Co knują korporacje?

Dwanaście państw podpisało negocjowaną w tajemnicy umowę TPP, która da korporacjom olbrzymią władzę nad 40% światowej gospodarki.  
Porozumienie w sprawie Partnerstwa Transpacyficznego (Trans-Pacific Partnership, w skrócie TPP) jest najważniejsząumową handlową od czasów powołania do życia Światowej Organizacji Handlu w 1994 r.  W skład nowej strefy wolnego handlu wejdzie  12 państw basenu Oceanu Spokojnego: Australia, Brunei, Chile, Japonia, Kanada, Malezja, Meksyk, Nowa Zelandia, Peru, Singapur, Stany Zjednoczone oraz Wietnam. Państwa te wytwarzają obecnie 40% światowego PKB oraz uczestniczą w 1/3 handlTPPAu międzynarodowego. Tym samym będzie to największa w świecie strefa wolnego handlu, która otwiera także drogę do cenzurowania Internetu i spełnia wszystkie marzenia wielkich firm farmaceutycznych oraz producentów GMO, takich jak Monsanto.
Umowa TPP wpłynie na warunki życia od Ameryki Północnej, przez Chile, aż po Nową Zelandię, a tymczasem większość jej postanowień powstała w trakcie tajnych negocjacji, w których najwięcej do powiedzenia miały prywatne korporacje, a opinii publicznej nikt nie pytał o zdanie. Kiedy serwis Wikileaks ujawnił niektóre zapisy umowy, dowiedzieliśmy się, jak bardzo jest niebezpieczna:
Gdyby jedno z państw, które przystąpiły do umowy, zakazało używania jakiegoś toksycznego związku chemicznego, wprowadziło obowiązek znakowania żywności modyfikowanej genetycznie albo zaostrzyło przepisy o ochronie środowiska, TPP pozwala firmom pozwać rząd takiego państwa przed tajny, ponadnarodowy trybunał arbitrażowy, w którym zasiadają sędziowie wskazani przez korporacje. A rząd, który przegra proces przed takim trybunałem, zapłaci prywatnym firmom miliardy dolarów odszkodowań za utracone zyski – z pieniędzy podatników.
TPP rozszerza monopol największych firm farmaceutycznych i może sprawić, że z rynku znikną tańsze lekarstwa, które ratują życie chorym na raka lub na AIDS.
Na mocy TPP każdy, kto za pośrednictwem systemu komputerowego powiadomi o łamaniu prawa przez korporacje, może być ścigany jako przestępca.
To tylko drobne fragmenty umowy, która jest znacznie większa. Nie mamy pojęcia, co jeszcze wpisali do niej lobbyści wielkiego biznesu, ponieważ władze państw-sygnatariuszy odmówiły opublikowania treści umowy. To prawda, że międzynarodowe umowy handlowe mogą przyczyniać się do zdrowego rozwoju światowej gospodarki. Nie możemy jednak pozwolić, aby nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele zmuszali nas do zaakceptowania prawa, którego nawet nie pozwalają nam przeczytać. A tym bardziej, gdy robią to pod dyktando korporacji i gdy prywatne zyski okazują się ważniejsze od dobra publicznego.
PTPP-secretonieważ w rokowaniach chodzi o wyprzedaż za bezcen całych sektorów nietowarowych, prowadzi się je za zamkniętymi drzwiami. W skład delegacji Stanów Zjednoczonych wchodzi ponad 600 konsultantów wyznaczonych przez firmy wielonarodowe, które dysponują nieograniczonym dostępem do dokumentów przygotowawczych i do przedstawicieli administracji amerykańskiej. Wydano instrukcje, zgodnie z którymi dziennikarze i obywatele nie mogą mieć dostępu do toczących się dyskusji. Poinformuje się ich we właściwym czasie – w chwili, gdy będzie się podpisywało traktat i na reakcję będzie za późno.
Przemożną wolę wypracowania traktatu amerykańsko-europejskiego za plecami opinii publicznej i społeczeństwa można z łatwością zrozumieć. Skutki odczuje się na wszystkich szczeblach: od szczebla parlamentu ogólnokrajowego po szczebel samorządów lokalnych, posłowie i radni będą musieli radykalnie zrewidować swoją politykę publiczną tak, aby zaspokoić apetyty prywatnych kapitałów we wszystkich sektorach, które choćby tylko częściowo wymykają się spod ich kontroli. Bezpieczna żywność, normy toksyczności, ubezpieczenia zdrowotne, ceny leków, wolność internetowa, ochrona życia prywatnego, energetyka, kultura, prawa autorskie, zasoby naturalne, szkolenie zawodowe, wyposażenie przestrzeni publicznej, imigracja – nie ma takiej dziedziny interesu ogólnego, która nie będzie musiała przejść pod jarzmem kaudyńskim zinstytucjonalizowanego wolnego handlu. Działalność polityczna posłów i radnych ograniczy się do negocjowania okruchów suwerenności, które zechcą podarować im przedsiębiorstwa lub ich lokalni mandatariusze.
