący się do najważniejszej imprezy czterolecia powinien być pod opieką i kontrolą kadry szkoleniowej reprezentacji – wyjaśniał Kołecki, który nie chciał dopuścić do ich występu w Rio. Jego wniosek przepadł jednak podczas głosowania i Zieliński ostatecznie do Brazylii poleciał.
We wtorek, 9 sierpnia, opublikowany został wynik próbki B, który potwierdził stosowanie przez Zielińskiego niedozwolonych środków. Zawodnik został wyrzucony z kadry oraz wioski olimpijskiej i na własną rękę miał wrócić do kraju. W podróż wyruszył dzień później. Niecałą godzinę po tym jak wylądował w Polsce, krajowe media obiegła kolejna szokująca informacja – jego brat, Adrian, również został oskarżony o stosowanie dopingu.
Informację tę opublikowała „Gazeta Pomorska”, która powoływała się na słowa podpułkownika Dariusza Bednarka, wiceprezesa CWSZ Zawisza Bydgoszcz, którego zawodnikami są Zielińscy. Doniesień nie potwierdzał jednak ani Polski Związek Podnoszenia Ciężarów, ani Polski Komitet Olimpijski.
– Te wiadomości są przedwczesne. Badane są próbki zawodnika i to nie jedna. Dopóki nie otrzymam wyników i raportu, nie potwierdzam tych informacji. Myślę, że więcej na ten temat będziemy mogli powiedzieć pod koniec tygodnia – mówił przewodniczący Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie prof. Jerzy Smorawiński.
Zieliński, podobnie jak jego brat, zapewnia o swojej niewinności.
– Jestem czysty, niczego nie brałem – przekonuje w rozmowie z dziennikarzami w Rio de Janeiro. – Nie mam żadnej oficjalnej informacji o tym, że stosowałem zakazane substancje. Zaprzeczam, że cokolwiek brałem. To jest niemożliwe. Musielibyśmy z bratem być skończonymi idiotami, żeby wziąć nandrolon, który siedzi w organizmie 17 miesięcy i przyjechać na igrzyska. To jest niedorzeczne. To jakaś manipulacja, coś musiało zostać mi podrzucone w odżywkach – zarzucał, jednocześnie pytając dziennikarzy: Dlaczego miałbym to robić, skoro czuję, że jestem przygotowany na złoto?
Jego sprawa znalazła finał przed startem. Wyniki badań mistrza olimpijskiego z Londynu opublikowane zostały w piątek – dzień przed jego występem w Rio. 27-latek został wykluczony z polskiej ekipy olimpijskiej. To samo spotkało rezerwowego Krzysztofa Szramiaka.
W obronie Olimpijczyków!
Panowie Tomasz i Adrian Zielińscy zapowiadają w wywiadach, że natychmiast po powrocie do kraju udadzą się do prawnika i będą bronić swojego dobrego imienia.
Jestem całym sercem za Adrianem i Tomaszem! Jeśli tylko będzie okazja im pomóc – zgłaszam się na ochotnika!
Sprawa „wyrzucenia” z Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro aż dwóch reprezentantów Polski w jednej dyscyplinie – jest bardzo poważna! Kibice, sportowcy, trenerzy, sędziowie i działacze ciężarów i innych dyscyplin – nie powinni się zadowolić dymisją prezesa PZPC Szymona Kołeckiego! Nie powinniśmy się też cieszyć, jeśli sprawa „przyschnie”, jeśli zamieciemy ją pod dywan.
Postaram się zawrzeć w tym artykule trzy kwestie – odpowiedzialność moralną i polityczną wielu osób oraz samą sprawę „oczyszczenia” Braci Zielińskich z poważnych zarzutów.
braciaOdpowiedzialność moralna!
Odpowiedzialność moralną powinni ponieść wszyscy dziennikarze, wszystkie media, które wypowiadały się w sprawie, w tonie – od razu – przesądzającym o winie najpierw Tomasza, potem Adriana. Redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” Michał Pol, inni dziennikarze, inni sportowcy z Otylią Jędrzejczak i Szymonem Ziółkowskim (niestety) na czele.
Dziennikarze osądzili i skazali Tomasza od razu, nie czekając nawet na badanie próbki B. Przypomnijmy, że Tomasz nadal może odwołać się do Międzynarodowego Trybunału Sportowego. Media złapały się kolejno na prowokacyjną informację od podpułkownika Dariusza Bednarka, wiceprezesa CWSZ Zawisza Bydgoszcz, „wyprzedzając” oficjalne wiadomości w sprawie Adriana Zielińskiego. Informacje – odwołane przez „źródło” w ciągu dwóch godzin.
