Diabeł tkwi w szczególe

Znacie ich na pewno. Homo Aggresivus. Wrzaskuny pospolite, które wszędzie o wszystko robią awantury – tym głośniej i uporczywiej im mniej mają racji.
Tak jak pewna pani, z którą leciałam kiedyś z shark-behind-diversWashington Dulles do Albuquerque. Za półtoragodzinne spóźnienie samolotu spowodowane trudnymi warunkami pogodowymi linie lotnicze nie wzięły odpowiedzialności, bo na kaprysy matki natury nikt z Ziemian nie ma przecież wpływu. Pewna pani była jednak tak zażarta, uparta i głośna, że udało jej się wywalczyć w ramach rekompensaty za porywistą wichurę vouchery wartości kilku stówek na kolejny lot z United Airlines, ważne przez rok, dla siebie… i dla mnie (w podzięce za pilne pilnowanie jej torebki i niedopitego wina pozostawionych w barze).
Czasami zdarza się jednak, że trzeba walczyć o swoje. W turystycznym przemyśle jeży się od pułapek zastawionych na nieuważnych wczasowiczów, a wiele nieuczciwych agencji, hoteli i linii lotniczych wychodzi z założenia, że klientowi nie będzie się chciało marnować cennego czasu i nerwów na słowne przepychanki. Doświadczyłam takich sytuacji kilkakrotnie i gdybym była dobrym prawnikiem, mogłabym teraz prawdopodobnie sączyć martini na Kajmanach odcinając kupony od wszystkich wygranych spraw sądowych. Z historii mniejszego kalibru, pamiętam sytuację na Arubie, kiedy okazało się, że w nasz pokój w pięciogwiazdkowym resorcie Riu Palace wygląda jak kiczowaty motel na Florydzie. I tak, jak nie lubię się awanturować o swoje prawa, tak wtedy musiałam, bo jak już się płaci za te pięć gwiazdek to się wymaga pięciu, a jak się płaci za namiot to się nie narzeka na jaszczurki i komary. Następnego dnia wymieniono nam pokój, co wiązało się z przeprowadzką do innego skrzydła, ale udało się to dlatego, że managerowi hotelu błysnęła przed oczami legitymacja AIATA (ma ją każdy travel agent). Inni nie mieli takiego asa w rękawie i zostali w motelowej części resortu do końca pobytu. Większego kalibru była historia z Air Canada, kiedy Zespół Pieśni i Tańca Lechowia leciał na festiwal do Grecji. Rezerwacja na przelot zrobiona z dużym wyprzedzeniem, wpłacony depozyt, podpisany kontrakt. Na miesiąc przed wyjazdem, gdy nadchodzi pora wystawiania biletów następuje nagły brak kontaktu z kimkolwiek z działu rezerwacji grupowych. Nikt nie odpowiada na emaile, do nikogo nie można się dodzwonić.  W końcu okazuje się, że dla małych tancerzy z Lechowii nie ma miejsc w samolocie, bo to pierwszy lot Air Canada Rouge do Europy, którym lecieć mają dziennikarze i pasażerowie VIP. Kontrakt przestaje obowiązywać, dopiero argument zgłoszenia sprawy do sądu pomaga znaleźć kilka miejsc, grupa zostaje podzielona, dzieci lecą dwoma różnymi samolotami i niby wszystko kończy się szczęśliwie, ale razi niesprawiedliwość, nieuczciwość, brak profesjonalizmu kanadyjskich linii lotniczych, które udowadniają, że jako monopolista mogą robić co im się żywnie podoba bez jakichkolwiek konsekwencji. Gdyby sprawa faktycznie trafiła do sądu moglibyśmy wywalczyć niezłe odszkodowanie, nikt nie miał jednak na to czasu. I tak to zazwyczaj bywa. Czasami jednak zdarzy się wyjątek od reguły.
