Co cię gryzie?

     W dawnych czasach, zanim Apple wypuścił na rynek wszystkie iCuda, wsiowe dzieci wychodziły na górskie hale na całe lato wypasać krowy. W bacówkach nie było prądu, gazu ani bieżącej wody, nikt jednak nie potrzebował ładować baterii do elektronicznych zabawek, nikt nie postował zdjęć z wieczornego udoju, nie ogłaszał światu szczęśliwego ocielenia się Maliny, a życie toczyło się rytmem zgodnym z cyklami przyrody, spokojnym i sielskim.
Na łąkach, po wiosennych roztopach i błotnych osuwiskach,  zawsze było sporo kamieni. Zbierało się je sumiennie i układało w duże stosy, żeby się krowy, durne i rozmarzone, nie pokaleczyły, zębów nie połamały, skubiąc w zadumie beskidzką trawę. Kamieniska z czasem porastały poziomki. Najwięcej rosło za trasą żółtego szlaku wiodącego z Łomnicy do schroniska na Hali Łabowskiej, na polanach łagodnie schodzących w dół do Króli i dalej na Mrozkówkę. Wybierając się na poziomki trze- ba było jednak bardzo uważać – na rozgrzanych kamieniach lubiły wylegiwać się żmije zygzakowate, jedyne jadowite węże występujące w Polsce oraz niegroźne, ale niemniej przerażające, miedzianki. O ile ukąszenie żmii zygzakowatej nie stanowi zagrożenia życia u dorosłego człowieka, o tyle u dziecka może okazać się śmiertelne. Podczas jednej z dłuższych leśnych wędrówek Ojciec, zbombardowany pytaniami, opowiedział nam, co należa- łoby zrobić, gdyby do takiego ugryzienia doszło – przewiązać mocno i jak najszybciej kończynę powyżej ukąszenia, tak żeby zatruta krew nie dostała się do serca, naciąć skórę w miejscu gdzie widnieją dwie czerwone kropki, szybko wyssać i wypluć jad. Dodał też, że ratownik powinien mieć zdrowe zęby, bo inaczej jad zostanie w jakiejś wyjedzonej przez próchnicę dziurze i ratownik pomagając poszkodowanemu sam może stracić życie. Dziś, patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że chciał nas ostrzec, nauczyć opiekuńczości, odpowiedzialności za siebie nawzajem, ale także w sprytny sposób przekonać do codziennego mycia zębów.
Bo żmiję zygzakowatą, przez te wszystkie lata spędzone w górach, widzieliśmy tylko jedną, tę która zaczęła temat, tą przez którą chodząc potem samotnie do lasu, zawsze nosiłam w kieszeni kartkę papieru i ogryzek ołówka, na wszelki wypadek – gdyby mnie jakaś ugryzła i nie byłoby nikogo, kto mógłby wyssać jad z rany, miałabym może parę minut, żeby napisać list pożegnalny do rodziców. Zamiłowanie do dramaturgii przejawiałam, jak widać, od kołyski. Nie było w górach komarów, nie było kleszczy, życie uprzykrzały nam tylko zwykłe, pospolite muchy, rzadko pojawiały się te końskie, których ugryzienie bolało o wiele bardziej, niż ukąszenia czerwonych mrówek. Każdy z nas zaliczył też przynaj-mniej jedno gniazdo os – france budowały je w ziemistych kopcach, po których uwielbialiśmy skakać. Komary i kleszcze były nieuniknioną częścią późniejszych mazurskich obo- zów harcerskich i spływów kajakowych, wszyscy jednak żyliśmy w świadomości komfortu środowiska naturalnego nieprzyjaznego skorpionom, muchom tse-tse, malarycznym komarom i boa dusicielom. Można było karmić gołębie na krakowskim rynku i wiewiórki w parkach, a wścieklizną straszyły tylko bezpańskie psy. I nagle wszystko urosło. My, świat, zagrożenia i obawy. Niebywały rozwój procesu migracji wśrDSC_0050ód homo sapiens otworzył furtki chorobom, bakteriom i zarazom przenoszonym przez owady i wędrowne ptaki. Gorączka Zachodniego Nilu chociażby, której wirusa wyizolowano po raz pierwszy w 1937 w pół- nocno-zachodniej Ugandzie, w połowie lat 90. atakowała już Rumunię, Izrael i Rosję, a z nadejściem milenium zaczęła pojawiać się w Ameryce Północnej –  w 2006 odnotowano 4268 przypadków zachorowań na gorączkę krwotoczną.  