Olimpijczycy wypowiadali się o innych olimpijczykach – odsądzając ich od czci i wiary – również nie czekając na ostateczne decyzje!
Przypominam, że nawet po stwierdzeniu, że próbka B zawiera doping – zawodnikom przysługują drogi odwoławcze. Sportowy Trybunał oraz – o czym często nie pamiętamy – droga cywilna.
Nikt z dziennikarzy, nikt ze sportowców – nawet nie zasugerował widzom, czytelnikom i słuchaczom, że sprawa nie jest do końca pewna. Nikt nie podpowiadał żadnej drogi do dochodzenia niewinności Tomasza i Adriana.
Zostali sami!
Ta postawa mediów i innych sportowców wobec reprezentantów Polski budzi jednoznaczne skojarzenia ze sprawą polskich żołnierzy oskarżonych za Nangar Khel!
Nie można ukarać dziennikarzy i sportowców za to, co powiedzieli w sprawie Tomasza i Adriana. Nie uda się ich „bojkotować”. Można co najwyżej nie podać ręki lub odwrócić się plecami.
Odpowiedzialność polityczna!
Odpowiedzialność polityczną – czyli dymisję – powinni ponieść kolejno: minister sportu Witold Bańka i jeden z wiceministrów, prezes PKOL Andrzej Kraśnicki. Prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów sam już sobie wymierzył „karę” podając się do dymisji.
Natomiast panowie – minister Bańka i prezes Kraśnicki – powinni odejść z polskiego życia politycznego na zawsze! Nie za to, że dwaj sportowcy byli (lub nie) na dopingu! Powinni odejść za zdradę Polski! Za to, że od razu, bez wahania dali wiarę ustaleniom międzynarodowej organizacji (WADA i MKOL) – zamiast do końca walczyć o dobre imię Polaków – reprezentantów Polski!
Takie decyzje pokażą wszystkim Polakom, kibicom, politykom, wszystkim – że bez względu na to, co mówią i robią organizacje międzynarodowe – Polak zawsze stoi za Polakiem, za Polską, a Polska za swoimi Obywatelami!
Pamiętajcie Państwo, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski to nie jest żadna świętość! To nie Watykan, nie papież! A jego przybudówka czyli Międzynarodowa Agencja Antydopingowa – nie ma patentu na nieomylność! Do tego jest jeszcze sąd sportowy i sądy zwykłe!
W imię zasad!
Nie chodzi o to, czy Tomasz i Adrian byli na dopingu, czy nie! Chodzi tylko i wyłącznie o postawy mediów, innych sportowców i oficjeli wobec tej sprawy! Chodzi o zasady i odruchy. Polaka biją – my Polacy stajemy w jego obronie! Bezrefleksyjnie, automatycznie!
Tomasz i Adrian Zielińscy mają dwa osobne zadania przed sobą. Mogą wystąpić z oskarżeniem prywatnym wobec mediów i wskazanych wyżej oficjeli. Oskarżyć ich o naruszenie dobrego imienia – jeszcze przed zapadnięciem ostatecznych rozstrzygnięć!
Tego typu sprawa cywilna może być przez sąd wzięta na wokandę. Bo przecież nie mogę napisać o Kajetanie P. po nazwisku i nie mogę – teraz – pisać, że na pewno zabił swoją znajomą. Proces trwa.
Tomasz i Adrian powinni więc jutro wnieść sprawę o naruszenie dóbr osobistych przez wymienionych oficjeli.
Dojść prawdy!
I ostatnia, najważniejsza kwestia – dojść prawdy! Obaj panowie muszą udowodnić swoją niewinność. Inaczej się nie da! Jak to zrobić?
Po pierwsze należy powołać biegłego. Zapytacie – „do czego ten biegły?” – Słusznie! Biegły nie działa „w powietrzu”!
Trzeba więc rozpocząć sprawę przeciwko polskiej Komisji do Spraw Zwalczania Dopingu w Sporcie o błąd w sztuce. Konkretnie o błąd podczas badania próbek w Polsce. Kolejno, przeciwko WADA za to co mogło zajść w Brazylii.
Jeśli sąd w Polsce przyjmie taką sprawę – a powinien – trzeba właśnie powołać biegłego oraz zabezpieczyć „ślady”, dokumenty i w Polsce i w Brazylii.

