Czeski film o zielonych wróżkach

Śpiewały kiedyś Elektryczne Gitary: „Byłem w Ryjo, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawajo, byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie (…)”, reszty nie zacytuję, bo nieładna i nieadekwatna zupełnie.
Więc w Rio tak, pięciokrotnie, a w Pradze nigdy. Jak na złość i na ironię, bo przecież z Krakowa do Pragi przysłowiowy rzut beretem, a jednak nie po drodze zupełnie mi było. Marzyła mi się ta Praga, śniła mi się, gniotła jak kamyk w bucie. Aż w końcu się wydarzyła.

Urzekła mnie, oczarowała, zostawiła bez słów, bez oddechu (setki schodów, setki!), bez złudzeń co do innych miast. Przyjechaliśmy Leo Express (super wygodny autokar do Bohumina, a potem pociąg tej samej firmy, niecałe sześć godzin w podróży) w sam środek największych lipcowych upałów. Martina, moja dobra koleżanka poznana w zeszłym roku przez couchsurfing, przyniosła nam mapę, pokazała którędy kluczyć, dokąd dojść i czego spróbować, by uniknąć największych turystycznych mas. To ona powiedziała nam o Absintherie przy Jilskiej.

Trafiamy bez problemu, pewnie dzięki szeptom dekadenckich wróżek. Liternictwo secesyjne (takie, jak na obrazach Alfonsa Muchy, które w niedzielny poranek studiujemy przez ponad dwie godziny w zdumieniu i zachwycie w praskim muzeum), rower starodawny, antyczny, zaparkowany przed wejściem, poetycki bardzo, przy stoliku kościotrup w zielonym cylindrze, w zielonej zadumie i jeszcze wściekle zielone lody (atrapa, jakby komuś nie wystarczyło odwagi na degustację ulubionego trunku paryskiej bohemy artystycznej końca XIX wieku, może liznąć trochę magii). Wnętrza psychodeliczne, tajemnicze, mieniące się wszystkimi odcieniami zieleni, od głębokiego malachitu naściennych malowideł (motywy roślinne i jeleń z wielkim porożem), przez seledynowe światło przepuszczane przez abażury lamp, po butelkowe odcienie muzealnych zbiorów (250 flaszek z całego świata) i jaskrawo zielony kolor samego alkoholu. Na suficie frywolne, roztańczone wróżki. W barze do wyboru sześćdziesiąt rodzajów absyntu, absyntowe drinki, piwo, lody i czekolada. Ten mistycyzmu pełen, obrosły dzikim pnączem legend alkohol produkuje się z różnego rodzaju ziół, głównie kwiatów i liści piołunu, kopru włoskiego i hyzopu, choć główną nutę smakową daje mu znienawidzony przez nas anyż. Wyzwanie jest więc spore. Z kubkami smakowymi wygrywa ostatecznie ludzka cieka- wość. Za przypisywane absyntowi właściwości psychoaktywne odpowiedzialny jest tujon, z francuskiego nazywany potocznie la Fée Verte – zielona wróżka. Jak podaje wikipedia – pierwsza receptura została opracowana w XVIII wieku w Val de Travers w obecnym szwajcarskim kantonie Neuchâtel. Wariacje są różne w zależności od kraju produkcji – do destylacji dodaje się: melisę lekarską, korzeń dzięgielu, liście tataraku lub dyptamu, kolendrę, jałowiec, przetacznik i muszkatołowiec oraz dziwaczne, rzadko spotykane górskie zioła.  Pierwsza runda. Pijemy w rytuale wody. Kelnerka przynosi szklaną karafkę z dwoma kurkami na wysokiej nóżce, przestawiającej zgrabną, srebrną, nagą piękność i dwie szklanki z grubego szkła z nalanym uprzednio francuskim absyntem. Są ażurowe, delikatne łyżeczki i maleńkie kostki cukru. Woda powolutku cieknie z kraników po dwóch stronach karafki, a suchy lód i oblewająca nas ze wszystkich stron zielonkawa poświata dodają całemu zjawisku alchemicznej wręcz magii.  