Jest gorzej niż się obawiano
Za sprawą Wikileaks dysponujemy już pełną treścią potajemnie opracowywanego przez dwanaście państw Pacyfiku porozumienia Trans-Pacific Partnership (TPP). Uznawany przez licznych komentatorów za narzędzie Stanów Zjednoczonych, za pomocą którego chcą one doprowadzić do izolacji politycznej i gospodarczej Chin, TPP jest dopełnieniem drugiego istotnego paktu, Trans- atlantic Trade and Investment Partnership (TTIP), zawartego między Stanami Zjednoczonymi, a Unią Europejską – i w praktyce rozciąga amerykańskie regulacje prawne na Europę i Azję. O szczegółową analizę postanowień TPP pokusiła się walcząca o wolność i prywatność w Sieci organizacja Electronic Frontier Foundation, w przekonaniu, że nowe porozumienie stanowi poważne zagrożenie dla wszystkich internautów. A jak jest w rzeczywistości?
Sygnatariuszami porozumienia TPP są Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Japonia i siedem innych krajów. Obejmuje ono wiele dziedzin, m.in. kwestii celnych, prawa pracy, rozstrzygania sporów między inwestorami, stymulacji rozwoju gospodarczego, ochrony środowiska, oraz co nas szczególnie interesuje – ustanowienia jednolitych ram prawnych dla ochrony własności intelektualnej. Electronic Frontier Foundation w tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości – Trans-Pacific Partnership jest wszystkim tym, czego się obawialiśmy. Rażące asymetrie między prawami producentów treści a prawami użytkowników mają doprowadzić do radykalnego ograniczenia wolności w Sieci i ułatwić likwidowanie serwisów i usług, które naruszałyby ducha traktatu.
Pozornie wszystko wygląda dobrze. Porozumienie zawiera takie sformułowania jak „dostosowanie zasad ochrony własności intelektualnej do obustronnych korzyści producentów i użytkowników”, „ułatwienie rozpo- wszechniania informacji”, „osiągnięcie właściwej równowagi w prawie autorskim i prawach powiązanych” czy „uznanie roli bogatej i łatwo dostępnej domeny publicznej”. Na tym można by było skończyć, pisząc komunikat do mainstreamowych mediów, ale analitycy Electronic Frontier Foundation słusznie zauważają, że to tylko okrasa, mająca sprawić, że ludzie poczują się lepiej. Za tymi miłymi ogólnikami nie idą bowiem jakiekolwiek konkretne zobowiązania sygnatariuszy TPP. Tymczasem interesy właścicieli praw autorskich zostały zdefiniowane bardzo szczegółowo, idą za nimi zobowiązania do wpro- wadzenia konkretnych regulacji prawnych i sankcji karnych.
Ręce precz od DRM
Systemy cyfrowego zarządzania prawami autorskimi to zmora chyba wszystkich internautów. Nieprzemyślane i kiepsko wykonane rozwiązania informatyczne miały chronić oprogramowanie, filmy i muzykę przed piractwem, jak do tej pory jednak głównie służą do utrudniania życia tym użytkownikom, którzy za treści zapłacili. Grupy crackerskie z DRM-ami radzą sobie nieźle, nierzadko wydając w kilka dni po oficjalnej premierze gry czy filmy oczyszczone z niedogodnego kodu. Wiadome było z poprzednich wyciekłych szkiców TPP, że wprowadzi on całkowity zakaz obchodzenia jakichkolwiek form DRM. W ostatecznej wersji zapisy zostały jednak tak sformułowane, że każdy, kto cokolwiek robi przy DRM, staje się odpowiedzialny przed prawem.
W niektórych okolicznościach państwa-strony porozumienia mogą wprowadzić prawa pozwalające na obejście DRM do celów niezwiązanych z naruszaniem praw autorskich (mógłby to być np. jailbreaking telefonów), ale są to wyjątki, a nie reguły, wyma- gające każdorazowo odrębnej ścieżki legislacyjnej. Co gorsza, państwa są zobowiązane uprzednio sprawdzić, czy aby czasem właściciele praw autorskich sami nie oferują sposobów na osiągnięcie tychże niezwiązanych z naruszeniami celów. Jeśli takie sposoby oferują, to zgody na obejście DRM być nie może. Podobnie wygląda kwestia z usuwaniem informacji o prawach autorskich – nielegalne staje się nawet wykadrowanie obrazka ze znakiem wodnym, wykorzystanego w ramach dopuszczalnego użytku i z podpisem informującym o źródle.