Piotr Szymanowski

Doping. Igrzyska Nauki

Jądra baranów to prehistoria, dziś jest moda na bańki, jutro: komórki macierzyste, geny, wewnętrzne protezy. Sportowcy wspomagają się, jak mogą, a eksperci pytają, co już jest dopingiem, a co jeszcze nim nie jest i czy walka o czysty sport ma jeszcze jakiś sens?

Kto ogląda zdjęcia i transmisje z olimpiady w Rio, ten nie może nie zauważyć przeboju tych mistrzostw. Zawodnicy poznaczeni sinoczerwonymi kółkami obnoszą się z nimi jak z magicznymi amuletami, które zapewnią im sukces. Oto moc… baniek. Kto pamięta z dzieciństwa stawiane na plecach w czasie przeziębienia? Czy przyszłoby wam do głowy, że stosujecie doping?

Śmieszne? Jednak gdy Michael Phelps zdobywa kolejny złoty medal w pływaniu, ewidentnie po uprzednim postawieniu solidnej porcji baniek – pytania o sens i skuteczność tej metody zaczął zadawać sobie cały świat.
Bańki na odporność

Korzenie takiego wspomagania organizmu sięgają trzech tysięcy lat wstecz i wiążą się z tradycyjną chińską medycyną. Z Państwo Środka bańki rozprzestrzeniły się praktycznie na cały świat. Zawitały i do nas, a można nawet powiedzieć, że w ostatnim czasie przeżywają prawdziwy renesans.

Problem w tym, że choć wielu sportowców, w tym oczywiście także Phelps, zarzeka się, że odnosi dzięki bańkom ogromne korzyści, mocnych dowodów naukowych na poparcie tej tezy raczej brak (z drugiej strony tego, że bańki nie przynoszą żadnych korzyści, też nikt jeszcze nie dowiódł).

– Nie sądzę, by nauka tak naprawdę kiedykolwiek rozwiązała ten dylemat – mówi w rozmowie z portalem Live Science dr Brent Bauer, specjalista medycyny sportowej ze słynnej amerykańskiej Mayo Clinic. Jego zdaniem na pewno nie należy uważać baniek za jakieś „magiczne” lekarstwo na wszystkie problemy zdrowotne. Jednak – jak podkreśla – skoro leczenie jest tanie, raczej bezpieczne i znane są też relacje osób, które twierdzą, że ewidentnie im pomogło – to czemu nie. Z założeniem oczywiście, że bańki będą tylko jednym z elementów walki o lepsze zdrowie.

Zwolennicy baniek, w tym także używający ich sportowcy, uważają, że poprawiają one przepływ krwi, zmniejszając przy tym np. napięcie mięśni i redukując ból. Mają ponadto uaktywniać miejscową odpowiedź układu odpornościowego, hamując tym samym procesy zapalne, oraz wspomagać gojenie i regenerację. Przeciwnicy zwracają jednak również uwagę na to, że stawianie baniek uszkadza drobne naczynia krwionośne i powoduje wykrzepianie krwi, czego śladem są właśnie owe charakterystyczne okrągłe sinoczerwone ślady na skórze.

Jak przypomina Live Science, kilka niewielkich programów wskazało jednak na pewne realne korzyści, w tym łagodzenie bólu stawu kolanowego czy bólu szyi. Tak było choćby w 2011 r. w badaniu, w którym udział wzięło 50 osób skarżących się na przewlekłe bóle w obrębie szyi. Jak przyznały, pięć sesji baniek stawianych w okresie dwóch tygodni złagodziło ich dolegliwości zdecydowanie lepiej niż w grupie kontrolnej nieleczonej w ten sposób.

Jednak badanie przeprowadzone w 2015 r. w Niemczech (sprawdzano skuteczność baniek w łagodzeniu objawów fibromialgii – zespołu charakteryzującego się uogólnionym bólem w układzie ruchu) nie wykazało żadnych istotnych różnic pomiędzy grupą leczoną a grupą otrzymującą placebo.

Wróćmy jednak do olimpiady. Jak zawsze w podobnych sytuacjach pada pytanie, czy sportowcy, którzy jako pierwsi wprowadzili na igrzyska daną metodę, nie są w ten sposób na uprzywilejowanej pozycji i czy „grają” fair w stosunku do innych?

Medal ze strychniny

Podobną sytuację mieliśmy choćby w 2008 r. w Pekinie, gdy drużyna amerykańskich pływaków ubrana w słynne pokrywające prawie całe ciało kostiumy rozbiła bank z medalami (Michael Phelps zdobył tam osiem złotych medali). Podczas następnej olimpiady kostiumy te były już zabronione. Czy mamy się więc spodziewać, że w 2020 r. w Tokio baniek też już stawiać nie będzie wolno?