Kiedy proporcja alkoholu do wody sięga 1:3 sączymy mętną, anyżową ciecz, która o dziwo smakuje lepiej niż można się spodziewać – woda i cukier niwelują gorycz. Druga runda – pijemy w rytuale ognia obserwowani przez Edgara Alana Poe i Oscara Wilde. Patrzą ze starych fotografii, cieknie im z ust zielonkawa ślinka (ten drugi powiedział kiedyś, że po pierwszej szklance absyntu widzisz to, co chciałbyś zobaczyć, po drugiej, to czego nie ma, a po trzeciej widzisz rzeczy takimi, jakimi są i to jest właśnie najbardziej przerażające). Barman podgrzewa cukier na posrebrzanej łyżeczce, leje absynt i podpala. Płomień jest wysoki, niebieskawy przy dnie z miodową grzywą sięgającą kilkunastu centymetrów. W kielichach skarmelizowany, ciepły, pyszny trunek, który rozlewa się łagodnym strumieniem w naszych umysłach.  Wychodzimy bogatsi o  niecodzienne doświadczenie i ubożsi o 32 Euro. Dotkliwy upał postanawiamy zwalczać piwem (zimne i tańsze – w hostelu Elf, gdzie odwiedzamy kanadyjskiego ziomka, podczas happy hours Staropramen schodzi za niecałego dolara!). A czeskie piwo to osobna historia. Na terenie kraju, który zmieściłby się w przestrzeni  Stanów Zjednoczonych jakieś 122 razy, działa 48 dużych i 36 mikrobrowarów. Czesi – światowi rekordziści w konsumpcji piwa – średnio wypijają 160 litrów chmielowej zupy rocznie. Dzięki naszemu gospodarzowi (znów kłania się couchsurfing) trafiamy do restauracji Bredovsky Dvur, gdzie lokalnego pilsnera leją prosto z kadzi, a nie, jak w każdej knajpie, z kegi. Do tego pikantny gulasz z dziczyzny, ostre kiełbaski, placki ziemniaczane i smażony ser. Wspinamy się na wszystkie możliwe wysokości i wieże – widoki obłędne, przestrzeń utkana z czerwonych dachów, kościelnych barokowych kopuł i gotyckich strze- listości, Wełtawa pocięta mostami, parkowe połacie drzew, mrowie istnień daleko w dole. A wszędzie czysto, schludnie, porządnie i jeszcze orzeźwiające szlauchowe prysznice w ogródkach na Starym Mieście ratują od skwaru. Zwiedzamy Hradczany – najbardziej podoba nam się zbrojownia na Zlatej Uliczce i witraże, także ten autorstwa Muchy, w katedrze św. Wita. I zamek Wyszehradzki, o którym turyści chyba zapomnieli (albo nie doczytali) bo cisza tu podniosła, cmentarna, popołudniowa. Wszyscy zapewne zgromadzili się pod ratuszem staromiejskim by o kolejnej pełnej godzinie obserwować pochód słynnych zegarowych figur – apostołów, śmierci, Turka, Żyda i kogucika; albo spacerują czternastowiecznym mostem Karola, który trzyma się na zaprawie z białek. Mało kto dotarł do najstarszej na świecie karuzeli w Vinohradach, do metronomu na wzgórzu w Letenskych Sadach, gdzie kiedyś stał monumentalny Lenin, niewielu zwiedziło Muzeum Techniki. A my jeździmy tramwajami, autobusami i metrem, gubimy się i odnajdujemy, czeski nieustannie nas bawi, zapada nam w pamięć „příští zastávka“ (następny przystanek) i „prosím, vystupte“ DSC_0742(proszę wysiąść) oraz zdumiewająca nazwa ulicy i znajdującej się przy niej restauracji „v cipu“. Dopiero w ZOO znikają wszelkie bariery językowe, bo natura mówi zawsze jednym i tym samym językiem. Nawet miesiąc nie minął, odkąd wyjechaliśmy, a ja kolejne marzenia odhaczam na liście (ta Praga, Piwnica pod Baranami i MHC Club i kamrat o duszy równie cygańskiej, jak moja i wszystko co przed nami).

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.