Analogiczną ochroną objęty zostaje sygnał telewizji satelitarnej czy kablowej, lepiej się nie interesować tym, jak jest kodowany. Budowanie urządzeń do dekodowania i ich rozpowszechnianie zostały zakazane, bez jakichkolwiek wyjątków dla np. celów badawczych czy hobbystycznych.
Śmierć to nie koniec…  zarabiania pieniędzy
O ile można jeszcze uzasadnić dożywotnią ochronę praw twórcy, to jak uzasadnić rozciągnięcie taką ochroną utworów na długo po śmierci ich autora? Uznani ekonomiści twierdzą, że nie tylko nie przynosi to korzyści gospodarczych, ale jest wręcz szkodliwe, służy wyłącznie interesom medialnych potentatów, mogącym zarabiać przez całe dziesięciolecia na czymś, czego przecież nie stworzyły. W wypadku TPP co prawda udało się uniknąć najgorszego – propozycji by prawa autorskie obowiązywały przez 120 lat po śmierci twórcy, ale przyjęte rozstrzygnięcia są i tak bardziej nieprzyjazne dla domeny publicznej, niż dotychczasowy standard prawny, regulowany konwencją berneńską (50 lat). Stanom Zjednoczonym udało się wywalczyć wydłużenie tego okresu ochronnego do lat 70, tak jak to jest właśnie w USA.
Oznacza to, że całe dziesięciolecia analogowo zapisanych treści pozostaną dzięki tym zmianom poza domeną publiczną, kto wie, czy wiele z nich nie zostanie utraconych na niszczejących nośnikach analogowych, których przecież skanować do cyfrowej postaci nie wolno. Kanadyjski profesor prawa Michael Geist ocenia, że utrata tych 20 lat z domeny publicznej oznacza dla mieszkańców Kanady koszty rzędu 100 mln dolarów rocznie. To także mnóstwo problemów dla muzeów i naukowców – z ciekawą analizą tej kwestii można zapoznać się na stronach serwisu Digital History.
Odszkodowania, konfiskaty i więzienia
Przestępstwo, jakim jest naruszenie korporacyjnej własności intelektualnej musi być surowo karane, gdyż powodowane przez nie szkody są nie do oszacowania. To nie przesada. Porozumienie wyraźnie mówi, że to nie niezawisły sąd ustalać miałby zakres szkód, lecz sam właściciel praw autorskich, który przedstawiałby sądom swoją wycenę. Co więcej, TPP wymaga, by sędziowie mogli w sprawach o naruszenie praw autorskich uwz- ględniać kwoty wykraczające poza zwykłe odszkodowanie – chodzi o zagwarantowanie w prawodawstwie efektu odstraszania.
Odszkodowania za naruszenie praw autorskich to nie wszystko. W świetle porozumienia każde naruszenie praw autorskich staje się aktem kryminalnym, a więc może być karane też grzywną i/lub więzieniem, nawet jeśli nie doszło do niego z chęci zysku. TPP przewiduje też konfiskatę i niszczenie wszelkich urządzeń, które służyły do pirackiego procederu lub obchodzenia/łamania DRM, niezależnie od stopnia jego powiązania. Electronic Frontier Foudation zauważa, że w praktyce pozwala to władzom na zniszczenie domowego peceta, który posłużył do zrobienia nieautoryzowanej kopii płyty Blu-ray do odtwo- rzenia na pozbawionym czytnika urządzeniu typu media center.
Porządek w świecie Internetu
Całe lata debat społeczności internetowej, w skład której wchodzą internauci, dostawcy Internetu, producenci oprogramowania i rejestratorzy domen doprowadziły do wypracowania kompromisowego, ale całkiem znoś- nego modelu zarządzania adresami domenowymi w Sieci. Internetowa Korporacja Nazw i Numerów (ICANN) sama ostatnio rezygnuje z krytykowanych przez społeczność reguł rozstrzygania sporów domenowych, proponuje zwiększenie prywatności właścicieli nazw domen, zaś sama administracja USA zapewnia, że nie zrezygnuje z wielostronnego modelu zarządzania Internetem.
TPP tymczasem odgórnie rozstrzyga te wszystkie kwestie, stawiając wymóg, by rejestry domen krajowych zawierały usługę pozwalającą na ustalenie w niezawodny sposób tożsamość właścicieli nazw. Stawia też na ujednolicenie metod rozstrzygania sporów domenowych, przyjmując odmianę sprzyjającej dużym graczom polityki UDRP (Unified Domain-Name Resolution Policy). Ignoruje przy tym, że większość krajów ma już własne, otwarte procesy rozstrzygania domenowych sporów.