Pytanie, co jest, a co nie jest dopingiem, jest w zasadzie tak stare jak sport. Podczas igrzysk w starożytnej Grecji nie wolno było oszukiwać, ale zasada ta nie dotyczyła przyjmowania napojów, pokarmów czy innych substancji mogących poprawić wyniki. Niektórzy zawodnicy ochoczo sięgali więc np. po jądra czy serca owiec i bawołów, wierząc, że dadzą im siłę i wytrzymałość. Nie inaczej było również w początkach nowożytnych igrzysk.

W 1904 r. trener maratończyka Thomasa Hicksa na 11 kilometrów przed metą podał mu „koktajl” złożony ze strychniny, białek kurzych jaj i brandy. Mijając metę, Hicks miał już silne halucynacje, zaraz potem zemdlał (ratowało go w sumie czterech lekarzy), ale złoty medal zdobył.

Przepisy zabraniające stosowania niedozwolonych środków i system ich wykrywania zaczęto tworzyć dopiero przed olimpiadą w Meksyku w 1968 r. Od tego czasu zaczął się prawdziwy wyścig pomiędzy nieuczciwymi sportowcami i nieuczciwymi naukowcami i lekarzami, którzy im pomagali, a ich kolegami po drugiej stronie barykady, którzy starali się ich nakryć. Po drodze mieliśmy oczywiście testosteron, nandrolon, EPO oraz całą „NRD-owską szkołę dopingu”, Bena Johnsona czy wreszcie, teraz, rosyjskich lekkoatletów wykluczonych z Rio plus naszych sztangistów wyrzuconych z tej samej imprezy.

Wygrywać na protezach

A jak może wyglądać (a może już wygląda, tylko o tym nie wiemy) doping przyszłości? Wielu ekspertów wskazuje tu trzy główne kierunki „rozwoju”.

Pierwszy to wszczepiane do organizmu sportowca protezy i narządy czy ich fragmenty. Po części to już się zresztą stosuje, czym bowiem jest przetaczanie krwi, jak nie transferem tkanki do organizmu w celu ulepszenia jego wydolności?

Pamiętać też musimy o historii niesławnego dziś biegacza Oscara Pistoriusa, który, gdy na paraolimpiadach zdobył już wszystko, co tylko można było zdobyć, postanowił wystartować w Londynie podczas „prawdziwej” olimpiady.

Wielu biegaczy mocno wówczas protestowało, i to bynajmniej nie dlatego, że było im przykro ścigać się z kimś, kto zamiast nóg ma protezy. Nie, mówili wprost – to nieuczciwe, to inna, dozwolona forma dopingu. Ich zdaniem Pistorius ze względu na to, że nie ma stawów kolanowych i skokowych, które podczas biegu się męczą czy mogą ulec kontuzji, będzie miał po prostu zbyt dużą przewagę.

Przykład Pistoriusa jest ewidentny, ale co z przypadkami wszczepiania sztucznych stawów, wzmacniania kości wewnętrznymi protezami? To już się przecież robi, choć nikt nie uważa tego na razie za doping.

No i potrafimy do ulepszania (choć oczywiście przede wszystkim do leczenia) naszego organizmu wykorzystywać już komórki macierzyste. Jedna z legend dopingu – EPO, czyli erytropoetyna – jest przecież hormonem stymulującym erytropoezę, czyli wytwarzanie z komórek macierzystych czerwonych krwinek.

O wiele większą uwagę w kontekście dopingu przyszłości przykuwa jednak hodowanie z komórek macierzystych mięśni.

Technika została opracowana na zamówienie armii amerykańskiej. W 2012 roku wykorzystano ją – z powodzeniem – by pomóc sierżantowi Ronowi Strangowi, który po wybuchu miny w Afganistanie stracił większą część mięśnia czworogłowego uda (obecnie metoda jest testowana na 80 kolejnych pacjentach).

I od razu nasuwa się tu pytanie – skoro za pomocą komórek macierzystych można odbudować ubytek mięśni, to czy w ten sam sposób można „nadbudować” mięsień, któremu teoretycznie nic nie brakuje? Żegnajcie więc łatwe do wykrycia testosterony i nandrolony, a witajcie praktycznie niewykrywalne komórki macierzyste.

Dopalacz w genach

W kontekście dopingu przyszłości najwięcej się jednak mówi o dopingu genetycznym.