Odpowiedzialne za całe zamieszanie komary z gatunku Aedes japonicus pojawiły się we Francji, Belgii, Szwajcarii oraz w Niemczech. W Grecji i we Włoszech wykryto obecność komarów tygrysich (Stegomyia albopicta), które przenoszą dużo groźniejszą gorączkę krwotoczną – Dengę. Tropikalnym emigrantom sprzyja globalne ocieplenie klimatu – wrażliwe na niskie temperatury larwy mają DSC_0144DSC_0153szansę przetrwać w Europie tylko dzięki lekkim zimom. Dobrze, że piranie nie mają skrzydeł. Ani skorpiony. ChoćDSC_0366 z tymi piraniami, to też dyskusyjna kwestia, bo pamiętam jak podczas którejś DSC_0375kwietniowej wyprawy do Amazonii, wraz z końcem pory deszczowej, pływaliśmy beztrosko w tamtejszych rzekach, pełnych i piranii i kajmanów. Nasz przewodnik, Kendrick, który sam siebie nazywał Jungle Boy, łapał kajmany gołymi rękami i karmił nas białymi, tłustymi larwami, wygrzebywanymi spod kory jakiegoś amazońskiego drzewa, zawsze powtarzał, że najstraszniejsze piranie mieszkają w Hollywood. Te z brazylijskiej dżungli, podczas wysokiego stanu wody, mają na tyle świeżego jedzenia, że nagłe pojawienie się białych, ludzkich  członków nie robi na nich najmniejszego wrażenia. Co innego pora sucha – jej ostatnia faza, zanim nastaną ulewne deszcze, to czas głodu, który, w chwili nieuwagi, kosztować może utratę palca. Według znawcy tematu, Raya Owczarzaka, pracującego dla akwarium w Baltimore – dopiero stado pięciuset głodnych piranii obgryźć mogłoby do kości osiemdziesięciokilowe ludzkie ciało w pięć minut. Tyle, że tego typu atak realny jest najbardziej w filmie, a nie w rzeczywistości. Kajmany dla odmiany nie atakują za dnia, bo śpią, zagrzebane w ciepłym, rzecznym mule. Niebezpieczne robią się nocą, gdy przychodzi pora na żer, wątpię jednak by ktokolwiek o zdrowych zmysłach zaryzykował nocne kąpiele w Amazonce. Skorpiony budziły moje przerażenie od czasów Stasia i Nel i ich przygód „W Pustyni i w Puszczy”. Spotkałam na szczęście tylko jednego, choć spotkanie to mogło skończyć się nieciekawie – zaszył się we frotowej bieli, wypadł z grzechotem, gdy odruchowo strzepnęłam ręcznik wychodząc spod prysznica po całym dniu snorkelingu na należącej do Mauritiusa wyspie Rodriguez. Najbardziej fascynującą wyspą jest jednak wciąż Ilha da Queimada Grande – niewielka wyspa u wybrzeży Brazylii, położona na południe od Sao Paulo, która jest siedliskiem tysięcy śmiertelnie niebezpiecznych, nadrzewnych węży z endemicznego gatunku żararaki wyspowej.
W Ontario, jako że sezon „kotydżowo – kempingowy” już się zaczął, pogryźć nas mogą komary, czarne muszki, kleszcze roznoszące boreliozę, grzechotniki (massasauga rattlesnake DSC_0512[Sistrurus catenatus] jest jedynym jadowitym gatunkiem żyjącym w naszej prowin- cji), a przy odrobinie nieszczęścia i nieuwagi nawet i niedźwiedź. W lasach czyha też trujący bluszcz (poison ivy) Barszcz Mantegazziego (giant hogweed), pasternak (wild parsnip), trujący sumak i pokrzywy. Wystarczająco dużo powodów, by nie wyjeżdżać z miasta. Tyle, że jak co komu pisane, to i nawet cegła mu na głowę w drewnianym kościele spadnie. A w Naturze (poza wredotami, które żywią się naszą krwią) zwierzęta atakują zazwyczaj w obronie własnej.

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.