Interesująca jest też kwestia odpowiedzialności dostawców usług internetowych za hostowane na ich serwerach treści. Generalnie członkowie porozumienia (za kilkoma wyjątkami, które wcześniej zostały wynegocjowane) będą zmuszeni do przyjęcia amery- kańskiego modelu DMCA notice-and-take- down, w ramach którego po zgłoszeniu naruszenia praw autorskich dostawca zmuszony jest natychmiast zablokować dostęp do nielegalnie rozpowszechnianych treści. Niektóre kraje, takie jak Kanada, Japonia i Chile zachowały własne, bardziej przemyślane regulacje, ale kolejni członkowie TPP już takiego wyboru nie będą mieli.
Co gorsze też, od samych dostawców Internetu wymaga się pełnej współpracy z organami ścigania w likwidowaniu nieautory- zowanego przechowywania i przekazywania chronionych prawem autorskim treści, lub też podejmowania innych akcji mających uniemożliwić takie działania.
Władza ma prawo do swoich tajemnic
Negocjacje nad kształtem porozumienia TPP od początku toczyły się za zamkniętymi drzwiami, a wszystko co o nich mogliśmy się dowiedzieć, brało się z nieoficjalnych wycieków. Władze państw krytyki tego stanu rzeczy się nie ulękły, mimo że do większej otwartości wzywały dziesiątki organizacji ze wszystkich krajów-sygnatariuszy. Efekt był zupełnie inny od zamierzonego. TPP utrzymuje oto kryminalne sankcje dla wszystkich, którzy uzyskują nieautoryzowany dostęp do tajemnic handlowych w systemach komputerowych, nawet jeśli służyły one wyższemu społecznemu dobru. Działania demaskatorów, dziennikarzy śledczych i współpracujących z nimi hakerów mają być ścigane z całą surowością prawa. Jak się można domyślić, w świetle takich zapisów samo upublicznienie treści Trans-Pacific Partnership na łamach Wikileaks jest czymś nielegalnym – społeczeństwo nie może wiedzieć więcej, niż zostanie mu powiedziane oficjalnymi kanałami.
Jak to wszystko odnosi się do mieszkańców np. Polski – kraju dalekiego od Pacyfiku? Wbrew pozorom, całkiem spore. Zapisy TTP prowadzą w praktyce do ujednolicenia prawa autorskiego we wszystkich krajach pozostających w sferze wpływów USA i można się spodziewać, że znajdą odzwierciedlenie w innej opracowywanej za zamkniętymi drzwia- mi umowie – TTIP, która dotyczy nas bezpośrednio, jako porozumienie między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Europej- czycy już zdają sobie z tego sprawę.
•••
Ostatni raz opinia publiczna miała dostęp do jednego z rozdziałów TPP w listopadzie roku 2013, kiedy to Wikieaks opublikowało treść dokumentu aktualną na dzień 30 sierpnia 2013 roku. Od tego momentu najbardziej kontrowersyjne kwestie nie uległy znacznym zmianom.
Niewielką różnicę zauważyć można wyłącznie w zapisach dotyczących praw do cyfrowej własności intelektualnej. Niemniej jednak, w zapisach w dalszym ciągu znaleźć można regulacje faworyzujące dane strony porozumienia, w szczególności w sferach farmacji oraz praw patentowych.
Niniejsze zapisy mogą znacząco wpłynąć na dostęp do leków (m.in. umożliwiających leczenie nowotworów) oraz obniżyć wymagania dotyczące patentowania genów wszczepianych roślinom. Działanie takie może mieć z kolei istotny wpływ na rolników indywidualnych, zwiększając jednocześnie potencjał wytwórczy takich korporacji jak produ- kujące żywność Monsanto.
Niemniej jednak, niektóre z kwestii naświetlonych przez WikiLeaks przy poprzedniej publikacji uległy zmianie. Zniknął między innymi zapis o patentowaniu metod przeprowadzania zabiegów chirurgicznych. Grupa zrzeszająca doktorów stwierdziła, iż niezwykle istotne jest umożliwienie lekarzom pełnego zaangażowania w praktykę lekarską, bez strachu o pozew sądowy spowodowany dbaniem o dobro pacjentów przy wykorzystaniu nowatorskich metod.
Ponadto zwiększa się ilość głosów opowiadających się za usunięciem zapisków zaproponowanych przez USA oraz Japonię. Wymagałyby one bowiem patentowania nowych leków. Rozporządzenia nieco zmieniono, zmniejszając pole manewru koncer- nów farmaceutycznych w kwestii zachowania monopolu na rynku.
W opublikowanym w maju 2014 roku na portalu WikiLeaks fragmencie TPP zauważono również nowe zapisy, włączając w to propozycję specjalnego trybu postępowania w kwestii krajów rozwijających się. Mimo, że rozporządzenie to postrzegane być może jako próba poprawy jakości życia ich obywateli, jest to jedynie zasłona dymna. Szkodliwe dla gospodarek wszystkich krajów negocjujących zapisy wejdą bowiem w życie nie tylko w krajach rozwiniętych ale i rozwijających się.

opr CEK

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.