Był kiedyś taki pomysł, żeby zamieszkać w Gwatemali. Podczas rejsu katamaranem Quo Vadis z honduraskiej Utili przez Rio Dulce do Texaco Bay z kpt. Rafałem Biernackim pomysł ewoluował w stronę kupna rzecznej barki, otwarcia portowej knajpy i rychłej przeprowadzki w cieplejsze strony. Na drodze stanęło nam jednak widmo braci Carrillo, lokalnych mafiozów, którzy każdego miesiąca przychodzą po swoją dolę, a załatwienie potrzebnych pozwoleń w urzędach wiąże się z nieuniknionymi łapówkami. Oczywistość tego zjawiska nas przerosła i pomysł odpłynął w niebyt. Korupcja i niesprawiedliwość nie są jednak zjawiskami przy- pisanymi na wyłączność krajom rozwijającym się i tym zaliczanym do trzeciego świata. Pojawiają się wszędzie, gdzie pojawia się człowiek, przybierają różne formy, często początkowo niedostrzegalne, pozornie nieszkodliwe, zawoalowane tiulem demokracji i złudnej wolności osobistej. Kupno mieszkalnej barki na Rio Dulce może nieść takie same problemy jak kupno domu w Ontario, tyle że w miejscu rozrabiających braci pojawia się nieuczciwa firma budowlana i groźnie, smoczo brzmiący Tarion, firma zapewniająca nietanie a obowiązkowe gwarancje na nowe domy. Moje ścieżki przecinają ostatnio Dundas Square,  prowadzą przez sądowe korytarze i przesłuchania w słusznej acz zupełnie paranoidalnej sprawie, którą Ola Ferenc i Jeffrey Ferland wytoczyli Tarionowi ponad dwa lata temu. W zasadzie problem opiera się na zadaniu „znajdź różnice”, z jakim poradziłoby sobie czteroletnie dziecko. To, co zawarte zostało w kontrakcie i projekcie nijak ma się do stanu, w jakim dom oddała do użytku firma budowlana PolMat prowadzona przez cieszącego się niezbyt dobrą sławą Pawła Materskiego. Różnice widać gołym okiem, a niedoróbki, uchybienia, niedoskonałości, niechlujstwo i brak profesjonalizmu wypełzają spod marmurowych podłóg. Tarion, jak gwarantor projektu, zaproponował śmiesznie małe odszkodowanie, od dwóch lat więc płaci grube pieniądze swoim prawnikom próbując udowodnić, że nikt nie wygra z monopolistą, nawet jeśli racja jest ewidentnie po stronie wnoszącego sprawę. Ola i Jeffrey sami walczą o swoje prawa w sądzie, bo w przeciwieństwie do wielu innych obywateli, mogą sobie na to pozwolić czasowo. Nie jest to łatwa walka, bo żadna walka z dużą korporacją i Systemem nie jest prosta. Łatwiej byłoby pewnie poradzić sobie z gwatemalskimi braćmi Carrillo niż z prawnikami Tarionu.
Każdy czuje respekt przez rekinem. Dwanaście małych, teoretycznie niegroźnych rekinów rafowych  (Whitetip Reef Shark), śpiących w gorące popołudnie w ciepłych, płytkich wodach zatoki wyspy Pinzon należącej do archipelagu Galapagos, budzi lęk mimo zapewnień przewodnika o braku ich niecnych zamiarów. Unoszący się na powierzchni wody człowiek w masce do snorkelingu i płetwach jest narażony na większe niebezpieczeństwo ze strony drapieżnika, niż schodzący w morskie głębiny płetwonurek w pełnym akwalungu. Tego pierwszego rekin łatwo pomyli z foką (ludzkie mięso rekina brzydzi) i zaatakuje, tego drugiego uzna za naturalny element swojego środowiska naturalnego. Snorkelig może uprawiać każdy, kto jako tako potrafi pływać. Jeśli nie nabył tej umiejętności zawsze może założyć kamizelkę ratunkową, która utrzyma go na fali. Żeby zejść głębiej trzeba przejść odpowiednie szkolenie, zdać egzamin i zdobyć patent Open Water Diver. Z każdym kolejnym nurkowaniem nabiera się doświadczenia i pewności siebie, by w końcu poczuć się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Jeśli za rekina uznamy prawnika, a za nurka przeciętnego obywatela analogia wydaje się smutnie oczywista.
Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.