Jest on bardzo trudno wykrywalny, więc tak naprawdę niełatwo powiedzieć, czy jest gdzieś obecnie stosowany. Na pewno nie każdy mógłby sobie na coś takiego pozwolić – koszty są olbrzymie i chyba tylko ci najlepsi z najlepszych albo najbogatsi z najbogatszych byliby w stanie pokryć koszty.

Najbardziej prawdopodobne jest, że zastosowanie dopingowe znalazła już terapia genowa, która prowadzi do produkowania przez komórki tkanki mięśniowej tak dobrze znanej od lat erytropoetyny, czyli EPO. Akurat test na tę metodę ma być wprowadzony po Rio, przy czym naukowcy pracujący nad nim zastrzegają, że będą w stanie wykryć tylko dodatkowe kopie genów krążące we krwi sportowców. Jeżeli „dopingowy” gen został wprowadzony bezpośrednio do komórek mięśniowych, czyni go to praktycznie niewykrywalnym, bo u zawodnika trzeba by wykonać biopsję i pobrać próbkę tkanki do badań (a raczej trudno sobie coś takiego wyobrazić u tysięcy olimpijczyków).

W 2012 r. na łamach „Nature” bioetyk Thomas Murray stwierdził wprost, że MKOl i organizacje antydopingowe zawsze będą o krok w tyle za nieuczciwymi sportowcami i nieuczciwymi naukowcami.

Oprócz opisanych wyżej pomysłów na doping przyszłości Murray bardzo duże zagrożenie widzi w manipulacjach genetycznych, ale przeprowadzanych na poziomie embrionalnym. Jednym słowem, na takie dobieranie czy nawet wręcz manipulowanie zarodkami podczas procedury in vitro, które pozwoli w przyszłości „hodować” supersportowców.

Wyścig naukowców

W tym kontekście coraz więcej osób zaczyna sobie zadawać pytanie, czy walka z dopingiem – teraz i w przyszłości – ma jeszcze sens. Z jednej strony techniki inżynierii genetycznej, hodowli komórek macierzystych poszły tak daleko, że stworzenie w najbliższej przyszłości niewykrywalnego, nieopartego na farmakologii dopingu nie jest wcale mrzonką.

Inni twierdzą wprost, że nowe metody nowoczesnego dopingu powstają po prostu za szybko i walka z nimi to walka z wiatrakami. Innymi słowy – wszyscy biorą, a sportowcy dzielą się tylko na tych, których udało się przyłapać, i na tych, którzy dysponują takimi budżetami i fachowcami, że złapać się nie dają (w anonimowej ankiecie z 2011 r. do dopingu przyznała się ponad jedna trzecia zapytanych sportowców, podczas gdy oficjalnie doping wykrywa się u ok. 2 proc.). Należy więc doping po prostu dopuścić dla wszystkich, i niech wygra najlepszy.

Ostatnia grupa argumentuje, że zawodowy sport od zawsze nie ma nic wspólnego z równymi szansami, bo najskuteczniejsze metody dopingu oferuje Matka Natura. I trudno się z tym nie zgodzić.

Dość popatrzeć na budowę urodzonego do sprintów Usaina Bolta czy wymienianego już Michaela Phelpsa. Ten drugi, niewątpliwie tytan pracy i treningów, dostał już na starcie geny, które zapewniły mu charakterystyczną pływacką sylwetkę, z długim tułowiem i stosunkowo krótkimi nogami, wyjątkowo szerokie stopy i dłonie oraz płuca z nieziemską wręcz pojemnością. To w dużej mierze te cechy zapewniły mu najwięcej zdobytych medali w historii igrzysk. Ale czy nie był to jednak najdoskonalszy, naturalny, niewykrywalny doping, jaki można sobie wymarzyć?

 Złapani na archaicznym dopingu

Polscy ciężarowcy – bracia Tomasz i Adrian Zielińscy – zostali wycofani z zawodów w Rio, kiedy badania wykazały, że brali doping przed igrzyskami. Dlaczego zdecydowali się wziąć nandrolon? To dziś w zasadzie prehistoria dopingu i rzeczywiście trzeba być szaleńcem, by sięgać akurat po ten steryd anaboliczny, który „triumfy” święcił w latach 80. i 90. XX wieku. Trudny do ukrycia, banalny do wykrycia, a w dodatku naprawdę niebezpieczny i obciążony długą listą skutków ubocznych.

Nie zmienia to tego, że wciąż znajdują się sportowcy, którzy podejmują ryzyko – zarówno zdrowotne, jak i publicznej infamii.

 Wojciech Moskal

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.